Rozpoczął się sezon grillowania. Skwierczenie umęczonego ciała. Ociekanie potem. 34 stopnie Celsjusza. W cieniu. Miękki asfalt. Gąbczaste powietrze. Szaleniec wjeżdża w tłum na Times Square. Jedna osoba nie żyje. Dwadzieścia dwie ranne. Helikoptery. Policyjne psy. Samotny but na chodniku. Relacje świadków. Bóg kazał mi to zrobić – mówi dwudziestosześciolatek. Który pomylił życie z grą komputerową.

Jest czwartek. Chris Cornell umarł. A potem się powiesił. Black hole sun won’t you come and wash away the rain. Fani Soundgarden opłakują idola. W polskim programie rozrywkowym idolem zostaje chłopak, który nie potrafi śpiewać. Na scenie popularna wokalistka, która śpiewać potrafi już tylko w studiu. Męczy się we własnym repertuarze. Kandydaci do nagrody męczą się w repertuarze cudzym. Dlatego łatwiej im wybaczyć. Nieczystości. Brak osobowości. Trudniej zrozumieć. Gęby prowadzących wypchane komplementami. „Wybitny”. „Świetny”. „Rewelacyjny”. Naród jest głuchy. I głupi. Bo nie czyta książek. Nie chodzi do filharmonii. Wierzy w telewizję. Przeżuwa, nie przeżywa.

Takie są wasze wybory. W pierwszej dziesiątce zazwyczaj ballady rockowe. Wysokim głosem, pompatycznie. Do tego zmie- rzacie. Wysokim głosem, pompatycznie. I bezsensownie długa, wieśniacka solówka gitarowa. Przez to czujemy się jeszcze bardziej samotni. Nie ma alternatywy.* Pisze poeta. Którego frazy można odnaleźć na czarnych podkolanówkach, zakładkach do książek, kubkach do kawy. Poeta się dziwi. Że bez zgody. Że na skarpetkach. Biorą i kradną. Z tego wszyscy.

W sobotę uczestniczę w imprezie z okazji. Jest elegancko. Na srebrnych paterach szparagi owinięte plastrami szynki i przewiązane niteczkami szczypiorku. Panie w sukniach wieczorowych. Panowie w dobrze skrojonych garniturach. Za mgłą panorama Manhattanu. Na tle surowej cegły białe balony i kwiaty. DJ zaprasza do zabawy. Ruszają pierwsze pary. „Ruda tańczy jak szalona”, „ona czuje we mnie piniądz, wystroiła się jak Beyonce” i „ja uwielbiam ją, ona tu jest i tańczy dla mnie”, „ło o o o”. Wygląda na to, że motyw podrygiwania nader często występuje w produkcjach rodzimych artystów. Wolałabym „Tańcz głupia tańcz” Lady Pank, „Już nigdy więcej nie tańcz ze mną” Ani Dąbrowskiej albo chociaż „Zatańczysz ze mną jeszcze raz” starego dobrego Krawca. Jednak jestem skazana na muzykę narodową, która podbiega czerwoną krwią w białym ciele prawdziwego Polaka upodobniając go do flagi państwowej. Nie ma polonijnej imprezy bez Zenona Martyniuka. Trzeba przyjąć tę prawdę na klatę (z orzełkiem).

Siedzę w kącie i cierpię. Chcę wyjść na zewnątrz, ale leje. Zresztą zapomniałam płaszcza. Więc kiedy przestaje padać dzwonię zębami pod cudzym parasolem. I czekam na swoją kolej. Jak podczas połowinek w liceum. Kiedy z grupką równie nieprzystosowanych wyglądaliśmy momentu, gdy fani łatwych taktów oddalą się od sprzętu grającego i w końcu będzie można przemycić jakieś rockowe albo grunge’owe kawałki. A potem w smutnym delirycznym tańcu przeżyć muzyczną ekstazę przy dźwiękach Rage Against The Machine, Red Hot Chili Peppers albo – w ramach kompromisu –- Boba Marleya, którego tolerowały dziewczyny i chłopcy w wyjściowych adidasach.

Byliśmy mniejszością piętnowaną przez większość. I było nam z tym dobrze. Szliśmy pod prąd. I jak w numerze KSU patrzyliśmy z góry na tłum szary. Pogardzaliśmy ortalionowym dresem. Białą skarpetką. Fryzurą na enerdowskiego piłkarza. Powtarzaliśmy za Stachurą, że inność drażni jednakowość. I wiedzieliśmy, że to my mamy rację. Odróżniając się. Strojem. Uczesaniem. Muzyką na przegrywanych, od starszego rodzeństwa, kasetach.

Minęło ćwierć wieku a ja ciągle odstaję. Dlaczego się nie bawisz? – pyta zatroskany gospodarz. Jest wyjątkowo serdeczny i nie chcę sprawić mu zawodu. Jednak nie potrafię się przemóc. Jestem jak Grabarz z Pidżamy Porno, chora na wszystko, szczególnie na złą muzykę. I nie wyjdę dziś z tobą bejbi na techno/ nie pójdę z tobą pod rękę po molo/ nigdy w życiu nie pokocham chłopaka/ który słucha disco polo.** W końcu wdzieram się na scenę i proszę DJ, by pozwolił przejąć stery. Zgadza się, zaskoczony. Pierwszy set okazuje się sukcesem. Część publiki bije brawo i skanduje moje imię. Ale kiedy puszczam „Polskę” Kultu na parkiecie zostaje zaledwie kilka osób.

Czy byłeś kiedyś w Kutnie, na dworcu w nocy? Jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy. Krzyczeliśmy głośno na koncertach. Bo znaliśmy nocne pociągi. I zaplute dworce. Z Wrześni do Warszawy jechało się przez miasto, o którym śpiewał Kazik. Podobno mieszkańcy Kutna mieli pretensje. Że piętnuje. I wyszydza. Że przecież z pomocą funduszy europejskich wyremontowali dworzec. I teraz jest prawie tak ładnie, jak w zachodnich landach. Wokalista zmienił więc „w Kutnie” na „tutaj” ale i tak było za późno. Wszyscy zapamiętali pierwotną wersję.

Koncert Kultu w Eskulapie. Zabrałam dużą grupę znajomych. Do poznańskich klubów często miałam wejściówki. Ojciec „robił w kulturze”. Odbierałam telefony od Pawła Kukiza. Bywało, że w pokoju brata leżeli pokotem pijani muzycy z Dżemu. O Martynie Jakubowicz, której koncerty nagłaśniał, opowiadał, że przeklinała jak szewc, a potem przybrawszy pozę poetessy śpiewała o domach z betonu, w których nie ma wolnej miłości. Na jeden z koncertów w Arenie, na który nie miałyśmy pieniędzy, przemycał nas Pan Tadziu, który pracował w kotłowni. Do dzisiaj pamiętam ekscytację: wejdziemy, nie wejdziemy? Niewysoki człowieczek z czarnym wąsem przeprowadził nas labiryntem podziemnych korytarzy prosto pod scenę.

Przeżyłyśmy muzyczne katharsis. A potem grzecznie wróciłyśmy do domu. Ostatnim pociągiem.

* Lista przebojów wszechczasów, Marcin Świetlicki
** Moja generacja, Pidżama Porno

Weronika Kwiatkowska