Donald Trump w 2005 roku zapłacił podatek według stawki 25 proc., czyli takiej jaka obowiązuje osoby mające dochody nie wyższe niż 100 tys. dolarów rocznie. Problem w tym, że zarobił w tym roku 150 mln dolarów.

Trump jest pierwszym od dziesięcioleci prezydentem USA, który odmawia ujawnienia swoich dochodów i podatków jakie płaci. W trakcie kampanii wyborczej mówił, że zrobi to wówczas, kiedy amerykański urząd podatkowy zakończy audyt jego finansów. Dziś wiemy, że był to raczej wybieg mający pomóc mu zyskać na czasie. Trump został prezydentem a jego podatków nadal nie znamy.

Sprawa ta choć z pozoru może wydawać się błaha ma dosyć duże znaczenie. Wbrew twierdzeniom wielu obrońców i zwolenników Trumpa nie chodzi tu o to by napiętnować majętnego biznesmena tylko o to by jego prezydenturę uczynić bardziej przejrzystą. Kiedy do Białego Domu trafia przedsiębiorca mający interesy na całym świecie powinniśmy wiedzieć, gdzie i ile zarabia i z kim jest biznesowo powiązany. Dziwić może zatem postawa republikanów, którzy w sprawie podatków Donalda Trumpa nabrali wody w usta, choć nie wahali się wcześniej dowodzić, że dochody Fundacji Clintonów mogłyby stanowić konflikt interesów w przypadku zwycięstwa Hillary Clinton w wyborach prezydenckich.

Tajemnica jaką owiane są dochody najważniejszego polityka w USA sprawia, że do jego zeznań podatkowych próbuje dotrzeć wielu dziennikarzy. W ostatni wtorek program MSNBC prowadzony przez znaną krytyczkę Trumpa Rachel Maddow ujawnił wyniki tych poszukiwań. Poznaliśmy zeznanie podatkowe z 2005 roku.

Ujawnia ono, że Donald Trump zarobił w tym roku 150 mln dolarów a zapłacił podatek według stawiki 25 proc., czyli znacznie niższej niż przewidziana jest dla podatników jego kalibru. Było to możliwe dlatego, że Trump zadeklarował jednocześnie stratę biznesową w wysokości 100 mln dolarów, co pozwoliło mu zredukować należność dla fiskusa o wiele milionów.

Z ujawnionego w MSNBC zeznania podatkowego wynika również, że Trump spóźnił się w 2005 z zapłaceniem podatku za co musiał zapłacić karę i odsetki.

W październiku zeszłego roku „New York Times” ujawnił inne zeznanie podatkowe Donalda Trumpa, pochodzące z 1995 roku. Wówczas przyszły prezydent posłużył się podobną metodą. Zadeklarował bankructwo swoich kasyn w Atlantic City, co pozwoliło mu na odpisanie od dochodów ponad 900 mln dolarów. Ten zabieg spowodował, że Trump mógł nie płacić podatku dochodowego przez wiele kolejnych lat.

W tym momencie warto zrobić ważne zastrzeżenie. Wszystkie odliczenia, z których Donald Trump skorzystał były legalne. Biznesmen nie złamał prawa – po prostu umiejętnie skorzystał z przepisów, pozwalających na zmniejszenie obciążeń podatkowych. Zastrzeżenie to jest ważne z powodów politycznych. Demokraci starają się bowiem używać tej sprawy w walce z obecnym prezydentem. Dopóki jednak nie zdołają dowieść, że Trump popełnił jakeś wykroczenie, że zataił dochody lub biznesowe związki na przykład z Rosją, niewiele na tym zyskają.

W większości krajów świata trudno znaleźć człowieka, który byłby zadowolony z płacenia podatków. W USA jest podobnie. Choć doskonale wiemy, że podatki płacić trzeba – raczej mało kto, niezależnie od wysokości dochodów, robi to z zadowoleniem. Każdy stara się zapłacić jak najmniej i jest to sprawa zupełnie normalna. Biznesmen, który wykorzystał istniejące przepisy w oczach zdecydowanej większości wyborców będzie więc widziany pozytywnie, a nie negatywnie.

Demokraci na podatkach Trumpa do Białego Domu raczej nie wjadą, nie znaczy to jednak, że nie powinniśmy domagać się w tej sprawie pełnej jawności. Zeznania podatkowe poza wysokością dochodów ujawniają przecież wiele innych rzeczy. Powiązania biznesowe, czy choćby odpisy na cele charytatywne. Wszystko to razem pozwala nam dowiedzieć się więcej o człowieku. W tym przypadku o osobie, która rządzi Ameryką.

Dlaczego Donald Trump odmawia ujawnienia swoich podatków nadal nie wiemy. Wiemy natomiast, że dociekania dziennikarzy bardzo go denerwują. Komentując sprawę na Twitterze Trump określił program Rachel Maddow mianem fake news. To dobra wskazówka dla reporterów, by wzmorzyć wysiłki i postarać się dotrzeć do reszty zeznań podatkowych prezydenta.

Tomasz Bagnowski