„Celebryci sami się niszczą. Ja nie muszę im pomagać” – mówi Karolina Korwin-Piotrowska, dziennikarka, która „jak nikt zna mechanizmy polskiego szołbizu”. Właśnie wydała kolejną książkę, w której obśmiewa świat ścianek, fleszy i ustawek. „Bawi mnie Natalia Siwiec, która ogłasza, że chroni swoją prywatność, podczas gdy zdążyła już pokazać pupę, biust i coraz większe usta. Anna Mucha robi focie z minuty ciszy po Pyrkoszu (na planie serialu). I ja pytam: gdzie jest granica ekshibicjonizmu? Celebryci zabijają się sami, własną bronią” – dodaje. „Jest mi ich żal. Bo oni nie mają nic do przekazania poza majtkami, które dostali, dietą pudełkową, którą ktoś im dał, ustami i biustem, które są napompowane w rabacie, albo samochodem, który jest pożyczony”- grzmi. „Są słupami reklamowymi, niczym więcej. Jak się nie ma talentu, trzeba sprzedawać gacie. Proste”. Choć Korwin-Piotrowska kala gniazdo, w którym umościła się wygodnie wiele lat temu, przyznaje, że są wyjątki od reguły. „Mam wielką słabość do ludzi utalentowanych. Uwielbiam ludzi z osobowością, ludzi niepokornych. Parę lat temu jeden paparazzi powiedział, że ma kompromitujące zdjęcia X, ale ich nie opublikuje. „Dlaczego?” zapytałam, a on na to: „Wie pani, jego się szanuje”. Słowo klucz to szacunek. To jest coś, czego nie zdobędziesz po jednym sezonie gównianego programu” – podsumowuje. Czy autorka książki o tytule <#Sława> sama cieszy się poważaniem i sympatią opinii publicznej? „Ludzie na dzielnicy mnie poznają, w sklepie pani powie: „Tej parówkowej, pani Karolino, to dzisiaj nie bierzemy. Jutro będzie dobra”. To jest sława po polsku”. Nic dodać, nic ująć.

*

„Kiedy słyszę, że w tym świecie starsi ludzie nie zasługują na wsparcie, to aż mnie wewnętrznie skręca” – mówi Paweł Deląg, jeden z najprzystojniejszych – acz niedocenianych – polskich aktorów, który od lat „za pracą” wyjeżdża na Wschód. Gra w Moskwie, Mińsku i Kijowie. Jednak – co podkreśla – nie wyprowadził się z kraju i bolączki polskiej rzeczywistości nie są mu obce. „Jaką ci starsi ludzie mieli możliwość wypracowania dobrobytu, skoro w PRL-u zasuwali po 30-40 lat za dziesięć dolarów na miesiąc? Solidnie wykonywali zawód, a dostają po 1200 złotych emerytury, kiedy sam czynsz wynosi 300 złotych. Gdzie inne rachunki, jedzenie, lekarstwa?” – zastanawia się głośno. „To jest przede wszystkim brak szacunku dla naszych rodziców, nie dla anonimowej grupy społecznej „ludzi starszych”, tylko dla NASZYCH bliskich” – podsumowuje sytuację seniorów w Polsce. I przyznaje, że wspiera swoją ukochaną mamę finansowo, bo bez tego „nie dałaby sobie rady”. Nieprawdopodobne, że taki materiał na męża nie został jeszcze skutecznie zagospodarowany. Coś tu nie gra.

*

„Przez ostatnie lata nieustająco musiałam tłumaczyć się dziennikarzom z tego, że nie śpiewam przebojów. A ja w ogóle nigdy nie byłam na to zaprogramowana. Jakie są kryteria? Coś, co spodoba się wszystkim? A może ja nie chcę działać szeroko, może ja chcę działać bardzo wąsko?” – pyta Anna Maria Jopek. I sama sobie odpowiada: „Nigdy w życiu nie chciałabym być Beyonce. Ona jest wspaniała i daje szczęście milionom ludzi na świecie, ale ja bardzo chętnie byłabym Mariną Abramovic. Po prostu gdzie indziej szukasz tego, co jest dla ciebie istotą, i zadajesz inne pytania” – podsumowuje. Artystka dojrzała. Wychowała dzieci i deklaruje, że ma teraz czas dla siebie. Chce podejmować nowe wyzwania, rozwijać się, uczyć, doświadczać. „Obok umiejętności wybaczania sobie i innym zgoda na nieuchronną zmienność rzeczy jest dla mnie największą lekcją do przerobienia. Myślę, że przez to, ile ukochanych osób straciłam przedwcześnie, za szybko, za boleśnie, musiałam to oswoić” – mówi piosenkarka. „Im wcześniej zrozumiesz ten limit czasu i sił, tym mocniej docenisz to, że wciąż tu jesteś. I zaczyna ci być żal, by stracić choćby dzień”. Jopek wraca po sześciu latach z nową płytą zatytułowaną „Minione”. Album składa się z najpiękniejszych przedwojennych tang polskich i został nagrany z legendarnym pianistą kubańskim Gonzalo Rubalcabą i jego trio jazzowym. „To nostalgiczne, przedwojenne tanga i bolera polskie złamane współczesnym językiem jazzu i kubańskim pulsem, nagrane w najwyższej audiofilskiej jakości” – mówi artystka. „Mogą stać się pomostem między tym co minione, światem lat 30. ubiegłego stulecia, a współczesną muzyką wokalną. Pomostem między kulturami – polską, kubańską, żydowską, argentyńską i amerykańską”- przekonuje. Zapowiada się pięknie.

*

„Mama powtarzała nam, że jeżeli myślimy o sobie jak o grubaskach, zostaniemy nimi. Jeżeli będziemy mówiły, że mamy duże tyłki, staną się duże”- mówi Ashley Graham, której seksowne, roznegliżowane zdjęcia pojawiły się m.in. na stronach słynnego „Sports Illustrated” czy „Vogue’a. 29-letnia supermodelka w rozmiarze 46 nie obraża się, gdy słyszy, że jest gruba. Nie przejmuje się internetowymi trollami, którzy rozmawiają o cellulicie na jej udach. Przeciwnie, walczy z każdym, kto próbuje retuszować jej zdjęcia. Modelka jest rozchwytywana i powtarza: „Była era Cindy Crawford, era Kate Moss, a teraz jest era ciała” i przekonuje, że 47 procent kobiet w USA ma rozmiar plus i choć nie cierpi tego określenia, takie są fakty. „Świat mody przez długi czas określał zasady: każda kobieta powyżej rozmiaru 36 powinna zacząć liczyć kalorie. Duży biust, pośladki, biodra? Dla takich osób zamiast butików projektantów zostają nudne sieciówki” – skarżyła się. Na szczęście – między innymi dzięki pojawieniu się zjawiskowej Ashley – domy mody Prada, Gucci, Michael Kors, Donna Karan i Calvin Klein powiększyły rozmiarówkę. Choć nie ustają głosy, że „duże znaczy niezdrowe”- supermodelka udowodniła, że nie zawsze musi to być prawdą. Słynny skandal (kiedy koleżanka po fachu Cheryl Tiegs napisała na Twitterze, że zdjęcia pulchnej Ashley na jednej z okładek to „promowanie otyłości”) zakończył się testem lekarskim porównującym wydolność fizyczną, w którym obie modelki wzięły udział. Badania wykazały, że Graham ma niższe ciśnienie krwi po ćwiczeniach i niższy poziom cukru, niż nosząca rozmiar 34 szczupła koleżanka. Zawstydzona Tiegs musiała skasować kontrowersyjny post z Twittera i przyznać rację Ashley, która twierdzi, że „cyfry to nie wszystko”, a „kobiecość nie ma rozmiaru”. I – jak piszą eksperci rynku mody – właśnie zaczęła nową epokę.

Weronika Kwiatkowska