Czytam sobie, po raz kolejny, książkę „Bangkok Days” Lawrence’a Os- borne’a, angielskiego piewcy Tajlandii. Godna polecenia lektura w Polsce, gdzie nawet w drugiej połowie kwietnia jest szaro i buro, popaduje śnieg, w nocy są przymrozki – i codziennie biją polityczne gromy.

Nie o klimat tylko idzie, który i w Tajlandii bywa trudny do wytrzymania (Bangkok jest najgorętszą metropolią na świecie). Osborne zachwyca się tym krajem z powodu jego tajemniczości, niedostępności dla zachodniego umysłu. Tajowie są uduchowionymi, uśmiechającymi się, nieprzeniknionymi, chodzącymi Buddami. Mimo ich uprzejmości wyczuwa się, że ich świat wiary w duchy, reinkarnacji, dobrej i złej karmy, buddyjskiego dystansu do życia, nie jest do pojęcia przez człowieka z Zachodu. Sprawę pogarsza język tajski. Litery przypominają ślimaki i robale, a i język mówiony sprawia ogromne trudności cudzoziemcom, gdyż posiada wiele rodzajów samogłosek zmieniających, w zależności od długości i artykulacji, znaczenie słowa. Osborne z humorem pisze, jak to w ciągu czterech tygodni udało mu się w końcu wymówić dwa tajskie słowa („wtyczka” i „zupa”) tak, że autochtoni go zrozumieli. To słowa pierwszej potrzeby, a co z tymi wyrażającymi stany duchowe, uczucia, skomplikowane myśli? Osbornowi to nie przeszkadza. „Chciałem pozostawać każdego dnia w tym błogostanie nierozumienia języka, którym nigdy nie nauczyłem się dobrze posługiwać. Otaczała mnie przez cały czas miękka ściana, której – z wielu powodów – nie miałem ochoty zbyt energicznie penetrować. Było coś chaplinowskiego w tych momentach wzajemnego niezrozumienia – momentach, które nieodmiennie mnie bawiły.”

W Tajlandii mieszka wielu cudzoziemców ale tylko niektórzy, nawet po wielu latach, opanowali trudny język. Z kolei niewielu Tajów (zwykle tylko w dużych miastach i ci obsługujący turystów, biznesmeni oraz studenci) mówi po angielsku. W odróżnieniu od pobliskich Filipin, gdzie niemal każdy mówi płynnie po angielsku, cudzoziemiec w Tajlandii, zachwycając się gościnnością, kobietami, kuchnią i przyrodą, będzie jednakże pozostawał cały czas za szybą. Będzie żył nie posługując się słowami. Będzie nawiązywał przyjaźnie i miłości rezygnując z tysięcy słów, zdań, kunsztu wysławiania się, sztuki retoryki, kłamstwa i bajeru.

Filipińczycy są katolikami i wywodzą się głównie od Hiszpanów, rozumiemy więc nieźle ich wierzenia, temperament i system wartości. Rozumiemy też, niestety, angielskie komentarze w telewizji, gazety, rozmowy o polityce wewnętrznej, korupcji, przestępczości. Zrozumiemy też każde słowo gderającej filipińskiej żony. W Tajlandii (a także Laosie, Nepalu, Etiopii czy Korei) nie zrozumiemy nic.

A może komunikacja werbalna jest przereklamowana?

Z polityką turyści i nawet ekspaci w Tajlandii mają styczność zerową. Przyjmuje się, że i tam muszą być jakieś walki i intrygi, że wygłaszane są płomienne przemówienia, dawane obietnice. Nie rozumiemy nic z tego i nic nas to nie obchodzi. Nie nasz kraj, nie nasz język. Będąc tam jesteśmy jakby nigdzie – i wszędzie. Bo wszędzie są przecież jakieś konflikty i niesprawiedliwości, lecz ludzkiej natury i świata nie zmienimy. Można jednak, okazuje się, żyć w izolacji, zajmować się swoimi myślami, reagować na bodźce estetyczne, zmysłowe, urodę człowieka, smak potraw, zapach powietrza. Można przeżywać swoją egzystencję, młodość i starzenie się, szczęście i nieszczęście, a przede wszystkim, tę rozkosz ludzi myślących: nudę, poczucie powolnego upływu czasu, bycia.

Nie bez powodu ludzie uduchowieni decydowali się na milczenie. Milczeli pustelnicy, do nikogo nie musiał mówić Robinson Cruzoe (zauważył to również Osborne). Klasztory, w których obowiązuje milczenie, znaleźć można w Indiach, były też w surowych czasach średniowiecza zakonnicy w Europie, którzy składali śluby niemówienia.

Milczenie w Indiach jest atrakcją turystyczną. Ludzie z Zachodu płacą wiele za przelot a potem za przyjemność niemówienia. Wytrzymują tylko chwilę, a potem często (jak pisarz-podróżnik Tiziano Terzani) opisują w wielu słowach doświadczenie milczenia. Są jak bogacz płacący osobistemu trenerowi, żeby narzucił mu reżim ćwiczeń i oczyszczającą dietę.

Jak musi się czuć cudzoziemiec, np. Taj, który zamieszkał w Polsce lub ją odwiedza ale nie zna polskiego? Nauczyć się dobrze naszego języka to taka sama sztuka, jak tajskiego. Równie trudno jest czytać i pisać, jak więc może nasz wyjątkowy kraj zrozumieć nie śledząc wpisów w Internecie?

Jakie byłyby pierwsze wrażenia cudzoziemca? Jeśli trafi na ładną porę roku, będzie się zachwycał starówkami i rynkami, rozlewiskami rzek i górskimi połoninami. Nie rozumiejąc szelestu (lub szczeku) języka, będzie skupiał się na swojej egzystencji, przemijaniu, upływie czasu. Będzie miał zmysły wyostrzone na zapach zapiekanek i majowej, świeżo skoszonej, trawy. Będzie podziwiał urodę polskich dziewczyn, które będą się do niego uśmiechać (gdyż jest cudzoziemcem). Z wyjątkiem młodych ludzi w dużych miastach, pracujących przy obsłudze turystów, w biznesie czy studiujących, nie dogada się po angielsku. W kontaktach z ludźmi będzie więc ograniczał się do prostych gestów, wymownych spojrzeń, budujących mosty uśmiechów. W Polsce odnajdzie magię, może zakocha się w tym kraju i tu pozostanie, mimo że klimat nie zawsze jest tu sprzyjający (słynny warszawski smog).

My znamy jednak polski więc wyrzucamy z siebie, piszemy i mówimy, czytamy i słuchamy, miliony słów, opinii i komentarzy. Rozumiemy co do nas mówią, zżymamy się na to i obrażamy. I gadamy, i nawijamy, i ględzimy.

Może zrobić w kraju eksperyment i poprosić wszystkich, ale to wszystkich bez wyjątku, żeby się – choćby na krótko, choćby na jeden dzień – zamknęli?