39-letni Emmanuel Macron wygrał wybory prezydenckie we Francji i został najmłodszym przywódcą państwa w historii piątej republiki. Jego zwycięstwo dało oddech Unii Europejskiej i nadzieję innym krajom UE na pokonanie populizmu.

Francuskie wybory przykuwały przez wiele tygodni uwagę światowych mediów właśnie dlatego, że ich stawką nie było wyłącznie stanowisko w Pałacu Elizejskim. Bez przesady można powiedzieć, że gra toczyła się również o przyszłość Unii Europejskiej i całego kontynentu.

W drugiej turze wyborów Emmanuel Macron miał przeciwko sobie Marine Le Pen, przywódczynię Frontu Narodowego, której program mówił jasno: dość Francji w Unii Europejskiej, dość wspólnej waluty, dość imigrantów. Po decyzji Wielkiej Brytanii o opuszczeniu Unii Europejskiej zwycięstwo takiego programu oznaczałoby najprawdopodobniej rozpad sojuszu od dziesięcioleci łączącego europejskie państwa demokratyczne. Borykającej się z wewnętrznymi kłopotami UE, która wciąż szuka właściwej odpowiedzi na zmieniający się świat i problemy stojące przed Europą, Le Pen mogłaby zadać cios decydujący.
Stało się jednak inaczej. Francuzi w sposób bardzo zdecydowany opowiedzieli się przeciwko jej wizji przyszłości.

Macron zdobył 66 proc. głosów, Le Pen 34 proc. Nie było nocnego liczenia głosów, nie było niepewności co do wyniku. Le Pen uznała porażkę już kilka minut po zamknięciu lokali wyborczych i ogłoszeniu pierwszych sondaży.

Tysiące zadowolonych z takiego obrotu sprawy Francuzów z trójkolorowymi sztandarami piątej republiki i flagami Unii Europejskiej wyległo przed Pałac Luwru by świętować swoje zwycięstwo. Śpiewano między innymi „Odę do radości” Beethovena, będącą oficjalnym hymnem zjednoczonej Europy.

Dla zwolenników Francji w Unii Europejskiej i szerzej dla zwolenników UE w innych krajach Europy, rzeczywiście był to dzień bardzo radosny. Emmanuel Macron głosił hasła całkowicie przeciwne tym, pod którymi startowała Marine Le Pen. Zapowiadał wzmocnienie integracji wewnątrz UE, większą rolę Francji w tym sojuszu, głosił otwartość wobec imigrantów. Okazało się, że taka przyszłość bardziej odpowiada większości Francuzów. Populizm, który w USA wyniósł do władzy Donalda Trumpa i dał siłę innym podobnym politykom w Europie, został zastopowany. Teraz jednak zaczyna się dla Francji czas prawdziwie trudny.

Choć zwycięstwo Macrona było miażdżące, nie znaczy to, że Le Pen ze sceny politycznej zniknie. Bój o Pałac Elizejski przegrała wyraźnie, zdobyła jednak blisko dwa razy więcej głosów niż założyciel Frontu Narodowego, jej ojciec, Jean-Marie Le Pen, który w 2002 roku dostał się do drugiej tury wyborów prezydenckich, wyprzedzając między innymi ówczesnego premiera Francji, Lionela Jospina.

Marine Le Pen pozbyła się z partii ojca, którego antysemickie poglądy i kwestionowanie Holocaustu odstręczały od Frontu Narodowego wielu wyborców. Nadała partii nową twarz i znacznie powiększyła jej elektorat. Z pewnością będzie stanowiła silną opozycję, tym bardziej, że problemy, które eksploatowała w wyborach jak: strach przed imigrantami, terroryzm, wysokie bezrobocie i rachityczny rozwój francuskiej gospodarki nie znikną. Przeciwnie, będą dla niej nadal znakomitą pożywką.

Emmanuel Macron jest politykiem zdolnym lecz mało doświadczonym. Nie pełnił nigdy wcześniej wybieralnego urzędu, przez dwa lata (2014-2016) był ministrem gospodarki i przemysłu. Założona przez niego partia, En Marche! (Naprzód) także jest tworem nowym. Macron musi teraz przerobić ją w sprawną maszynę polityczną, a przede wszystkim musi pokazać, że jego wizja naprawdę zapewni Francji lepszą przyszłość.

Zadanie nie jest łatwe, zważywszy, że już w czerwcu Francję czekają wybory parlamentarne. Jeśli En Marche! nie zdoła osiągnąć w nich dobrego wyniku siła zwycięstwa Macrona w wyborach prezydenckich zostanie znacznie osłabiona. Bez „własnego” premiera, który zgodnie z francuską konstytucją musi być zatwierdzony przez parlament, nowy prezydent nie będzie w stanie realizować swojego programu. Może zostać skazany na tak zwaną koabitację, czyli współrządzenie państwem z premierem pochodzącym z opozycji. Koabitacja rzadko jednak bywa aksamitna.

Tomasz Bagnowski