Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze – Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie. Kto ma przykazania moje i je zachowuje, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie”.

J 14, 15-17, 21

Wiele lat temu w czasie wizyty duszpasterskiej, zwanej kolędą odwiedziłem dom samotnej kobiety w średnim wieku. Po powitaniu powiedziałem: „To teraz się pomodlimy”. Jakże byłem zaskoczony, gdy po tych słowach kobieta wskoczyła w butach na łóżko uklęknęła i zaczęła się modlić. Wyglądało to dziwnie. Musiałem wiele namocować się wewnętrznie, aby zachować powagę modlitewną. Po skończonej modlitwie, jak gdyby nic zeszła z łóżka. Zastanawiając się na tym uświadomiłem sobie, że to jej nieco dziwne zachowanie to pozostałość z dzieciństwa. Prawdopodobnie, jako dziecko wieczorną modlitwę odmawiała w łóżeczku i tak to zostało. Takie zachowanie może wyglądać zabawnie, ale nie jest groźne dla naszej wiary. Groźniejsze jest zatrzymanie się na dziecięcych wyobrażeniach Boga.

Kiedyś spotkałem mężczyznę, który deklarował się jako ateista, chociaż co do jego ateizmu nie byłem do końca przekonamy. W czasach Polski Ludowej deklaracja ateizmu pomagała w robienia kariery państwowej, a nawet artystycznej. Stanowisko, które zajmował, to nie była żadna kariera, ale on uważał inaczej i bardzo sobie je cenił. Kiedyś powiedział, że nie wierzy w Boga, który jako siwobrody starzeć siedzi nad obłokami i spogląda na ludzi, aby ich ukarać, gdy coś przeskrobią. Powiedziałem mu, że ja też w takiego Boga nie wierzę, ale nie podjąłem dalszej dyskusji, bo wiedziałem, że on bardziej ceni swoje stanowisko niż sprawy religijne i że jego ateizm to sprawa czasu. Dziś można spotkać tego mężczyznę w kościele. Zapewne wspominał obraz Boga z lat dzieciństwa, kiedy niektórzy rodzice w swoich metodach wychowawczych wykorzystują straszenie Bogiem. Bóg siedzi nad chmurami i obserwuje nas, nawet grzmi, gdy źle postępujemy. Bardzo niebezpieczne dla naszej wiary jest zaniedbanie poznawania swojej wiary i zamknięcie się na działanie Ducha Świętego.

Mądrość Boża i światło Ducha Świętego dociera do nas na miarę naszego pojmowania – co św. Paweł ujmuje w słowach: „Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko”. Dlatego ciągle musimy być otwarci na światło Ducha Świętego. Zilustruję to przykładem. Doktor Lloyd Judd pracował w Oklahomie, w okolicy gdzie mieszkało wiele biednych ludzi, którzy nie mieli własnych środków lokomocji. Bardzo często Judd jeździł do nich własnym samochodem, nie spodziewając się za zapłaty za leczenie. Pewnego dnia sam zachorował. Gdy z dnia na dzień czuł się coraz gorzej podał się badaniom w szpitalu. Okazało się, że jest nieuleczalnie chory na raka. Gdy to usłyszał pomyślał o swoich małych dzieciach. Chciał im wszystko powiedzieć, ale wiedział, że są za małe, aby to zrozumieć. To co chciał im przekazać nagrał na taśmę, aby mogły wysłuchać tego, gdy na tyle dorosną, aby to zrozumieć. Wśród wielu mądrych rad była i ta: „Czy jesteś gotowy w zimną noc wstać z ciepłego łóżka i pojechać 20 mil do chorego człowieka, wiedząc, że nie ma on pieniędzy, aby zapłacić, i że czeka na twoją pomoc do rana? Jeśli na to pytanie odpowiesz ‘tak”, to znaczy, że jesteś gotowy studiować medycynę i zostać lekarzem”.

Jezus przez trzy lata przebywał ze swoimi uczniami, zbliżał się czas Jego wstąpienia do nieba. Wiedział, że apostołowie wielu rzeczy do końca nie rozumieją, gdzieś na dnie serca czai się lęk przed tym co się stanie, gdy zabraknie widzialnej obecności Jezusa. Jezus widząc te obawy powiedział do nich: „Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze – Ducha Prawdy (…) Nie zostawię was sierotami. Przyjdę do was. Jeszcze chwila, a świat nie będzie już Mnie widział. Ale wy Mnie widzicie; ponieważ Ja żyję i wy żyć będziecie. W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was”. Po zesłaniu Ducha Świętego apostołowie zostali napełnieni jego darami, wszystko lepiej zrozumieli. Zalękniony Piotr, nie zwyczajny publicznie przemawiać po zesłaniu Ducha Świętego mówi: „Przełożeni ludu i starsi! Jeżeli przesłuchujecie nas dzisiaj w sprawie dobrodziejstwa, dzięki któremu chory człowiek uzyskał zdrowie, to niech będzie wiadomo wam wszystkim i całemu ludowi Izraela, że w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka – którego ukrzyżowaliście, a którego Bóg wskrzesił z martwych – że przez Niego ten człowiek stanął przed wami zdrowy. On jest kamieniem, odrzuconym przez was budujących, tym, który stał się głowicą węgła. I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni.

Chrystus w mocy Ducha Świętego jest obecny w swoim Kościele: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata (…) Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem”. Obecność Ducha Świętego w Kościele sprawia, że nawet dzisiaj niektóre prawdy są poznawane dokładniej i czasami podawane w formie dogmatu. Tak było z dogmatem wiary o Niepokalanym Poczęciu Maryi, został ogłoszony 8 grudnia 1854 r. przez papieża Piusa IX: „Ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmocnego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć”.

To co odnosi się do całej wspólnoty Kościoła, odnosi się także do każdego z nas osobiście. Jeśli będziemy otwarci na mądrość i światło Ducha św., to będziemy ciągle odkrywać głębię naszego życia, które w Bogu znajduje spełnienie. Doświadczył tego Stanisław Brzozowski, polski filozof, pisarz, publicysta i krytyk teatralny i literacki epoki Młodej Polski, o którym Czesław Miłosz napisał: „W literaturze polskiej XX wieku nie znajdzie się pisarza o takiej skali i powadze zainteresowań. Górował on umysłowo nad wszystkimi sławami swego czasu i to przesądza o jego wyjątkowej pozycji dzisiaj”. Był on zwolennikiem materializmu dziejowego, który wprowadził marksizm do myśli polskiej. Zafascynowany Marksem przyjął materialistyczny sposób widzenia rzeczywistości. Jednak nie był zacietrzewionym materialistą i ateistą. Był otwarty także inną prawdę i to otwarcie było szczeliną przez którą wdarła się do jego duszy mądrość Boża i światło Ducha Świętego, które zmieniło całkowicie jego życie. To światło dotarło do niego dzięki konwertycie Johnowi H. Newmanowi, o którym pisał: „Nie potrafię wypowiedzieć, jak nieskończenie wiele zawdzięczam Newmanowi. Jego książki są dla mnie jakby żywym, nieskończenie przekonywającym, opanowującym światłością głosem. Czytanie ich już jest zlewem światła i spokojnie ufającego rozumu. Niech błogosławione będzie imię nauczyciela mego i dobroczyńcy. Nie śmiem pisać, raz jeszcze czuję do głębi prawdę, straszliwą prawdę słów, które jutro – nędzo, nędzo i słabości – wydadzą mi się może uniesieniem. Żle, słabo może, ale wierzę, wierzę w tej chwili”.

Ostanie słowa z pamiętnika Brzozowskiego zapisane kilkanaście dni przed śmiercią brzmiały: „Nieuchronnym, w samej idei człowieka zakorzenionym faktem jest Kościół. Człowiek jest niezrozumiałą zagadką bez Kościoła. Życie ludzkie jest szyderstwem i igraszką, jeżeli Kościoła nie ma”.

Na drodze wiary ciągle musimy być otwarci na mądrość z nieba i światłość Ducha Świętego, a wtedy ogarnie nas uszczęśliwiająca miłość, która w najpełniejszym kształcie przychodzi do nas w Jezusie Chrystusie.

Ks. Ryszard Koper