Niedziela
Jak człowiek był dzieckiem, wszystko stało otworem: mogłeś być wszystkim, wszędzie pojechać i wszystko uczynić a trzydziestolatkowie byli po prostu starcami. Jako nastolatek, wszystko było jeszcze bardziej – pomimo czarnej dziury komunizmu, człowiek myślał, że są gdzieś lepsze światy i dotrzeć do nich można, choć może jest trudno. Lata dwudzieste to zawirowanie głowy od możliwości. Koło trzydziestki zauważyłem, że pole zaczyna się zamykać, są miejsca do których nie mam szans dotrzeć, pewne okazje zamknęły się na zawsze. Po czterdziestce następuje już wyraźne zawężanie pola walki. Do tego – przynajmniej u mnie – dochodzi rosnąca wiedza o własnej niewiedzy. O tym, jak mało wiem, jak konstrukcja tego świata schowana jest przed okiem profana. Można to nazwać rosnącą pokorą wobec świata, albo poczuciem własnej znikomości. Fakt, że czas ucieka, a z nim możliwości. Każda minuta, z której nie wyciśniemy tego, co powinniśmy, nie wróci, bo wspomnienia, to ostatecznie tylko chemiczny zapis w głowie, często korygowany pod wpływem emocji lub traumy. Zatem co się liczy? Uścisk dłoni, czas spędzony z bliskimi, zapach dziecięcej główki – to zawsze, nie liczą się wpisy na mediach społecznościowych (i generalnie cały elektroniczny szajs, którym pasiemy oczy), gadżety, plotki, łaszki za którymi gonimy. Ostatecznie prawie nadzy przechodzimy przez życie, niewiele się do nas przyczepia i nie zmieni tego nawet wypełniona po brzegi książkami biblioteka domowa czy pękające w szwach konto bankowe. Z czasem jest nas coraz mniej i naprawdę mamy mało czasu, aby zrobić coś, co by po nas zostało wiecznotrwałe. Niechby nawet krzesło wystrugane albo inny przedmiot, choć najlepiej chyba jednak więzi z innymi ludźmi, bo to potrzebne, wypełnia potrzebę miłości ale i pustkę samotni. Trzeba się pogodzić, że nas, czasu i możliwości coraz mniej, ale wycisnąć z tego, co zostało ile się da, bez narzekania, z akceptacją ograniczeń. Bo jak pisze T. S. Eliot w „Środzie popielcowej” pięknie przełożonej przez Adama Pomorskiego:

Że nie są już te skrzydła by się puszczać w loty
Tylko powietrze młócić
Miarkę powietrza wyschłą już i lichą
Wyschłą bardziej niż wola
mierniejszej lichoty
Naucz nas smucić się tym i nie smucić
Naucz być cicho.

Wtorek
To było dokładnie sześć lat temu. Czwórka nastolatków z syryjskiej miejscowości Deraa na granicy z Jordanią zrobiła kilka sprejów na ścianach budynków. Napis brzmiał: „Ejak el doo, ya doctor” co oznaczało „czas na Ciebie, doktorze”. Rzecz działa się na fali tzw. arabskiej wiosny, gdy obalono władze w Tunezji oraz prezydenta-generała w Egipcie a dyktator z Libii się chwiał – chodziło o Baszara al-Assada, prezydenta Syrii, z zawodu… okulistę. Od kilku lat wykształcony w Wielkiej Brytanii Assad z piękną żoną (nazywaną na okładkach pism typu glamour „różą z pustyni”) rządził krajem żelazną ręką, tak zresztą jak jego ojciec.

Szybko po sprejowaniu, do domu gdzie mieszkał 14-letni Mouawiya Syasneh, zapukali agenci Mukhabarat, syryjskiej policji politycznej. Razem z trójką kolegów zostali poddani typowej procedurze: bicie kablem, oblewanie lodowatą wodą, rażeniem prądem, podwieszaniu za przeguby do sufitu aż przyznał się do wszystkiego i jeszcze więcej. Mieszkańcy Deraa dzień w dzień wychodzili na ulice, aby w pokojowych protestach domagać się uwolnienia nastolatków. Gdy po 26 dniach wypuszczono mocno poobijanych nastolatków, ulica wzburzyła się. Reżim Assad miał jedną odpowiedź: gaz łzawiący i ostrą amunicję. Polała się krew i… zaczęło się antyrządowe powstanie w całej Syrii.

Sześć lat po tych wydarzeniach, Syria jest przedsionkiem współczesnego Piekła. Co najmniej 320 tys. zabitych ludzi, co sześć godzin ginie bądź jest ciężko ranione dziecko. Jedenaście milionów ludzi – połowa kraju – uciekło; koczuje w pobliskich krajach czy gdzieś w Europie. Większość miast w ruinach. To kocioł, w którym wydaje się, że walczą wszyscy ze wszystkimi: reżim Assada wspierany przez Rosjan oraz bojowników z Iranu, wojska opozycycjne wspierane przez Turcję, Kurdowie oraz kilkanaście frakcji tzw. demokratów (wspierani przez Stany Zjednoczone i inne kraje Zachodu, przynajmniej z powietrza), wreszcie terroryści z al-Kaidy. Jest też Państwo Islamskie, które powstało w wyniku chaosu syryjsko-irackiego pogranicza a którego bestialskie metody przebiły nawet brutalność Assada, stosującego wobec ludności zakazane konwencjami gazy bojowe. To istne piekło na ziemi, gdzie ludzkie życie niewiele znaczy – ludzi giną w torturach albo z odcinanami głowami, przysypani gruzem własnych domów, gdzie np. Rosjanie testują swoje nowe bronie i taktyki walki… Wszystko skąpane w ogniu walk religijnych, plemiennych i etnicznych oraz interesów regionalnych mocarstw: Iranu, Turcji i Rosji.

Sam Syasneh po uwolnieniu porzucił szkołę, dalej bazgrał antyrządowe slogany, stał się działaczem opozycyjnym. W 2013 r. jego ojciec, emerytowany inżynier, zginął w drodze do meczetu od wybuchu rakiety. Syasneh zmienił swoje życie. Jako szesnatolatek chwycił za broń, rok później zabił pierwszego człowieka. Dzisiaj, jako dwudziestolatek, dalej żyje w zrujnowanym Daraa, które liczy obecnie połowę mniej mieszkańców niż w 2011 r. Młodociany konspirator nie marzy już o nauce i byciu pilotem, nie chce zakładać rodziny, jedyne co chciałby, jak umrze, żeby została o nim pamięć że „był tym buntownikiem, dzieciakiem który przyniósł Syrii wolność”.

Ale z reportażu w brytyjskim „Guardianie” tej wolności nie widać. Wojska Assada z rosyjską pomocą okrzepły, orgia przemocy trwa w najlepsze, bo miejscowe mocarstwa jeszcze nie uznały, że czas zaprzestać walki. Dziennikarz pyta dzisiejszego 20-latka czy czegoś żałuje. Syasneh przyznaje, że malowanie grafitti było wtedy rodzajem chłopackiego żartu, jak to zwykle u nastolatków, raczej wygłupu niż czynu antyrządowego. „Gdybym wiedział to, co dzisiaj, nie zrobiłbym tego” odpowiada po namyśle. „Nigdy nie myślałem, że potem tyle się wydarzy. Nie przypuszczałem, że mój ojciec będzie zabity, że zginą ojcowie tysięcy takich chłopaków, jak ja. Żałuję, że tylu niewinnych musiało umrzeć…” ot, refleksje ziarnka które dostało się w piekielne tryby Historii. Inszalah, niech Bóg ma w opiece Syrię, albo raczej to, co z niej zostało…

Środa
Obrazy z Facebooka. Lewackie obchody Święta Kobiet w Buenos Aires. Dziesiątki młodych dziewczyn, w dżinsach i samych stanikach, większość z twarzami zakrytymi chustami, atakujących miejscową katedrę. Obelżywe grafitti, wrzask. I chłopak z flagą Watykanu, stojący „na straży” świątyni. Nagle czerń feminazistek atakuje. Próbują wyrwać flagę, szarpią, plują. Któraś z nich wykrzykuje mu do uch obelżywości a może seksualne propozycje? Chłopak trzyma się dzielnie, bez przemocy, nie oddaje flagi. Wściekłość napastniczek wzrasta, szarpią, popychają… wreszcie, po kilkuminutowej szarpaninie ktoś odprowadza chłopaka, nie dał się, flagę ma w dłoniach. Tłuszcza triumfuje. Inne nagrania z podobnych wieców argentyńskich feminaziolek pokazują opluwanych ludzi, obrzucanych podpaskami, łapanych za przyrodzenie tylko dlatego, że trwają w różańcu przeciw profanacji swych świątyń. Żadnej policji, ulice należą do wulgarnych, wytatuowanych, z metalowymi ozdobami dziewuch i ich kompanów z lubością rejestrujących wszystko na potrzeby mediów społecznościowych… Tak realizuje się wolność i tolerancja a la światowe Lewactwo. Wulgarna, nie dopuszczająca głosu sprzeciwu hałastra, reagująca krzykiem i przemocą na odmienność. Powiedzcie mi, czym to się różni od brunatnych koszulek ze Sturmabteilung, które nawalone piwskiem i sznapsem na ulicach niemieckich miast torowały pięścią i pałką drogę do władzy Hitlerowi? No czym?

Jeremi Zaborowski