Po raz n-ty zwiedzam muzealny zespół klasztorny w The Cloisters na północnym Manhattanie. Tym razem z dr. Tomaszem Pudłockim, znakomitym historykiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego, z którym łączy mnie serdeczna przyjaźń. Po raz n-ty zachwycam się romańskimi i gotyckimi wnętrzami, połączeniem całości, tarasami, kwietnymi i ziołowymi wirydarzami, kształtem okien i kolumienek. Tomek także podziwia w skupieniu. Naszą uwagę przykuwają szczególnie piękne witraże w kształcie tonda i drewniane miniaturowe pudełeczka z mikrospopijnymi scenami pasyjnymi wyrzeźbionymi w środku. Podziwiamy także małe ołtarzyki w kształcie tryptyków z maleńkimi rzeźbami. Maleńkimi, czyli nie większymi niż jeden, dwa centymetry, wykonanymi z nieprawdopodobną maestrią. Nie umiem sobie wyobrazić palców ani narzędzi, które je rzeźbiły w drewnie, nie umiem sobie wyobrazić talentu artystów, którzy się nimi posługiwali. Skoro dziś nikt tak nie potrafi… Po prostu cudeńka wielkiej sztuki powstałej bezpośrednio pod kierunkiem Najwyższego, podobnie jak ręcznie napisane i ilustrowane modlitewniki. Wielką sztuką są również ozdoby i przedmioty liturgiczne zgromadzone w tym muzeum oraz gobeliny ze słynnym jednorożcem w roli głównej. Jak zawsze, tak i tym razem ujmuje mnie obraz „Zwiastowanie”, namalowany najprawdopodobniej przez Roberta Campina. Świetnie dopełnia wnętrze muzeum, przypominając jednocześnie symbiozę sztuki gotyckiej z Bogiem. Przypominają ją również ustawione obok rzeźby.

The Cloister jest jednym z moich ulubionych miejsc w Nowym Jorku. Może dlatego, że jestem rozmiłowany w romańszczyźnie i gotyku. A gdybym miał jeszcze własną celę, w którymś z klasztorów, to byłby to już szczyt marzeń. Chowałbym się w niej przed ludźmi i światem, i może napisałbym w niej w końcu to, co sobie zamierzyłem i co już dawno powinienem napisać. Samotność, cisza i oddalenie od codzienności bardzo by mi się przydały.

Oprócz samego The Cloisters lubię pobliski szlak spacerowy, prowadzący przez Fort Tryon Park i Washington Heights na Washington Bridge. Przemierzamy go z Tomkiem nurzając się w barwach i zapachach świeżej wiosny. Opowiadam mu o dawnych artykułach, jakie sobie obmyśliem w tamtejszym ogródku botanicznym i o pracy w „Naszym Radiu” usytuowanym w Fort Lee, widocznym w słońcu na drugim brzegu Hudsonu. Tomek specjalizuje się w historii kultury, nauki i oświaty ziem polskich XIX i XX wieku oraz w relacjach intelektualistów Polski, Wielkiej Brytanii i USA, zatem tematów mamy bez liku. Wyżalam mu się na Moście Waszyngtona, że moje apele o nauczanie w szkołach historii kultury świata i historii kultury polskiej nie odniosły żadnego rezultatu. Brak reakcji na nie, to jedna z moich publicystycznych klęsk.

$

Na tymże moście, co kilkadziesiąt metrów natykamy się na tablice przeznaczone dla potencjalnych samobójców z napisami zapewniającymi, iż nie są oni sami w swej desperacji i mogą otrzymać stosowną pomoc, dzwoniąc pod numer taki to a taki lub zgłaszając się pod taki to a taki adres. Na każdej tablicy są inne pocieszenia i argumenty, przekonujące, że nie warto rzucać się do Hudsonu, bo życie jest – mimo wszystko – największą wartością. Nie powiem, bardzo podoba mi się to rozmieszczenie tablic nakłaniających do kontynuacji życia. Przypominają nie tylko samobójcom, że sensem życia jest samo życie i to, co dzisiaj wydaje się beznadziejne, jutro takie być nie musi. Ciekawe, czy zapewnienia te odwodzą od skoków do rzeki? Przejeżdżałem rowerem przez ten most setki razy, jadąc i wracając z „Naszego Radia”, ale jakoś nie przyszło mi do głowy, że może on być miejscem inspirującym owych potencjalnych samobójców. Snadź jednak był, skoro te tablice zawisły.

$

25 marca zmarł w wieku 88 lat Julian Stańczak, polski malarz zamieszkały na stałe w USA, zaliczany do najwybitniejszych twórców współczesnych. Niestety rodacy w Polsce i Ameryce nie interesowali się nim, mimo, że jego obrazy były prezentowane w najbardziej prestiżowych miejscach i zawisły na stałe w ponad 80 muzeach, nie wyłączając słynnej MoMy. Media polskie i polonijne też go nie dostrzegały, jeśli nie liczyć krótkiego filmu Tomasza Magierskiego, który nie tylko pokazuje artystę i jego prace, ale również przypomina jego niezwykłe dzieje. Niezwykłe, bo wiodące przez obóz pracy na Sybirze, w którym na skutek nieludzko ciężkiej pracy prawa ręka małego Juliana została unieruchomiona na zawsze. Następnym etapem było przedostanie się do Armii Andersa i wyjście z nią z sowieckiego piekła do Teheranu. Kolejny etap to pobyt w obozie dla uchodźców w Ugandzie. Tam siedemnastoletni Julian uczył się rysować i malować lewą ręką. Jego celem było utrwalenie piękna przyrody. „Przyroda jest tak fantastyczna, że chciałem ją zatrzymać – wyznał we wspomnianym filmie. Wszystko ucieka, dziś jest, jutro nie. Słońce odsłania dla mnie tyle dziwnych rzeczy. Chciałem zarejestrować przyrodę dla siebie i innych”. Rezultaty tych rejestrowań były zdumiewające i docenione podczas pierwszej wystawy w Nairobi. W roku 1949 Stańczak wemigrował do Wielkiej Brytanii, gdzie studiowal na politechnice w Londynie. Rok później przemigrował do USA. Tu studiował w Cleveland Art Institute, na którym później był profesorem malarstwa. Studia kontynował w Yale, gdzie uzyskał tytuł Master of Art Sciences. Lewą ręką nie tylko łapał światło, ale również wyrażał emocje poprzez kolory. A z kolei kolory zestawiał w formach geometrycznych, które stawały się grą wokół jednej barwy lub na jej kanwie. Bywało, że jeden kwadracik podporządkowyał sobie wszystkie inne pomieszczone na obrazie. Linie poprzeczne i pionowe porządkowały kolory zgodnie z zasadami geomerii, wzmacniając lub osłabiając ich siłę, dzieląc je lub zbliżając do siebie. Ostatecznie powstawało fantastyczne zjawisko – miało się wrażenie, że poprzez kwadraty i podziały wchodzi się w kolor lub w kompozycję kolorów coraz głębiej i głębiej, po to, by za chwilę znów widzieć całość, od której trudno się oderwać. Lubiłem te obrazy. Nie wiem, jak to się stalo, że zaczęły pojawiać się na mojej stronie na Facebooku jakieś dwa lata temu, jakby same mnie odnalazły. Otrzymywałem je niemal codziennie, czasem z zaproszeniami na wystawę. Potem już wiedziałem, że muszę o nich napisać. Ale nie umiałem. Wszak to nie malartwo figuratywne, tylko OP-ART. Dziś mi głupio, że jednak nie podjąłem próby opisu, jeśli już nie samych obrazów, to przynajmniej swych wrażeń i kontaktów z nimi. I jak zawsze, wydawało mi się, że dotrę i do samego artysty, jak to mam w zwyczaju, kiedy mnie on zafascynuje. Dziś jest już za poźno. Który to już raz nawaliłem, nie przeczuwając czyjegoś odejścia na zawsze? Bardzo mi z tym niewygodnie. Obrazy Juliana Stańczaka są jednak ponaddoczesną pociechą i takąż radością dla oczu.

$

Julian Stańczak – „Dla mnie był to całkowicie fantastyczny fenomen, który, ku mojej radości, rozgrywał się przed moimi oczami każdego dnia. Mogłem przyglądać się, jak dżungla zmienia kolory od purpury po nieledwie czerwień, potem znowu z powrotem do niebiesko-zielonego lub czarnego. To były przepyszne barwne czary. Fascynowałem się tym dramatem i chciałem go przedstawić”.

Andrzej Józef Dąbrowski