Marek Bartelik jest kuratorem wystawy prezentującej prace Stanisława Fijałkowskiego, która będzie otwarta 10 maja – i przewodniczącym Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki (AICA) do którego należy ponad 4500 krytyków w 70. krajach.

O krytykach sztuki (ogólnie)
Straciliśmy pozycję, którą kiedyś posiadaliśmy. Teraz zabiega się o opinie kuratorów i kolekcjonerów – bo to oni decydują o karierach artystów. Krytycy mają coraz mniej miejsc do publikowania, co nie znaczy – w wielu przypadkach – mniej do powiedzenia. Mnożenie się blogów niczego nie poprawia, wręcz przeciwnie, potęguje zbyteczny rozgwar wokół sztuki. Docierają do nas informacje, „sensacje”, które pojawiają się i za chwilę znikają, zanim mamy czas, żeby zastanowić się głębiej nad ich zawartością. Brak pogłębionych a równocześnie wrażliwych analiz jest silnie odczuwalny. Powoduje on głód rozmów istotnych. Niewykluczone, że przyszłość krytyki sztuki, to będą spotkania kameralne, rozmowy w małym gronie, w tym samym pomieszczeniu, a nie na odległość internetową.

O sobie, jako krytyku sztuki
Utrata władzy, czy prestiżu krytyka, o której wspomniałem powyżej, bardzo mi odpowiada – nie czuję się do niczego zobowiązany. Nigdy zresztą nie czułem się dobrze w roli „krytyka sztuki”. Chciałem, i chcę, pisać o sztuce poza kategoriami, dzielić się własnymi przemyśleniami „przy okazji”. Kiedyś moje kwalifikacje krytyka były dla niektórych wątpliwe. Kiedy pisałem recenzje do „Przeglądu Polskiego” w latach 1980-tych i wczesnych 1990-tych, przypominano mi czasem, że z wykształcenia byłem inżynierem budownictwa lądowego. Kiedy obroniłem doktorat z historii sztuki, tutaj w Nowym Jorku – stałem się „historykiem sztuki”, zacząłem wykładać na uczelniach: Cooper Union, MIT, Yale. Nie wiem jak zostaje się zawodowym krytykiem sztuki. W moim przypadku wzięło się to z ogromnej pasji do sztuki, a to czy realizowałem ją pisząc, czy na przykład malując, nie było w zasadzie istotne. Dzisiaj, gdy wypowiadam się o sztuce publicznie, robię to bardzo osobiście. Moje teksty często zaczynam od „ja”, i robię to świadomie, żeby powiedzieć że w stu procentach podpisuję się pod tym, co napisałem, i że „rozmawiam” z artystą.

O kuratorowaniu
Rola kuratora polega na popatrzeniu na dzieła artysty, lub grupy artystów, w taki sposób, żeby „bezwidocznie” (pozorny paradoks), w wyciszeniu, przybliżyć je widzowi, tak żeby wszystko wydawało się na właściwym miejscu, a jednocześnie każda praca wyróżniała się unikatowością. Wystawa to nie „rynek”, „kaplica,” izba przyjęć,” albo „biblioteka” – to raczej wyizolowana „przestrzeń publiczna”, w której sztuka zajmuje miejsce uprzywilejowane, jako wyraz tego, co w jej esencji jednostkowe, a jednocześnie uniwersalne, może podobnie jak jedno spojrzenie jest w stanie powiedzieć nam wszystko o danej osobie, czy miejscu. Męczą mnie wystawy, które są popisami intelektualnymi kuratora, wystawami z dużym sloganem, a tych jest ostatnio masa. Nie wierzę w studia kuratorskie, które mnożą się jak grzyby po deszczu, przyczyniając się do rosnącej biurokratyzacji świata sztuki, i które powodują, że pomiędzy artystą, a jego dziełem w „przestrzeni publicznej” (do której zaliczam także muzea i galerie), stoi coraz większy sztab urzędników. Kurator, tak jak było kiedyś (gdy był on przypisany muzeum), musi posiadać rzetelne przygotowanie z historii sztuki, ale także wrażliwe oko artysty, które wypracowuje się – dobrze gdy przez długie lata – studiując dzieła sztuki w muzeach, galeriach, pracowniach artystów. Ja kuratorowanie traktuje po prostu jako intymne spotkanie z artystą, gdy każda ze stron daje z siebie to, co najlepsze.

O poezji
Nie zgadzam się z Platonem, czy Milanem Kunderą, którzy przestrzegali przed poetami. Poezja jest dla mnie najintymniejszą formą artystycznej rozmowy ze światem. Pisać wiersze, to dotykać spraw istotnych, wiedząc, że są one z natury kruche i „małe.” Bez poezji, pustka jest pusta. Poezja jest w mniejszym stopniu zależna od czynników zewnętrznych niż sztuki plastyczne. Ona nie potrzebuje dużych przestrzeni, muzeów, marszandów, reflektorów… Stąd mój wybór poezji.

O eseistyce
Bardzo lubię tę formę literacką. Wymaga absolutnej dyscypliny formalnej, oszczędności, a jednocześnie jest to mówienie w pierwszej osobie. Boy-Żeleński nazwał „Eseje” Montaigne’a w jego polskim tłumaczeniu, „Próbami”, o czym przypomina Jan Kott w zbiorze „Four Decades of Polish Essay”, książce, do której wracam. Tak naprawdę zmierzyłem się z eseistyką w mojej książce „Łagodny deszcz” (Fundacja Twarda Sztuka, 2010), napisanej po polsku. Jest to rodzaj „szkicu,” który od kilku lat intensywnie „przemalowuję”. „Obraz” powinien ujrzeć światło dzienne w przyszłym roku, w wersji po francusku i angielsku równocześnie. Ta nowa książka wyznacza zmianę kierunku w moim pisaniu o sztuce w stronę fikcji, czegoś na pograniczu tradycyjnego opowiadania.

O artystach
Wiele dowiaduję się o świecie od artystów, z ich sztuki, może nawet tyle samo, co z własnego doświadczenia. Bardzo cenię ich wyobraźnię, ale także wiedzę. Sytuacja zaprzyjaźniania się z artystami jest swoista. Większość artystów myśli przede wszystkim o swojej sztuce, i tak chyba być powinno; żyją w dużej części w paralelnym świecie, z którego są ciągle wyrywani. Kiedy pojawia się możliwość twórczego dialogu, jestem w siódmym niebie. Podczas wieloletniego pisania o sztuce poznałem wielu interesujących artystów, z kilkorgiem udało mi się naprawdę zaprzyjaźnić. Inni pojawiają się i znikają bez śladu.

O wyspach
Potrzebuję wysp, muszę widzieć zarys miejsca, w którym jestem. Olsztyn, z którego pochodzę, jest dla mnie swoistą wyspą, tyle że otoczoną jeziorami, a nie morzem. Manhattan na którym mieszkam (z moich okien nie widzę wody), ale świadomość tego, że otacza mnie morze sprawia, że traktuje go jako miejsce w którym zakotwiczam się, po to żeby, za jakiś czas, wyruszyć w następna podróż… Od kilku lat lato spędzam na jednej z greckich wysp, gdzie z tarasu rozciąga się nieskończoność. Tam w godzinach wieczornych na niebie spotykają się słońce z księżycem, od zawsze.

O podróżach
Od kilku lat podróżuję bardzo dużo, kilkanaście razy do roku. Ląduje w Brazylii, Paragwaju, Japonii, na Tajwanie, na Srilance, w Finlandii, Francji, Rosji, Polsce. Powtarzam sobie często, że robię to, żeby przystanąć w miejscu, spotkać się z innymi, przyjrzeć się sobie.

Stanisław Fijałkowski
Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z jego sztuką. Musiało to być gdy byłem licealistą, w Olsztynie. Album o sztuce, może tylko grafice, ze złej jakości reprodukcjami jego prac… Zadziałała młoda wyobraźnia, nadwrażliwość? Liryka w jego sztuce, a jednocześnie siła wewnętrzna, skupienie, które nie pozwalały aby sentymentalizować. Brak twarzy? „Próby” czegoś, czego dokładnie nie potrafiłem, nie musiałem, określać?

Prawie pół wieku później, Nowy Jork, i znowu Fijałkowski. Tak samo istotny, może nawet bardziej niż kiedyś. Ciągle „młody”, wyciszony, skupiony nad czymś, co bardzo osobiste: „wyspa”. Warto było czekać tak długo na tę okazję.

Marek Bartelik