Jest trochę jak w niskobudżetowym filmie s-f gdzie po opłaceniu aktorów zostało jedynie na puszkę srebrnej farby, więc wymalowano ściany i podłogę, by stworzyć wrażenie pozaziemskiej cywilizacji. Ale się nie udało. To ciągle tylko dach. Azbest przykryty opalizującą warstwą. Albo jakiś inny materiał, którego nazwy nie mogę sprawdzić w wyszukiwarce, bo na czwarte piętro nie dociera wi-fi. Biją dzwony kościoła. Kable od anteny drżą na wietrze. Gdzieś w oddali słychać świergot ptaków. Ale bardziej łomot przejeżdżającego metra. Klaksony samochodów. Pogodny dzwonek obwoźnego lodziarza, który ze starej budy sprzedaje mrożone łakocie we wszystkich kolorach tęczy; fluorescencyjne kalorie. Wolę kafejkę na rogu. Gdzie peruwiański mistrz cukierniczy serwuje lody o smaku egzotycznych owoców (lucuma, chirimoya, fresa), a do kilku smaków dodaje wino (chocolate cabernet, cherry merlot, raspberry chardonnay). Mrożone guilty pleasures stają się jeszcze bardziej dekadenckie, gdy podlać je odpowiednią ilością wysokoprocentowego alkoholu. Kawiarnia Tipsy Scoop na Manhattanie oferuje lody o smaku truskawki, rabarbaru i burbona, czekolady i mocnego piwa, orzechów z dodatkiem rumu, karmelu z meksykańską tequilą, wanilii z whiskey, a dla dbających o linię owocowe sorbety z martini. Miejscowi i przyjezdni czekają do dwóch godzin w kolejce, by skosztować na-booze-owanego przysmaku.

W drodze do pracy mijam czasem japońską lodziarnię. Sezamowe albo o smaku zielonej herbaty podawane są w ciepłym wafelku o kształcie ryby, wypełnionym słodką masą na bazie czerwonej fasolki i z przytroczoną do boku palemką z mochi (coś na kształt ryżowych żelków). Deser rozpływa się. W przenośni. I dosłownie. Na rogu Mulberry i Kenmare można kupić lody przypominające zwinięty w rulon papier, które rozsmarowuje się na specjalnym blacie, a potem „roluje”. To wynalazek tajski. Z kolei w Il laboratorio del gelato w dzielnicy Lower East Side oprócz tradycyjnych waniliowych czy truskawkowych można zjeść lody bazyliowe, imbirowe, o smaku słodkich ziemniaków, buraków a nawet oliwy z oliwek. U Morgenstern’a (2 Rinvington Street) królują coconut ash ice cream. Są czarne jak smoła, a swoją oryginalną barwę zawdzięczają popiołowi pozyskanemu w wyniku obróbki termicznej łupiny orzecha kokosowego. Podobno ma właściwości oczyszczające i detoksykujące. Od kilku dni na portalu społecznościowym nęci reklama Big Gay Ice Cream. Na pudełkach zadowolony jednorożec liże rożek w kolorze tęczy. Po krótkim śledztwie okazuje się, że firma produkuje lody w siedmiu smakach. Słone precle z karmelem, truskawka z masłem orzechowym i inne, ekstrawaganckie zestawy o zabawnych, dwuznacznych nazwach. Brakuje tylko złotego pyłu i konfetti.

A kiedyś wszystko było prostsze. Lody na patyku. Albo z maszyny. W wafelku. Małym. Dużym. Waniliowe. Czekoladowe. Mieszane. W epoce przed-komórkowej i przed-domofonowej biegaliśmy pod okna i nawoływaliśmy rodziców, by rzucili „dwa złote na loda”. Matki bezbłędnie rozpoznawały głosy swoich pociech. Otwierały drzwi balkonowe i zwinąwszy monetę w kawałek papieru, tudzież plastykowe siatki, spuszczały pod nogi wdzięcznemu potomstwu. Czasem prosiliśmy o kanapkę. O bluzę, gdy robiło się zimno. Piłkę. Gumę do skakania. Byle nie musieć wdrapywać się – jak w moim przypadku – na czwarte piętro. Zaoszczędzić czas. Którego wtedy – jak nigdy później – mieliśmy pod dostatkiem.

Rarytasem były lody o nazwie Cassate. Okrągłe. W sreberku. Z bakaliami. Pamiętam jak ojciec wysyłał nas czasem do osiedlowej jadłodajni („Restauracja Piastowska”) po ten mrożony przysmak. Koleżanka specjalizowała się w kradzieży Calypso. Niewielkie, szybko mięknące kostki chowała do kieszeni i wymykała się ze sklepu. O lodach Bambino latem i zimą oraz kultowych Pingwinach słyszeliśmy od rodziców. W końcu do miasteczka dotarły lody kulkowe. Chodziliśmy je oglądać. Były kolorowe. I dość drogie. Marzyłam, by na raz kupić wszystkie ulubione smaki. Oszczędzałam przez kilka dni i w końcu pobiegłam do lodziarni. Starczyło na cztery kulki i dwa wafelki. Sprzedawczyni włożyła jeden w drugi. Zrobiłam kilka kroków. Lodowa wieżyczki zachybotała się. I zanim dosięgnęłam językiem, deser wylądował na ziemi. Płakałam całą drogę do domu.

*

Wracam do mieszkania. Koty leżą w ogródku jak tygrysy na wybiegu w zoo. Znudzone. Ospałe. Zapadają w cień. Że tylko wąsy wystają. Zamiast na plażę jedziemy do sklepu meblowego. Wybieramy rzeczy mniej brzydkie od innych, ale ciągle nie dość ładne. Pasują do naszego stylu życia. Są tak samo prowizoryczne. Przypadkowe. W sieciowej kafeterii kupujemy lody. Smakują jak kiedyś. Jak zawsze. Napisz coś wesołego – prosi znajomy. Dla którego mój nihilizm nie jest dość pogodny. Przecież wcale nie jesteś smutna.

Weronika Kwiatkowska