Prezydent Andrzej Duda wywołał poruszenie wypowiedzią o potomkach komunistów, którzy zajmują ważne stanowiska w III Rzeczpospolitej.

Z okazji dziesięciolecia utworzenia kanału TVP Historia prezydent udzielił stacji temu półgodzinnego wywiadu na temat polityki historycznej. Oświadczył też, że należy brać wzór z prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zajął twarde stanowisko w sprawie budzenia świadomości narodu.

Chodzi o to – wyjaśniał prezydent Duda – w jaki sposób rozkładamy akcenty pokazując historię i o to, czy mówimy wszystko. Czy są takie elementy, które stanowią białe plamy w historii. Tych białych plam zwłaszcza w okresie komunistycznym było bardzo dużo i bardzo było dużo kłamstwa historycznego – mówił. A dzisiaj trwa „ciężka praca, w jaki sposób to kłamstwo wymazać, ukazując spod niego historyczną prawdę”.

Prezydent powiedział, że po roku 1989 „splendory dostała pewna grupka, która się ustawiła w polityce a o tych, którzy cierpieli i byli zwalniani z pracy, zapomniano”. Lech Kaczyński przywrócił o nich pamięć. Jednak do tego czasu zamiast polityki historycznej panowała pedagogika wstydu – zawstydzania Polaków (za winy zmyślone i prawdziwe – JR), a patriotyzm i prawda historyczna stały się niemodne. „Fałszowano obraz nasz w nas samych. To kompletna aberracja”, ocenił Andrzej Duda.

Do tego momentu wypowiedź prezydenta nie była szczególnie kontrowersyjna. Mówi to, co słychać od dawna na prawicy. Bomba wybuchła dopiero po pytaniu dziennikarza, czy polityka historyczna może pomóc w sklejaniu wspólnoty?

W jakimś sensie tak – odpowiedział prezydent Duda, ale w jakimś sensie będzie też prowadziła do podziałów. Ci, którzy są potomkami zdrajców, nigdy nie będą chcieli przyznać tego, że są potomkami zdrajców. Oni będą walczyli z prawdą historyczną. Miejmy tego świadomość, że dzisiaj dzieci i wnuki zdrajców Rzeczypospolitej, którzy walczyli o utrzymanie sowieckiej dominacji nad Polską, zajmują wiele eksponowanych stanowisk w różnych miejscach. W biznesie, w mediach. Oni nigdy nie będą się chcieli zgodzić na to, by prawda o wyczynach ich ojców, dziadków i pradziadków zdominowała polską narrację historyczną. Będą zawsze przeciwko temu walczyli. I w tym znaczeniu tej jedności nie będziemy mieli nigdy.

Były to słowa ryzykowne w ustach polityka, który skądinąd zapewniał, że jest „prezydentem wszystkich Polaków”. Otwartą deklaracją o zdrajcach i ich potomkach na ważnych stanowiskach prezydent zdaje się otwierać kolejny front w zimnej wojnie polsko-polskiej. Znaczą one przecież, że prędzej czy później trzeba będzie odebrać im te stanowiska. Taki pogląd jest obecny od dawna w prawicowej, patriotycznej publicystyce. Podobnie mówi Jarosław Kaczyński. Ale co wolno prezesowi partii, to nie przystoi prezydentowi. Prezes PiS jest wprawdzie najważniejszym politykiem w kraju ale prezydent z urzędu powinien stać ponad podziałami nie tylko partyjnymi ale także społecznymi. Powinien być gotowy do roli rozjemcy, kiedy konflikty wewnętrzne za bardzo się zaostrzą. A tę rolę porzucił.

To co powiedział Andrzej Duda jest prawdą historyczną. Niestety, zapomniał dodać, że są też potomkowie „zdrajców i zbrodniarzy”, którzy odcięli się od przeszłości swojej rodziny i przeszli na stronę patriotyczną. Tworzą dzisiaj politykę historyczną, jak np. Sławomir Cenckiewicz, któremu nic nie można zarzucić pod tym względem. Byli także członkowie partii komunistycznej, którzy w tamtych bardzo złych warunkach starali się pracować dla dobra Polski. Nazwać tych ludzi po prostu zdrajcami jest niestosowne.

Prezydent Duda tym bardziej powinien ważyć słowa, że na 6 maja jest zapowiedziana wielka demonstracja sympatyków opozycji. Ludzie wahający się, czy wziąć w niej udział dostali argument za uczestnictwem, jeśli czują, że dotyczą ich oskarżenia prezydenta.

Wywiad Andrzeja Dudy został nadany dzień po marszu w Warszawie członków Obozu Narodowo-Radykalnego, z okazji 83 rocznicy powstania ONR. W ostatnią sobotę udział w niej wzięło około tysiąca osób. Przeszli pod lasem flag polskich i ONR pod Zamek Królewski, gdzie odczytano deklarację ruchu. Demonstracja nie była liczna ale robiła wrażenie dyscypliną uczestników. Niestety kojarzyła się z marszami faszystów, choć ONR od faszyzmu zdecydowanie się odcina.

Można sądzić, w latach następnych ONR przyciągnie więcej uczestników tym pokazem siły. Łatwo pojąć, że marsz wywołał panikę w środowisku Gazety Wyborczej, skoro z pochodu słychać było okrzyki „znajdzie się kij na lewacki ryj”. Marsz miał wpływ na rozumienie wywiadu prezydenta Dudy. Jeden z komentatorów GW zarzucił głowie państwa rasizm gdyż prezydent widzi ciągłość pokoleń od dziadów i ojców oprawców Polaków po dzieci dzisiaj na ważnych stanowiskach. To nie był rasizm, który polega na dziedziczeniu cech biologicznych. Natomiast Dudzie chodziło o postawy polityczne, które można wybierać.

Prezydent Duda jeszcze bardziej podgrzał atmosferę w ostatnią środę. Na obchodach rocznicy Konstytucji 3 Maja zapowiedział referendum w setną rocznicę niepodległości w roku 2018. Ma ono dotyczyć też nowej konstytucji Polski, gdy minęło 20 lat od przyjęcia obecnej. Obywatele mieliby w przyszłym roku wypowiedzieć się, w jakich kierunkach powinny pójść prace nad ustawą zasadniczą, a zazwyczaj trwają kilka lat. Jak się zdaje rząd jest nieco zaskoczony tą inicjatywą.

Wywiad dla TVP Historia, sprawa konstytucji a wcześniej szorstka korespondencja z szefem Ministerstwa Obrony Narodowej Antonim Macierewiczem świadczą, że prezydent Duda także postanowił wybić się na niepodległość od partii rządzącej, choć popiera jej program.

Jan Różyłło