Otworzyć okno. Wpuścić zwierzęta. Nakarmić głodne. Posprzątać. Jesteś ridgewoodzką Villas. Mówi kobieta przypominająca zmarłą diwę. We śnie. Ma kuriozalnie długie jasne włosy. I starą twarz. Ubiera się na biało. Nosi okulary. W czym przypomina Czesławę Gospodarek z domu Cieślak, artystkę estradową śpiewającą sopranem koloraturowym. Legendę. Francuskie i amerykańskie gazety pisały o Villas, że jest „głosem ery atomowej”, „białym krukiem wokalistyki światowej”. Na scenach Las Vegas w krynolinach od Diora występowała z Frankiem Sinatrą, Paulem Anką, Charles’em Aznavourem. A potem była już tylko karykaturą. Zwariowaną staruszką mieszkającą w nieludzkich warunkach, z hordą zwierząt rozmnażających się w niekontrolowany sposób i zjadających nawzajem. Zdjęcia zaniedbanej posiadłości regularnie pojawiały się w prasie. Opiekunce wytoczono proces o psychiczne i fizyczne znęcanie się nad gwiazdą. Ale niczego nie udowodniono. Villas znaleziono martwą. Podobno ciało było okaleczone.

Skończysz jak Villas – żartują znajomi. Kiedy opowiadam o kolejnym bezpańskim, którego próbuję wydobyć z ulicznej nędzy. Od kilku tygodni przychodzi pod okno. Ma wyliniałe futro. Porusza się z trudem. Na sierści ślady krwi. Nie miauczy, tylko charczy, bulgocze. Wskakuje na parapet i patrzy zaropiałymi ślepiami. Jak wyrzut sumienia. Podstawiam miskę. Je zachłannie. Czeka na więcej. Drugiego dnia zakładam gumowe rękawiczki i delikatnie głaszczę chudy grzbiet. Nie ucieka. Nie boi się. Nazajutrz wilgotną szmatką z kocim detergentem myję liche włosy. Musi być bardzo stary. Może chory. Na pewno zaniedbany. Po kilku dniach regularnych posiłków przestaje być apatyczny. Chodzi po ogródku z podniesionym ogonem. Wspina na płot. Patrzy przytomniej. Dobitniej. Nie powinnaś karmić kolejnego kota – mówią z udawaną troską znajomi. Za chwilę będzie ich tu cała gromada – przestrzegają. Mają rację. I jednocześnie jej nie mają. Jesteśmy odpowiedzialni za porzucone zwierzęta. Udomowiliśmy je i nie możemy teraz odwracać się plecami. Stary kot nie boi się człowieka, więc może kiedyś miał dom. Może jego opiekunka umarła albo został wypędzony, gdy właściciele zmieniali mieszkanie? Może dziecko znudziło się żywą maskotką i rodzice porzucili zwierzę. Albo – co zdarza się nader często- oddali kota gdy miało się urodzić, jak gdyby niemowlę nie mogło wychowywać się wśród zwierząt. Za niemal każdym bezpańskim stoi historia bezrefleksyjnego, egoistycznego człowieka; jego głupoty, czasem okrucieństwa. Gdyby zwierzęta potrafiły mówić, płakalibyśmy nad ich losem rzewnymi łzami. Zamiast tego patrzą wymownie. Szukają jedzenia w śmietnikach. Czasem siadają w oknach. Jak posążki buddy. Dostojne. Cierpliwe.

*

Nie pisz o kotach – mówi Józio Hrabczak. I uśmiecha się szelmowsko. Jest sobota. I nowojorska wiosna. W całym swym splendorze. Złota, frenetyczna. Wyłaniamy się z bocznej uliczki. Siedzi. Do pasa rozebrany. Z bosymi stopami, pod którymi ścielą się kolorowe płachty. Zmieniam swój pseudonim na Hrabczak Polak – mówi. Nawiązując do słynnego Jacksona Pollocka, którym inspirował się tworząc nowe dzieła. Na białych arkuszach rozbryzgana farba. Niektóre prace przypominają barwne kleksy, które psychoterapeuci pokazują pacjentom. Z czym to się panu kojarzy? Podobno większości atramentowe plamy z testu Rorschacha przypominają organy rozrodcze. Na podstawie odpowiedzi wnioskuje się o nieświadomych treściach psychicznych, cechach osobowości i zaburzeniach. Opuszczamy artystę niezdiagnozowane. Bo jesteśmy w drodze. W pośpiechu. Mamy napięty plan. Kilka umówionych wizyt. Miejsc do odwiedzenia. Patrzę na Greenpoint oczami kogoś, kto nigdy wcześniej tutaj nie był. O, Muszynianka! – wykrzykuje znajoma. Polska oranżada – dziwi się. Polska apteka. Agencja. Cukiernia. Polska biblioteka i spotkanie z polską autorką, której poezję czytają Amerykanie. Po drodze wystawa. Jedna, druga. Pracownia fotograficzna, dach z widokiem, francuskie bistro. Spiętrzenie. Spotęgowanie wrażeń. Uzmysławiam sobie, że to, co kiedyś wydawało się egzotyczne, przaśne, smutne – dzisiaj przyjmuję jako normalne. Przyzwyczaiłam się do dyskretnego uroku polonijnych dzielnic: oplutych chodników, źle ubranych ludzi, sklepów z barachłem, zardzewiałych szyldów, przycupniętych, krzywych domków, które sąsiadują z nowoczesnymi, urokliwymi kawiarenkami i wypielęgnowanymi ogródkami. Piękno i brzydota. Ogromne przestrzenie i klaustrofobiczne pomieszczenia; ciasne mieszkania, mikroskopijne łazienki, za które płaci się gigantyczne pieniądze, garaże przerobione na restauracje, wnęki udające pokoje, schowki na miotły zaadaptowane na szafy, przedpokoje po 1200 dolarów na miesiąc plus ogrzewanie.

Przyzwyczaiłam się. Zobojętniałam. Widziałam tysiące wcieleń Nowego Jorku. I rzadko kiedy potrafi mnie zaskoczyć. Trochę zazdroszczę intensywności, która towarzyszy pierwszym razom. Poczucia, że można wszystko. Że szansa czeka za rogiem. Wiary w obietnicę, której Miasto nie składa. Ale w którą i tak wierzą wszyscy zaczynający wędrówkę. Ale jestem już bardzo zmęczona. Zniechęcona. Znużona. Potrzebuję wakacji. Na które znowu nie pojadę. Zmiany. Na którą nie potrafię się zdobyć. Chcę wyjść. Z tego miasta. Z tego kraju. Mam w sobie w środku, mam tylko kościotrupa.* Który czasem podryguje. Jak z meksykańskiej parady zmarłych. Dia de los Muertos. Kolorowego obrazka z Fridą Khalo wymalowanego na odrapanej ścianie w dzielnicy Bushwick.

* Dr Misio, Dziewczyny, słowa Krzysztof Varga

Weronika Kwiatkowska