Żeglując w mozaice mikroskopijnych karaibskich wysepek zwanych Grenadynami dopłynęliśmy do jednej z nich o nazwie Mayreau. Najmniejszej w całym archipelagu wśród tych, na których mieszkają ludzie. Wąski spłachetek piasku z wypiętrzonym w jej centrum stromym wulkanicznym z pochodzenia wzgórzem daje schronienie maleńkiej wiosce lokalnych rybaków, której do tej pory nikt nie nadał nazwy. Na szczycie góry zbudowano niewielki katolicki kościół pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Podobno jest to najstarszy kościół na Karaibach i zastanawia dlaczego został zbudowany właśnie tu – gdzie żyje garstka ludzi – dziś 270 osób – z trudnością wiążąca koniec z końcem. Z miejsca, gdzie przycupnął kościółek rozciąga się przepiękny widok na kilka innych wysp archipelagu.

Wyspa Mayrea ustanowi też naturalny magnes dla żeglarzy. To dzięki nim na Mayreau ludziom żyje się znacznie dostatniej niż kiedyś a apetyt turystów na miejscową langustę napędza lokalną ekonomię.

Nasz katamaran śmiało lawirował pomiędzy zakotwiczonymi w malowniczej zatoczce jachtami. Udało nam się zająć pierwszorzędne miejsce z widokiem na plażę, palmy i… morze po drugiej stronie wyspy. Mayreau w tym miejscu nie miała więcej niż sto metrów szerokości. O ile w zatoce w której staliśmy woda była olśniewająco i błękitnie spokojna to po drugiej stronie fale pieniły się groźnie, wskazując miejsce spoczynku sporej rafy koralowej.

Wśród łodzi stojących w zatoce szczególnie jedna przyciągała wzrok. Przede wszystkim stała tuż za nami i nie sposób było ją zignorować a poza tym była najprawdziwszą łodzią Wikingów! Całkowicie drewniana, wskazywała na ogromny kunszt szkutników, którzy ją zbudowali. Każdy element i detal idealnie do siebie pasował, pieczołowicie wydobyty wprawną ręką z bezkształtnego kawałka drewna. Znakomita część wyposażenia była również drewniana. Drewniane bloczki i knagi przyciągały wzrok swoją prostotą a zarazem praktycznością. Nawet liny skręcono starym sposobem z konopi, bo nie przypominały niczego, co można dostać we współczesnym sklepie żeglarskim. Prawdziwe żeglarskie cacko.

Nad łodzią dumnie powiewała spłowiała od słońca duńska banderka wskazując miejsce, z którego przypłynęła łódka. Gdy tak patrzyliśmy na nią w zachwycie, z jej wnętrza – jakby wywołany naszym natarczywym spojrzeniem – wyłonił się żeglarz. Pasował do swojej łodzi idealnie. Szczupły, wysoki, brodaty blondyn, okazał się być młodym Duńczykiem. Jego niebezpiecznie czerwona opalenizna spod której porcelanowo łypały białka oczu i pozostawiona siłom natury bujna czupryna wskazywały, że dawno już nie odwiedzał ojczyzny Hamleta. Wyglądał jak Ragnar Lothbrok, postać historyczna i bohater niezmiernie popularnego serialu fabularnego „Wikingowie”. Potomek prawdziwych odkrywców Ameryki. Wymieniliśmy uprzejmości a uśmiechnięty Wiking wyznał, że przypłynął tu siedem miesięcy temu i tak naprawdę nigdzie mu się nie spieszy. Zapytany kiedy rusza w dalszy rejs zamyślił się chwilę i nieprzekonywująco odparł, że może za trzy miesiące.

Wikingowie – oględnie rzecz ujmując – mają niezbyt dobrą reputację w historii, na którą mocno sobie zasłużyli oddając się piractwu, rabunkom i plądrowaniu wszystkiego na co natrafili wędrując wśród morskich wybrzeży. Wspomniany już serial „Wikingowie” obraz ten tylko umocnił zwłaszcza, że nie powstał on w fikcyjnej i pozbawionej realności historycznej próżni. Jego autorzy zadbali o to, aby nie tylko nie rozjeżdżać się za mocno z historyczną prawdą, ale także aby każdy element wikińskiej kultury, ubioru czy wyposażenia również odpowiadał temu, co wiemy o nich z historii. Jest to więc rzadki przypadek, gdzie atrakcyjnie opowiedziana historia ma spore walory edukacyjne.

Wikingowie to przede wszystkim żeglarze a okręty jakie budowali były w samym centrum tej niezwykłej kultury. Bez okrętów po prostu nie ma Wikingów. To one pozwalały im przemieszczać się w odległe zakątki Ziemi – nie tylko na Morzu Bałtyckim, ale także Śródziemnym, po północnym Atlantyku, do Grenlandii by wreszcie dotrzeć do Ameryki. Całe 500 lat przed Kolumbem.

Wydawałoby się, że odkrycie takie powinno zostać przyjęte z należytą pompą i entuzjazmem. Naukowcy jednak upewniają nas, że kontynent amerykański był skutecznie odcięty od reszty świata, zanim nie dotarł do niego Krzysztof Kolumb. Od jakiegoś czasu teoria ta jednak chwieje się w posadach, bo mapa na której zaznaczono wybrzeże Ameryki na długo przed przybyciem tam Kolumba została kilka lat temu uznana za prawdziwą. Chodzi o mapę Vinlandii, krainy opisanej w sagach, do której dotarli Wikingowie a która bez wątpienia była wybrzeżem Ameryki Północnej. Przez wiele lat trwała batalia o autentyczność mapy i ostatecznie eksperci historyczni i kartograficzni z duńskiej Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych uznali, że mapa jest prawdziwa! Mapę Vinlandii umieszczono w XV-wiecznej księdze „Hystoria Tartarorum” („Historia Tatarów”) skopiowanej w 1445 r. na zamówienie jednego z kościołów w Bazylei a spisanej w XIII w. przez franciszkanina Benedictusa Polonusa spod Wrocławia. Księga jest jego relacją z podróży poselstwa papieskiego na dwór Wielkiego Chana Gujuka, najstarszego syna Czyngis-chana.

Mapa zawarta w księdze obejmuje cały znany wówczas świat. Narysowano ją co prawda w XV w., ale była kopią mapy jaką stworzono dwieście lat wcześniej. Zaznaczona jest tam także część wschodniego wybrzeża dzisiejszego USA. Nazwano to miejsce Vinilanda Insula i obejmuje ona obszar od dzisiejszego stanu Maine aż po Południową Karolinę, sięgając w głąb lądu po Pensylwanię z zaznaczoną rzeką Sasquahana. Mapa musiała powstawać latami, bo trudno sobie wyobrazić aby stworzono ją podczas jednej wyprawy. Obejmuje ogromny obszar, co w przypadku Vinlandii pokazuje, że Wikingowie nie natrafili na Amerykę przypadkiem a kontynent był przez setki lat przedmiotem ich ekspansji i eksploracji.

Podróż do Vinlandii opisuje słynna saga Leifa Eriksona i ocenia się, że dotarł on do Ameryki ok. roku 1001. 75 lat później niemiecki kartograf Adam z Bremy pisał o odkryciu Eriksona w dziele „Descriptio Insularum Aquilonis („Opis wysp północnych”). Wspomniał on o Vinlandii wyjaśniając, że przyczyną nadania takiej nazwy były winne grona z których robiono doskonałe wino. O Vinlandii piszą także dwie inne skandynawskie sagi: Saga Eryka Rudego i Saga Grenlandczyków, gdzie Vinlandię umiejscawia się na południe od Hellulandu – uznawanego dziś za Wyspę Baffina i Marklandu – czyli Labradoru. Na Labradorze prowadzi się obecnie badania archeologiczne w osadzie L’Anse aux Meadows, którą bez wątpienia założyli Wikingowie, co samo w sobie powinno być ostatecznym dowodem na ich amerykańskie wyprawy.

„Hystoria Tartarorum” zaginęła na 500 lat aby trafić w ręce amerykańskiego antykwariusza Laurance Wittena. Był on absolwentem uniwersytetu Yale i zaoferował, że odsprzeda księgę swojej Alma Mater. Cena jaką zaproponował przekroczyła jednak możliwości finansowe uczelni, ale inny jej absolwent – miliarder Paul Mellon zgodził się pokryć koszty jej nabycia pod warunkiem, że potwierdzona zostanie autentyczność księgi. Wolumin poddano szczegółowym badaniom, które prowadziło dwóch brytyjskich specjalistów z londyńskiego British Museum. W 1965 r. uznali, że księga a wraz z nią mapa Vinlandii jest autentyczna. Mellon wypłacił należną kwotę i księga znajduje się po dziś dzień w bibliotece uczelni ubezpieczona na 25 mln. dolarów.

Wydawało się, że w tym momencie przyznanie palmy pierwszeństwa w odkryciu Ameryki Wikingom jest już formalnością. Autentyczność księgi i mapy potwierdzili przecież najwybitniejsi światowi eksperci. Tymczasem reakcję amerykańskich historyków porównać można było do wściekłości z jaka Ragnar i jego ziomkowie traktowali swoich wrogów. Uznali oni niemalże jednogłośnie, że mapa jest oszustwem bez przedstawienia na to najmniejszego dowodu. Kolumb był według nich w Ameryce pierwszy – koniec, kropka. Taki sam atak przypuszczono na odkrycia archeologiczne Helge Ingstad na Labradorze, gdzie od kilku lat powoli wyłaniała się z ziemi wioska Wikingów L’Anse aux Meadow. Fizyczne artefakty potwierdzały skandynawskie pochodzenie osady, ale historycy upierali się, że nawet jeśli założyli ją Wikingowie to jest ona w zbyt mizernej postaci aby mieć jakiekolwiek znaczenie. Na koniec naukowcy zażądali aby „Hystoria Tartarorum” została ponownie zbadana.

Pięć lat później badania księgi przeprowadził Walter McCrone – forensyk kryminalny – i w pobranych mikropróbkach tuszu, którym rysowano mapę znalazł ślady dwutlenku tytanu. Forma w której ten składnik chemiczny był użyty wskazywała na technologię stosowaną do jego wytworzenia znaną od lat 20-tych zeszłego wieku. Historycy na taką ekspertyzę zawyli z zachwytu. Postawili na swoim i na 15 lat zamknęli usta wszystkim, którzy widzieli w Wikingach prawdziwych odkrywców Ameryki.

W 1987 r. mapę zbadała jeszcze jedna grupa forensyków, tym razem z University of California. Do badania zastosowano promieniowanie rentgenowskie i okazało się, że dwutlenek tytanu rzeczywiście jest w tuszu, ale w śladowych ilościach. Badania prowadził dr Thomas Cahill, który o swoich wynikach poinformował poprzednią badającą księgę ekipę. Technologia jaką zastosowano 15 lat później do badania woluminu pozwalała na precyzyjne i detaliczne badania. McCrone spotkał się kalifornijskimi naukowcami i wspólnie zbadali kolejne próbki. Doszli oni do wniosku, że minimalna ilość dwutlenku tytanu pochodziła z żelatyny, którą stosowano do zagęszczania tuszu w średniowieczu i jeśli była ona przechowywana lub mieszana w kamiennym naczyniu, śladowe ilości dwutlenku tytanu mogły dostać się do inkaustu. Ta wiadomość znów wysłała księgę na koniec średniowiecza, ale nie był to koniec jej przygód.

W 2004 r. duńska Akademia Sztuk Pięknych z dr Rene Larsenem na czele przeprowadziła nad mapą Vinlandii najdokładniejsze i zakrojone na ogromną skalę badania. Mapę badali chemicy, kartografowie, historycy i naukowcy z wielu specjalności. Zajęło to pięć lat. W toku tych badań okazało się, że wszystkie poprzednie testy nie były wystarczająco dokładne. Stwierdzono wówczas, że źródłem nieszczęsnego dwutlenku tytanu wcale nie była żelatyna a piasek, którym osuszano świeżo namalowane rysunki lub litery. Składnik ten w podobnej formie znaleziono w wielu innych średniowiecznych księgach. Duńczycy znaleźli także korytarze wygryzione w księdze przez korniki – podobne jak w innych księgach z tamtego czasu. Żaden historyk biorąc pod uwagę wyniki tych badań nie był już w stanie podważyć palmy pierwszeństwa Wikingów w odkryciu nowego lądu mimo to, zapewne jeszcze długo trzeba będzie poczekać aż taka informacja trafi do szkolnych podręczników. Wielu pełnych pasji krytyków mapy Vinlandii wciąż zajmuje wysokie stanowiska w amerykańskim systemie edukacyjnym i ich fideizm jest ostatnią barierą jaką po tysiącu lat muszą pokonać Wikingowie aby znaleźć dla siebie właściwe miejsce w pełnej znużenia historii naszego globu.

Tymczasem zaledwie w zeszłym roku na trawersie nowojorskiego Battery Park pojawił się prawdziwy wikiński draken! We wrześniu 2016 r. przypłynęła do Ameryki największa (115 ft) replika łodzi Wikingów, jaką do tej pory udało się zbudować. Okręt o nazwie „Draken Harald Hå rfagre”, wyruszył w kwietniu 2016 r. z norweskiego Haugesund i odwiedził po drodze nie tylko Nowy Jork, ale także amerykańskie i kanadyjskie porty na Wielkich Jeziorach. Łódź wraz z norweską załogą entuzjastów przeżyła potężne sztormy i spotkania z górami lodowymi by drogą Leifa Eriksona dotrzeć do Ameryki i symbolicznie postawić kropkę nad „i”, udowadniając że ich przodkowie byli w stanie dokonać takich podróży ponad tysiąc lat temu.

Znacznie skromniejsza łódź Wikingów z wyspy Mayreau nie powinna w tym świetle budzić zdziwienia. W końcu aby dotrzeć na Karaiby musiała pokonać z Danii szmat drogi, co rodzi podejrzenia, że być może Karaiby również nie były Wikingom obce. Należąca obecnie do USA wyspa St. Croix, była kiedyś własnością duńskich królów, przekazaną temu krajowi przez zakon…. Kawalerów Maltańskich – spadkobierców słynnych i tajemniczych Templariuszy! Do dziś na St. Croix wciąż znajduje się w pełni funkcjonująca stanica niegdyś rycerzy zakonników, legendarnych Krzyżowców, z których wielu miało skandynawskie pochodzenie. „Naszemu” Wikingowi mimo siedmiomiesięcznego pobytu na wyspie jakoś nie udało się wtopić w tłum krajowców i wyraźnie od nich odstawał swoją bujną blond czupryną. Spotkaliśmy go jeszcze wieczorem w nadbrzeżnym barze, gdzie małymi łyczkami popijał drinka i słuchał muzyki zaciągając się od czasu do czasu miejscowym ziołem. Dzień później opuściliśmy gościnne Mayreau. Wiking, który zapewne żył w rytm lokalnego czasu nie pojawił się na pokładzie kiedy wyciągaliśmy kotwicę. Jakiś czas odprowadzaliśmy wzrokiem spokojnie kołyszącą się na wodzie drewnianą łódź. Wikingowie, byli ludźmi dla których najcenniejsze było nie złoto, które i tak rabowali gdzie się da, ale ich osobista wolność. Cenili ją ponad wszystko, gardząc tymi, którzy akceptowali życie pod butem innych.

Nasz Wiking bez wątpienia wyznawał te same wartości, decydując się na życie na marginesie świata. Dlatego od czasu do czasu jego obraz pojawia się gdzieś w zakamarkach pamięci, nawołując do dezercji z naszej coraz bardziej skomplikowanej cywilizacji.

Krzysztof Miekina