Od godziny szóstej mrok ogarnął całą ziemię, aż do godziny dziewiątej. Około godziny dziewiątej Jezus zawołał donośnym głosem: Elí, Elí, lemá sabachtháni? To znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? Słysząc to, niektórzy ze stojących tam mówili: On Eliasza woła. Zaraz też jeden z nich pobiegł i wziąwszy gąbkę, nasączył ją octem, umocował na trzcinie i dawał Mu pić. Lecz inni mówili: Zostaw! Popatrzmy, czy nadejdzie Eliasz, aby Go wybawić. A Jezus raz jeszcze zawołał donośnym głosem i oddał ducha.

Mt. 26, 45- 50

Niedziela Palmowa przenosi nas wspomnieniami do kościołów z lat dzieciństwa. Plam nie kupowało się na targu lub pod kościołem. „Liturgia” Niedzieli Palmowej zaczynała się kilka dni wcześniej. Szukaliśmy w okolicy pewnego rodzaju wierzby z baziami i nazywaliśmy ją po prostu palmą, choć z wyglądu nic nie miała wspólnego z palmą rosnącą w tropikach. Jednak Niedziela Palmowa użyczała jej nazwy. Czasami, gdy bazie były mało rozwinięte wstawialiśmy je na parę dni do wody. Przystrojone kolorowymi kwaitami i ziołami w niedzielny poranek czekały na uroczyste poświęcenie w kościele. W kościele pachniało życiem i wiosną. A gdy palmy podnoszono do poświęcenia, cały kościół zamieniał się w kolorowy, palmowy las. W tej scenerii szczególnie przekonująco brzmiały słowa Ewangelii o uroczystym wjeździe Jezusa do Jerozolimy: „Tłum zaś ogromny słał swe płaszcze na drodze, a inni obcinali gałązki z drzew i słali nimi drogę. A tłumy, które Go poprzedzały i które szły za Nim, wołały głośno: ‘Hosanna Synowi Dawida! Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie! Hosanna na wysokościach!”. To uwielbianie wkrótce zamieni się w ryk nienawiści: „Na krzyż z Nim!” Tak rozpoczęła się Meka Chrystusa.

W opisie Męki Pańskiej, poprzez cierpienie przebija się piękno miłości posuniętej aż do oddania życia za bliźniego, miłości posuniętej do oddania życia nawet za nieprzyjaciół. Anthony Padovano w książce „Kim jest Chrystus” pisze: „Cierpienie krzyża nic nie znaczy – w sobie samym swym znaczeniem sięga ono wyżej. Chrystus nie cierpiał, dlatego, że cierpienie ma wartość samą w sobie ale dlatego, że bezinteresowna miłość wymaga nieraz cierpienia. Jesteśmy zbawieni nie przez fizyczną śmierć Chrystusa lecz bezgraniczną miłość dla której śmierć nie jest za wysoką ceną”.

Mówił o tym św. Jan Paweł II do młodzieży podczas Mszy św. w Niedzielę Palmową: „Dzisiejsze spotkanie przygotowuje nas do najbliższego Dnia Młodzieży, który odbędzie się w Kanadzie, w Toronto, jednym z najbardziej kosmopolitycznych miast świata. Jest tam już krzyż, który w ubiegłym roku, właśnie w Niedzielę Palmową, młodzi Włosi przekazali swoim kanadyjskim rówieśnikom. Krzyż stanowi centrum dzisiejszej liturgii. Wasze uczestnictwo w tej uroczystości, drodzy młodzi, tak pełne skupienia, a zarazem entuzjazmu, pokazuje, że nie wstydzicie się krzyża. Nie boicie się Chrystusowego krzyża. Wręcz przeciwnie – miłujecie i czcicie go jako znak Odkupiciela, który za nas umarł i zmartwychwstał. Kto wierzy w ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Jezusa, nosi krzyż z dumą, jako niezaprzeczalny dowód, że Bóg jest miłością. Przez całkowity dar z siebie, czyli właśnie przez krzyż, nasz Zbawiciel ostatecznie zwyciężył grzech i śmierć”. A zatem Męka Chrystusa i Jego Krzyż to znak największej miłości. A tam gdzie jest miłość większa niż śmierć tam nadzieja i radość pobrzmiewają wiecznością. Dlatego dzisiaj, nawet gdy słyszymy słowa Męki Chrystusa i słowa Jezusa na krzyżu: „Eli, Eli, lama sabachthani?” – „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”, to one harmonijnie współbrzmią z radosnymi słowami uwielbienia Chrystusa: „Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie! Hosanna na wysokościach!”

Aby miłość emanująca z krzyża wydała owoc radości i zbawienia w naszym życiu musimy przetłumaczyć ją na język naszej codzienności. Oto jeden z przykładów takiego „przetłumaczenia”. W poniedziałek, 24 marca 1986, tuż przed rozdaniem nagród Akademii, Barbara Walters przeprowadziła wywiad z prezydentem Reganem i jego żoną Nancy. Zapytała ich między innymi, jak udało się im zachować swoją piękną miłość przez 35 lat wspólnego życia. Nastała chwila ciszy. Barbara starała się pomóc w odpowiedzi przez dodatkowe pytanie: „Może dlatego, że w dawaniu i braniu staraliście się zachować proporcje 50 na 50, czyli dzieliliście wszystko po połowie”. Pierwsza dama uśmiechnęła się i powiedziała: „O nie, w naszym małżeństwie nie było takiego równego podziału. Czasami proporcje były 90 na 10. Czasami jedna strona musiała bardziej rezygnować, poświęcać się niż druga. Prezydent Regan pokiwał potakująco głową. I to w zasadzie był najważniejszy punkt tego wywiadu.

W prawdziwej miłości nie ma miejsca na „sprawiedliwy” podział przywilejów i obowiązków. Jeśli ktoś mówi, że kocha, a ciągle pyta co ja z tego będę miał, czy mi się to opłaci to nie prawdziwa miłość, tylko miłość kupiecka, której jest bardzo daleko do miłości, którą widzimy na krzyżu. Jeśli małżonkowie pilnują, aby wszystko było po połowie, sprawiedliwie, takie małżeństwo umiera, tak miłość umiera. Czasami w małżeństwie, w rodzinie jest wielu bólu i cierpienia i najczęściej nie jest to równy podział. Czasami jest 90 na 10. Czasami mąż dźwiga 90 procent wysiłku, czasami żona. Prawdziwa miłość chce wziąć na swoje ramiona jak najwięcej cierpienia, aby użyć kochanej osobie.

Takiej miłości uczy nas Chrystus z krzyża, łamiąc wszelkie proporcje „sprawiedliwej” ludzkiej miłości. Będąc Bogiem stał się człowiekiem, co św. Paweł w Liście do Filipian ujmuje w słowach: „Chrystus Jezus, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi. A w zewnętrznej postaci uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stając się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej”.

Miłosne przesłanie z krzyża dociera do nas w potrójnej formie. Po pierwsze Chrystus mówi, że nas kocha: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. Po drugie, powinniśmy się wzajemnie kochać: „Miłujcie się wzajemnie, tak jak Ja was umiłowałem”. I po trzecie, miłość żąda nieraz ofiary: „Jeśli kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje”.

Aby napełnić się owocami ofiary krzyżowej Chrystusa musimy za Nim wyruszyć, do czego wzywał wiernych św. Andrzej z Krety, biskup: „Nuże więc, biegnijmyż i my razem z Chrystusem, któremu spieszno na mękę. Naśladujmy tych, co wyszli Mu na spotkanie, ale nie w ten sposób, by słać na drodze gałązki palm i oliwek oraz kłaść kosztowne szaty, lecz my sami, jak tylko możemy, rozścielmy się na ziemi w pokorze ducha i prostocie serca, abyśmy przyjęli nadchodzące Słowo i pochwycili Boga, który nigdzie nie daje się ująć. On bowiem cieszy się z tego, że może nam się okazać łagodnym, On, który naprawdę jest łagodny i ‘wstępuje na zachód” naszej mizernej słabości, aby przyjść do nas, obcować z nami i przyciągnąć nas do siebie przez pokrewieństwo z nami.

Bo chociaż przez ofiarę z naszej ludzkiej natury ‘wstąpił na niebiosa niebios, na wschód słońca”, czyli na wyżyny własnej chwały i Bóstwa, to jednak nie wyrzeknie się nigdy przywiązania do rodzaju ludzkiego, lecz będzie dźwigał naturę człowieka z prochu ziemi do coraz wyższej chwały, aż wreszcie jednocząc się z nią, udzieli jej swej nieskończonej godności.

A zatem siebie samych ścielmy przed Chrystusem, a nie tuniki, martwe gałęzie i łodygi krzewów tracących zieleń, gdy staną się pokarmem, i przez krótki tylko czas radujących oczy. Obleczmy się natomiast w Jego łaskę, czyli w Niego samego. Pismo święte bowiem mówi: ‘Wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa”. Kładźmy się pod Jego nogi jak rozścielone tuniki”.

Ks. Ryszard Koper