Jezus powiedział do swoich uczniów: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę”. Odezwał się do Niego Tomasz: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” Odpowiedział mu Jezus: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem”.

Dwa tygodnie temu, w ramach tego cyklu przytoczyłem fragment listu polskiej zakonnicy, siostry Rut, która poświęciła całe życie osieroconym, głodującym dzieciom w Tanzanii i buduje tam sierociniec, który będzie dla tych dzieci namiastką domu. Ogromna rzesza ludzi, poruszona szlachetnym odruchem serca chce wesprzeć siostrę w tym wspaniałym dziele. Otrzymałem także jeden list, który mnie bardzo zaskoczył. Zacytuje fragment: „Witam Księdza. A ja bym się tak nie użalał nad losem murzyńskich dzieci. Jeśli dożyją dorosłości, to będą jak ich nieodpowiedzialni rodzice. Nie mają kontroli nad swoim popędem i produkują miliony nowych nikomu niepotrzebnych nieszczęśników. By przetrwać, będą między innymi niszczyć niepowtarzalną przyrodę Afryki. Nosorożce są już na granicy zagłady. Słoni też ubywa i nawet lwy to tylko pięć procent tego co było (…). A tak w ogóle to jako niewiniątka, na pewno trafią do raju, więc po co mają siebie i innych męczyć na tym padole?” Mimo tak niedorzecznej argumentacji, z ewangelicznego punktu widzenia zdecydowałem się odpisać, kierując się dobrem piszącego ten list, bo nigdy nie wiemy, czy nasze słowo nie zawróci błądzącego z niewłaściwej drogi i nie uwolni od fałszywie pojmowanej prawdy, nie uratuje życia, i to wiecznego. Odpisałem: „Wszystko zależy od punktu widzenia. Inaczej by Pan patrzył z perspektywy dziecka umierającego z głodu i rodziców patrzących na tę śmierć. Być może, że miłosierny Bóg nie oszczędzi Panu tego doświadczenia, aby Pan zrozumiał prawdziwą miłość i jedyną prawdę, która otwiera dla nas bramy nieba”.

Z pewnością myślenie autora listu nie jest drogą i prawdą, o której mówi dzisiejsza Ewangelia. Chrystus jest naszą drogą, prawdą i życiem. On jest samą miłością. Oddał swoje życie na krzyżu za wszystkich, ogarniając swoją miłością nawet tych, którzy zadawali Mu śmierć. Modlił się za swoich oprawców, aby Bóg darował im winy, bo nie wiedzą co mówią i co czynią, po prostu nie znają prawdy, którą jest On sam. Zapewne drogę Jezusa rozpoznała Siostra Rut, która opuściła swój rodzinny dom i wyjechała do dalekiej Tanzanii, aby tam założyć nowe zgromadzenie zakonne i złożyć dodatkowo czwarty ślub: życia w ubóstwie i życia pod jednym dachem z ubogimi. Zapewne rozpoznał tę drogę Jacek, młody mężczyzna, który przesłał dziesięć tysięcy dolarów, za które siostra kupiła blachę na przykrycie jednego skrzydła sierocińca. Na pewno rozpoznał drogę Chrystusa inny mężczyzna, Piotr który przesłał niższą sumę, ale to były jego ostatnie oszczędności. Na pewno rozpoznali drogę Chrystusa wszyscy, którzy poświęcają wiele czasu, pracy, stresujących telefonów, aby zebrać fundusze na ten cel. Na pewno rozpoznali drogę Chrystusa ci, którzy życzliwie odnoszą się do misji Siostry Rut i mówią, że w miarę swych możliwości chcą wesprzeć Siostrę w tym szlachetnym dziele.

Jezus wskazał na Siebie jako drogę, prawdę i życie w momencie bardzo ważnym. Po zmartwychwstaniu Chrystus mówi o swoim odejściu z ziemi. Apostołowie są przerażeni tą perspektywą. Była to zapowiedź końca najcudowniejszego okresu w ich ziemskiej wędrówce. Przy Chrystusie czuli niespotykaną bliskość Boga, który był Panem życia i śmierci. W ich pamięci i sercu ciągle były żywe spotkania ze Zmartwychwstałym, który ukazywał im także taką zwykłą ludzką troskę. Kiedyś gdy nic nie złowili, zapytał ich z czułością nad Jeziorem Tyberiadzkim: „Dzieci, czy macie coś do jedzenia?” A gdy okazało się, że nie, to uczynił cud obfitego połowu ryb, co więcej, gdy apostołowie przypłynęli do brzegu, czekał na nich z gorącym posiłkiem na rozżarzonych węglach.

Te spotkania z Jezusem zmartwychwstałym, to był przedsmak nieba. W bliskości Chrystusa apostołowie okrywali, że w tym przemijającym świecie jest ukryta szczęśliwa wieczność. Święty Jan Paweł II w wierszu „Zdumienie” pisał: „To przemijanie ma sens”. Porównuje on w nim przemijanie życia do wody wartko płynącej w strumieniu. Wszystko przemija, zmienia się, jest tylko na chwilę. To przemijanie ma jednak swoje piękno i sens, które odkrywamy w bliskości Chrystusa. Opromienieni blaskiem Chrystusa zmartwychwstałego poznajemy istotną prawdę naszego życia, że najważniejsze nie przemija, ale staje się zalążkiem wieczności.

Cudowne dzieciństwo i szalona młodość szybko przemijają, tak szybko, że nieraz nie mamy czasu zastanowić się nad wartościami, które trwają wieczne. Dopiero łaska starszego wieku, czasami znaczona chorobami, cierpieniem, zniedołężnieniem, odkrywa przed nami mądrość życia, która pozwala nam dostrzec Kogoś, kto staje się dla nas jedyną drogą, jedyną i niezawodną prawdą i jedynym pięknem życia, które nie ma końca, a które w niebie rozkwita całą gamą kolorów szczęścia.

Zapewne św. Tomasz Apostoł domyślał się, że Jezus wraca do Ojca, do nieba, ale dla pewności zapytał: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” Odpowiedź była bardzo prosta: Podążaj za Mną, a odnajdziesz niebo, bo gdzie jest Bóg tam jest niebo. Tego nieba możemy doświadczyć już tu na ziemi, na tyle na ile przesączymy Bogiem nasze życie. Niebo wysługujemy, ale przede wszystkim jest to łaska bożego Miłosierdzia. Mówi o tym jedna z przypowieści. Święty Piotr wpuszczając dusze do nieba dokonuje ich rozrachunku z życia ziemskiego, a czyni to w dość nowoczesny sposób, jak np. zbieranie punktów na kartę kredytową, aby później za te punkty coś otrzymać. Aby otrzymać nagrodę nieba, trzeba się było wykazać przed św. Piotrem, że na ziemi zdobyliśmy tysiąc punktów. W czasie takiego rozliczania jedna z dusz mówi: „Święty Piotrze codziennie modliłam się, nigdy bez poważnej przyczyny nie opuściłam Mszy świętej”. Św. Piotr uśmiechnął się życzliwie, pokiwał głową i powiedział: „To prawda. Otrzymujesz za to 50 punktów. „Także pomagałam biednym, głodnych karmiłam, odwiedzałam chorych”- powiedziała dusza. „O to jeszcze lepiej. Otrzymujesz za to 100 punktów” – zawyrokował Piotr. Przerażona dusza zachodzi w głowę jak zdobyć następne 850 punktów. Wytęża pamięć i nic nie przychodzi jej do głowy. W końcu zrezygnowana mówi do św. Piotra: „Nic sobie więcej nie przypominam, nie osiągnę wymaganej liczby punktów, muszę liczyć tylko na nieskończone miłosierdzie Boże”. Św. Piotr uśmiechnął się i powiedział: „Super. Wejdź do nieba. Za bezgraniczne zaufanie Chrystusowi i Jego Miłosierdziu otrzymujesz 850 punktów”.

Dzisiejszą Ewangelię często czytamy w czasie liturgii pogrzebowej, bo właśnie wtedy przemawia ona do nas najmocniej, przemawia z wysokości katafalku. Widzimy wtedy w całej wyrazistości prawdziwą drogę, nieprzemijającą prawdę i życie, które nie ma końca. I nawet, gdy w życiu plątaliśmy drogi, mylili prawdy, korzystali z fałszywej pełni życia, możemy z nadzieją powtarzać słowa Chrystusa: „W domu Ojca Mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przygotować wam miejsce” i śpiewać: „Dobry Jezu a nasz Panie daj im wieczne spoczywanie. Światłość wieczna niech im świeci, gdzie królują wszyscy święci”. Ta nadzieja rodzi się z całkowitego zawierzenia naszego życia Miłosierdziu Bożemu, które zawsze wyciąga ręce do nawróconego grzesznika.

Ks. Ryszard Koper