Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Wszedł więc, aby zostać wraz z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili między sobą: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?”

Dla uczniów Jezusa śmierć na krzyżu ich Mistrza była traumatycznym przeżyciem. Trauma, stan psychiczny wywołany działaniem zagrażających zdrowiu i życiu czynników zewnętrznych, prowadzący do głębokich zmian w funkcjonowaniu człowieka jak najbardziej pasuje do stanu psychicznego uczniów idących do Emaus. Rezultatem tego urazu mogą być utrwalone trudności w powrocie do poprzedniego funkcjonowania, czasem układające się w zespół objawów zwany zaburzeniem stresowym pourazowym. Bardzo często, człowiek chce wyrzucić coś złego z siebie, wymazać ze swojej pamięci. Czasami przybiera to formę ucieczki z miejsca, w którym do zdarzenia doszło. Zapomnienie, ucieczka nie niosą rozwiązaniem tych problemów. Psychologia ma swoje metody na traumatyczne przeżycia i zapewne dzisiejszy psycholog znalazłby radę na smutek apostołów udającym się do Emaus po śmierci ukochanego Mistrza, z którym wiązali najpiękniejsze życiowe marzenia. Może rady współczesnego psychologa trochę by im pomogły, ale nigdy nie zastąpiłyby tego co się dokonało przy spotkaniu uczniów z Chrystusem zmartwychwstałym.

W Ewangelii czytamy: „W pierwszy dzień tygodnia dwaj uczniowie Jezusa byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej o sześćdziesiąt stadiów od Jeruzalem. Rozmawiali z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były jakby przesłonięte, tak że Go nie poznali”. Opowiadają Nieznajomemu o tragedii jak dokonała się w Jerozolimie. To była także ich osobista i narodowa tragedia. Mówią: „A my spodziewaliśmy się, że On właśnie miał wyzwolić Izraela”. W tym ludzkim myśleniu widzieli swoje poczesne miejsca przy Chrystusie, wybawicielu Izraela. Nierozpoznany Chrystus od początku zaczyna im tłumaczyć jakie jest posłannictwo Mesjasza: „O, nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?” I zaczął im wszystko wyjaśniać. Apostołowie słuchali Go z zapartym tchem, a gdy dzień chylił się ku zachodowi przymusili Nieznajomego, aby pozostał z nimi na posiłek: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Nierozpoznany Chrystus został z nimi, zasiadł przy stole, błogosławił chleb i łamał go, dając uczniom. I wtedy otworzyły się oczy apostołów i rozpoznali w Nieznajomym Jezusa. Po czym Jezus znikł, a oni i mówili między sobą: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?” W tym momencie traumatyczne przeżycia przemieniły się w ogromną radość. Co więcej, potęgowały tę radość, były niejako konieczne do pełni tej radości. Czyż nie jest to wskazówka dla nas, gdy doświadczamy trudnych, traumatycznych sytuacji życiowych. Wtedy wystarczy rozpoznać Chrystusa, który idzie z nami przez życie.

W okresie po zmartwychwstaniu bardzo często w Ewangelii pojawia się motyw nie rozpoznania Chrystusa przez Jego uczniów. Maria Magdalena myślała, że jest to ogrodnik. Nie rozpoznali go uczniowie nad Jeziorem Galilejskim. Uczniowie w Wieczerniku myśleli, że jest to duch. Apostołowie w drodze do Emaus wzięli Go za przygodnego wędrowca.

William Barclay, szkocki teolog i pisarz religijny, prezenter radiowy i telewizyjny oraz profesor teologii powiedział, że jest to ze strony Chrystusa „kurtuazyjny gest”. Chrystus nie chce się nikomu narzucać. Czeka na nasze zaproszenie. Apostołowie udający się do Emaus nie rozpoznali Chrystusa, jednak z uwagą wsłuchiwali się w głos Nieznajomego, zaprosili do swego życia, do swego stołu. To zaproszenie zaowocowało rozpoznaniem Chrystusa i stało się źródłem ogromnej radości i poczucia sensu życia, nawet w jego najtrudniejszych momentach. I to stało się źródłem mocy i odwagi głoszenia tej radosnej Nowiny całemu światu. W Pierwszym Czytaniu słyszymy jak Piotr w dzień Pięćdziesiątnicy wychodzi z Wieczernika i głosi: „Tego Męża, który z woli, postanowienia i przewidzenia Boga został wydany, przybiliście rękami bezbożnych do krzyża i zabiliście. Lecz Bóg wskrzesił Go, zerwawszy więzy śmierci, gdyż niemożliwe było, aby ona panowała nad Nim”. Piotr nie obawia się, że może ponieść śmierć męczeńską, bo wobec tajemnicy zmartwychwstania Chrystusa nawet śmierć nie jest mu straszna.

Oprócz wspomnianej drogi prowadzącej do rozpoznania Chrystusa jest inna i chyba dla nas najważniejsza. Jest to rozpoznanie Chrystusa w naszym bliźnim, szczególnie potrzebującym. Zrozumieć ją możemy w świetle słów Chrystusa: „Bo byłem głodny i daliście mi jeść; byłem spragniony, i daliście mi pić; przybyszem byłem, a przygarnęliście mnie; nagi – a odzialiście mnie; zachorowałem, i odwiedziliście mnie; znalazłem się w więzieniu, a przyszliście do mnie… Oświadczam wam, że ile razy nie zrobiliście czegoś dla jednego z tych najlichszych, to właśnie dla mnie nie zrobiliście”. I ci odejdą do wiecznej kaźni, a sprawiedliwi do wiecznego życia”.

Potrzebujących widzimy wokół siebie. Możemy do nich wyciągnąć życzliwą rękę, wesprzeć materialne lub duchowo. Tak wielu ludzi jest samotnych, czekających na życzliwe słowo. Strapionych duchowo, czekających na pocieszenie. W dzisiejszych czasach, gdy świat staje się globalną wioską, to problemy nawet najodleglejszych krajów stają się naszymi problemami. Św. Jan Paweł II powiedział: „Uważam, że mam obowiązek mówić o Afryce, apeluję do sumienia świata żyjącego w dostatku, który bez skrupułów odbiera ubogim środki do życia, aby inwestować je w śmiercionośną broń. Oczy afrykańskich dzieci osądzają nas!” Najnowszy raport ONZ mówi: „Co pięć sekund na świecie z głodu umiera jedno dziecko. 20 tysięcy dziennie. A liczba głodujących na świecie wzrosła o 40 milionów w ciągu ostatniego roku”. Dotyczy to głównie krajów afrykańskich.

Głos umierających z głodu usłyszała Siostra Rut, która pisze w swoim liście: „Kochani! Mam na imię Rut i jestem siostrą zakonną nowo powstałego Zgromadzenia w Tanzanii. Całym sercem jestem Polką, ale również całe moje serce jest tu w Tanzanii. Od wielu lat dane mi jest służyć w tym kraju wśród osób biednych, niechcianych, porzuconych przez najbliższych. Zgromadzenie Dobrych Samarytanek, to siostry, które chcą żyć z biednymi i dla biednych. Dzielą swoje życie z tymi, którzy zostali odepchnięci w różny sposób.

W Tanzanii jest bardzo dużo dzieci głodujących, które nie mają żadnej opieki, ponieważ ich rodziny są zbyt biedne. Wiele rodziców umiera na Aids lub zapada na choroby psychiczne. Takie problemy nękają tutejszych ludzi. I właśnie tu, w Tanzanii narodził się pomysł wybudowania domu dla tych najmłodszych, którzy nie mają dachu nad głową, wybudowania Centrum Samarytańskiego. W poprzednim Ośrodku słyszałam od dzieci: ‘Siostro wybuduj dla nas prawdziwy dom”. Te słowa bardzo głęboko utkwiły w moim sercu. Ten ośrodek nie był dla nich prawdziwym domem mieszkali bowiem razem z osobami dorosłymi, chorymi na Aids, trąd, a także z chorymi psychicznie, którzy zachowywali się bardzo agresywnie. Myślę, że teraz już rozumiemy dlaczego dzieci prosiły o prawdziwy dom”.

Poruszeni sytuacją głodujących dzieci w Afryce na stronie Nowojorskiego Klubu Podróżnika nytravelclub.com.pl umieściliśmy sekcję „Uratuj życie dziecka – Afrykańskie misje”, gdzie możemy zapoznać się z misją Siostry Rut, zobaczyć fotografie oraz złożyć ofiarę na budowę sierocińca. Podane są tam konta, na które możemy bezpośrednio przesyłać pieniądze. Aż trudno uwierzyć nam, zasiadających przy suto zastawionych stołach, że nasza ofiara – sto dolarów – może uratować życie dziecka. Wzruszająca jest reakcja ludzi na apel Siostry. Zaledwie kilkanaście dni temu ruszyliśmy ze stroną Klubu Podróżnika, a Siostra już otrzymała prawie dziesięć tysięcy dolarów. Jeden z nowojorskich biznesmenów wysłał siedem tysięcy dolarów, za które Siostra kupiła blachę na pokrycie jednego skrzydła Sierocińca, co więcej zadeklarował następne pięć tysięcy. Jakże wzruszający jest list z Polski, w którym czytamy: „Wszystko w biznesie mi się posypało. Zostało mi na koncie 200 zł., te pieniądze prześlę na budowę Sierocińca”. Siostra zadzwoniła do nas i powiedziała, że już te pieniądze są na jej koncie.

Jakże przejmujące jest to rozpoznanie Chrystusa w potrzebujących.

Ks. Ryszard Koper