Laureat I Nagrody Konkursu Chopinowskiego 2005 r. Rafał Blechacz w nowojorskich salach koncertowych występował wielokrotnie. W ostatnią niedzielę 26. III. po dwuletniej przerwie polski pianista powrócił do Wielkiego Jabłka i po raz pierwszy wystąpił w Kauffman Hall, w doskonałym akustycznie audytorium w budynku 92nd Street Y.

Pianista zaprezentował nam repertuar podobny w zarysie to tego, jaki na przestrzeni lat niejednokrotnie już faworyzował. W pierwszej części dzieło Bacha i wczesna sonata klasyczna, zaś druga część poświecona była kompozycjom Chopina. Najwyraźniej w tym ultra-tradycyjnym formacie pianista czuje się najbezpieczniej i nie wygląda na to, aby zbyt wielu recenzentów kwestionowało ten właśnie wybór repertuaru.

Przyjęcie, jakie zgotowano polskiemu pianiście, szczególnie w chopinowskiej części programu, było entuzjastyczne i momentami można było przypuszczać, że skierowane zostało pod adresem rockowej gwiazdy. Było dobrze zobaczyć tego popołudnia wielu polskich wielbicieli muzyki, którzy serdecznie przyjęli swego idola.
Blechacz dość często rozpoczynał programy swoich recitali od kompozycji Bacha i tym razem były to raczej rzadko wykonywane 4 Duety (BVW 802-805 w katalogu dziel kompozytora). Jeśli przyjąć, że wiele z kompozycji na instrument klawiszowy (klawikord, klawesyn lub organy) posiadało charakter pedagogiczny, to owe duety o polifonicznej naturze powinny znaleźć swe miejsce za dwu- trzy-głosowymi inwencjami i być może nieco poniżej zaawansowanych już technicznie Preludiów i Fug. Nasz pianista przedstawił dość przejrzystą wersję polifonii, doskonałą artykulację, z gustowną, choć skromną ornamentacją i wyraźnie zaznaczonymi wejściami poszczególnych głosów.

Następne w programie pojawiły się dwa dzieła Beethovena: pogodne, pastoralne Rondo G-dur op. 51 No2 (1797) i o rok wcześniejsza Sonata C-dur, ostatnia z opusu 2 i najbardziej formalnie rozbudowana; można ją nazwać pierwszą poważną sonatą Beethovena.

Blechacz zyskał moje uznanie doskonałością proporcji, klarownością gry i raczej umiarkowanym doborem tempa: dość często dwie ostatnie części sonaty C-dur grane są o wiele szybciej, bardziej wirtuozowsko. U naszego pianisty panował spokój i generalnie rzecz biorąc całkowita kontrola nad mechaniką gry: te cechy to dominujące walory jego pianistyki; przywodzą one na myśl Krystiana Zimermana, będącego idolem pana Rafała. Pamiętać jednak należy, że Zimerman będąc we wieku Rafała Blechacza był już niekwestionowanym mistrzem klawiatury i artystą o oryginalnym, czasami wizjonerskim spojrzeniu na muzykę i spontaniczności (prawdziwej, czy wypracowanej, to już inna sprawa) a więc reprezentujący cechy, do których opisywanemu dziś pianiście jest jeszcze bardzo daleko. Na razie widzimy pewne podobieństwo gestykulacji i dążenie do instrumentalnej doskonałości.
Nie znaczy to, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat, kiedy to Rafał Blechacz zaczął się pojawiać z koncertami w Stanach, nie zauważyłem postępów i udoskonalenia gry. Jego gra stała się bardziej zdecydowana a skala dynamiczna znacznie rozszerzona. Jednakowoż bardziej orkiestrowe brzmienie fortepianu w kompozycjach Beethovena sprowadzało się do skrajności: w pianach pozbawiony soczystości instrument można było porównać w brzmieniu do orkiestry kameralnej (może nawet z archaicznymi strunami z baranich jelit), forte zaś brzmiało jak wielka orkiestra symfoniczna w finale V Symfonii Czajkowskiego. A więc jeśli nawet gra jest bardziej stanowcza i pianista wydaje się pewniejszy siebie niż dawniej, to w tym pomieszczeniu rezultaty były brutalne. Brak balansu w dynamice był przyczyną nie tylko zbyt głośnej gry (bo dźwięk stawał się przeforsowany), ale w równym stopniu braku pełności brzmienia. Nie pomagało, że śpiewność gry rzadko była obecna, tak również jak obecność prawdziwie wokalnej frazy czy głębokiego dźwięku, szczególnie w pianach.
W obu kompozycjach Beethovena, zagranych zresztą wysoce kompetentnie, rozczarowany byłem, jak podczas jego wcześniejszych wizyt, chyba jednak niewybaczalnymi na tym etapie kariery usterkami, którymi są wyraźne błędy tekstowe oraz „zjadanie” końcówek frazy. Tak, jak nie wybaczylibyśmy pisarzowi błędów ortograficznych, tak trudno mi jest zaakceptować „nie te” harmonie w kompozycjach, które znamy niemal na pamięć.

Cóż, czasami niewdzięczną rolą krytyka jest zauważenie tego, czego przeciętny słuchacz nie musi ani dostrzec ani dosłyszeć. Wygląda na to, że również wielu nawet poważnych krytyków na tego rodzaju uchybienia nie zwraca wielkiej uwagi. Nie mogę jednak być odpowiedzialny za ignorancję swoich kolegów po piórze.

Spodziewałem się wiele po drugiej części recitalu, w której mieliśmy usłyszeć dzieła Chopina dotąd przez pianistę niewykonywane w Nowym Jorku. Fantazja f-moll op. 49 od samego początku wprowadziła element mechanicznej gry, syntetycznego dźwięku i prowadzenia melodii taktami raczej niż frazą. Po wtóre, pianista udowodnił po raz któryś, że niewiele go interesują zmiany harmoniczne, linia basowa, wyrazistość treści tekstu w lewej ręce: pod tym względem był przynajmniej konsekwentny i nie zmienił swojej konwencji w pozostałych kompozycjach. W Nokturnie fis-moll op. 48 No2 gorączkowość zastąpiła „grę na jednym oddechu” i dość szybkie tempo powodowało uczucie niepokoju.

Jak uprzednio dźwięk fortepianu wydawał się płaski i w moim pojęciu fortepian pod palcami tego pianisty nigdy niestety nie zaśpiewał.

W kończącej program Sonacie b-moll op. 35 pianista odpuścił swojej dotychczasowej powściągliwości, choć w tej dramatycznej partyturze zamiast poczucia demonizmu, groźby, czy desperacji, bardziej odczuwałem świadomość pewnej niecierpliwości. Scherzo, trochę podobnie do scherza w sonacie Beethovena, było stateczne i tutaj spodobał mi się brak pośpiechu. Ostatnia część, często określana jako przenikliwy, przerażający wiatr szalejący po mogiłach była spokojniejsza niż zazwyczaj, bardziej opanowana, rzeczowa, sensowna.

Publiczność była jednakowoż mniej opanowana od artysty i zmusiła go do dwóch bisów – kulturalnie, gustownie zagranego Walca cis-moll op. 64 No. 2 oraz Preludium A-dur z op. 28, zaoferowanego chyba jako bis „pełniący obowiązki żartu”.

Notka biograficzna artysty wspomina o jego pracy doktorskiej, która uczyni go prawdopodobnie największym pianistą wśród filozofów muzyki, lub największym filozofem muzyki wśród pianistów. Ja owe osiągnięcia naukowe pianisty zamieniłbym na wzruszenia, których niestety tym razem nie doświadczyłem. Nie tracę nadziei, że będzie mi to dane w przyszłości…

Roman Markowicz