Cyril Connolly jest nieco zapomnianą postacią (zmarł w 1974 r.) anglojęzycznego świata literackiego. Ceniony, szanowany, cytowany (jego świetne powiedzonka-sentencje weszły w obieg zwrotów krążących po salonach elity intelektualnej), jednak on, jego sposób myślenia, rzeczywistość, w której się obracał, należą do przeszłości. Zamkniętego, skończonego świata literatury żadna już siła nie przywróci do życia.

Tak, głoszę śmierć literatury. Moim zdaniem zmarła już dość dawno temu. Brzmi to jak absurd, kompletna bzdura: księgarnie są pełne książek, powieści – klasycznych i świeżo wydanych. Jeszcze nigdy nie było tylu ludzi piszących, próbujących swych sił w literaturze, co w obecnie. Wielkie domy wydawnicze wprawdzie robią bokami, ale kwitną mniejsze, miniaturowe wydawnictwa. Można powiedzieć, literatura nigdy nie miała się lepiej, niż dzisiaj.

Przykład teatru
Niestety. Uważam, że jej czas już mija, tak jak minął raczej bezpowrotnie okres świetności teatrów. Jeszcze w XX wieku (nie mówiąc o poprzednim stuleciu) najwyższą ambicją każdego pisarza było stworzyć dramat, napisać sztukę sceniczną. Dzieło takie uważano za ukoronowanie kariery. Najwięksi twórcy pisali dla teatru. Nie zawsze im się udawało (vide choćby T. S. Eliot, jeden z największych poetów języka angielskiego), ale próbowali, bo w tę stronę gnała ich tradycja i ambicja.

Dość dawno już, na pewno od lat sześćdziesiątych, może trochę później, zaczął się odpływ talentów z teatru. Coraz mierniejsi pisarze produkowali sztuki sceniczne. Co się stało z najlepszymi? Uciekli do telewizji, do filmu (Hollywoodu), gdzie płace są o wiele wyższe, a szansa na sukces – znacznie większa, sukces mierzony nie tylko w pieniądzach, ale i w sławie, społecznym uznaniu, prawdopodobieństwie dalszego godziwego zarobku z tej pracy. Zdarzają się jeszcze dobre sztuki sceniczne – nie jestem specjalistą, ale za ostatnią dobrą rzecz uznałbym „Kopenhagę” Michaela Frayna – z wielkim talentem, wyczuciem dramaturgii i dialogu napisaną sztukę. Wystawiono ją po raz pierwszy w 1998 roku, czyli całkiem niedawno. Ale mimo wielkiego sukcesu (uznania wśród krytyków), międzynarodowego rozgłosu, autor żyje z telewizji. W czasach, powiedzmy, Bernarda Shawa, czy nawet Friedricha Duerrenmatta, rzecz nie do pomyślenia.

Za jednosezonowy sitkom autorowi zapłacą niewyobrażalnie więcej niż Raynowi za jego świetną „Kopenhagę”. Ale rzecz nawet nie w honorarium, ale w coraz większych trudnościach z wystawieniem na scenie dobrej sztuki. Zaciska się krąg: coraz mniejsza widownia, coraz mniej pieniędzy na inscenizację, coraz słabsi reżyserzy i aktorzy. Spirala w dół. Autorzy zniechęcają sią, odchodzą.

Śmierć literatury
W tę samą stronę zmierza literatura. Talenty uciekają do telewizji i do filmu, do coraz szybciej rosnącego elektronicznego przemysłu rozrywkowego. Tworzenie filmów (seriali), jeszcze niedawno było zarezerwowane wyłącznie dla wielkich firm hollywoodzkich; dziś wielki „sklep internetowy” Amazon jest poważnym producentem. Jutro – deli na rogu będzie wypuszczało serial swojej produkcji – w miarę doskonalenia technologii i obniżania kosztów wytwarzania. Dystrybucja, tzw. streamlining – za grosze.

Do lektury powieści (o poezji nawet nie mówię) coraz mniej chętnych. Wciąż istnieje zapotrzebowanie na dobrą literaturę rozrywkową, rozchodzącą się już nie w milionach, ale w miliardach egzemplarzy. Współcześni „miliarderzy” literatury, to J. K. Rowling – Harry Potter, Danielle Steel, popularny romans, Stephen King – horror. Ten rynek będzie się jednak kurczyć w miarę konkurencji mediów „obrazkowych”. Nawyk czytania karleje, czytanie przestaje być rozrywką, sposobem na zajęcie wieczorne, stymulację intelektu, rafinowanie uczuć. Rosnąca konkurencja elektronicznych mediów sprawia, iż na lekturę pozostaje mniej czasu, a na przeczytanie „Braci Karamazow”, powiedzmy, nie ma ani czasu, ani potrzeby intelektualnej.

Nie znaczy to, że literatura zniknie. Bynajmniej, ale zajmie marginalne miejsce w naszym życiu.

Dlaczego o tym piszę? W związku ze wspaniałą „Enemies of Promise” Cyryla Connolly. Książka powstała w 1938 roku, w zamierzchłych czasach świetności literatury. Tuzy powieściopisarstwa panowały nad świadomością, wyobraźnią wielkiej liczebnie publiczności literackiej; węższy krąg krytyków i adeptów twórczości starał się iść w ich ślady, bądź to naśladując ich osiągnięcia, bądź w opozycji do nich tworzyć własny styl, próbując zawładnąć wyobraźnią rzesz czytelniczych. Do najszerszych kręgów, nawet nie tych, co nie czytają literatury pięknej, ale w większości odbiorców popularnej prasy, docierały plotki, anegdoty z życia sfer literackich. O postaciach tych – relatywnie do czasu – tak samo chciwie czytano, jak dziś o gwiazdkach i gwiazdach rozrywki, których każdy krok śledzi magazyn „People” (albo setki mu podobnych).

Autora, znanego krytyka, redaktora ważnego pisma kulturalnego, rozsadzała ambicja. Z doskonałym wykształceniem, erudycją, wielkim talentem pisarskim, także zapragnął wedrzeć się na Parnas literatury. Poniósł sromotną klęskę. Jego powieści nie znalazły uznania, nie rozchodziły się w wielotysięcznych nakładach, autora nie podziwiano jak innych twórców.

Efektem tej porażki stała się refleksja nad poczynaniami pisarskimi. Doskonała książka, której sens i tytuł oddałbym jako „Wrogowie obiecującego autora”. Nie jest to „poradnik” pisarza, w rodzaju tekstów przedstawionych na przykładzie książek Rilkego i Llosy Vargasa, ale znakomity esej o sytuacji prozy na przełomie wieków – XIX i XX. Naturalnie, polem odniesienia autora jest wyłącznie literatura anglojęzyczna tamtych czasów, niemniej spostrzeżenia i namysł autora mają charakter szerszy, odnosić się mogą do całego obszaru pisarstwa europejskiego. Jego świetne rozróżnienie na styl mandaryński i dziennikarski można zastosować także do literatury polskiej późnego XX wieku. A może nawet i do dzisiejszej.

Urodzeni za późno
Twórcy pierwszego rodzaju zakładają, iż czytelnicy mają mnóstwo czasu, mogą delektować się rozwlekłą narracją, nieco wyszukanym językiem, rozbudowaną składnią zdania, czytają dla samej przyjemności obcowania z leniwie rozwijaną opowieścią. „Dziennikarze”, w opozycji do „mandarynów”, przyjęli styl zbliżony do gazetowego – zwięzły, bez zbędnych stylistycznych ozdobników, ograniczający się do przekazania podstawowych informacji. Język takiej narracji jest prosty, „z ulicy” – rzec można; słownictwo i składnia zwykłego, przeciętnego człowieka. Powieść przypomina komunikat prasowy, dziennikarską relację z wydarzenia.

Poza wyborem poetyki planowanej powieści, początkujący pisarz ma szereg innych decyzji do podjęcia. Connolly podzielił swą znakomitą książkę na trzy części. W pierwszej omawia specyfikę wspomnianych trendów narracyjnych oraz ich wariantów w literaturze angielskiej i amerykańskiej; w drugim – niebezpieczeństwa czyhające na pisarza. Największym, jego zdaniem zagrożeniem dla początkującego autora, to „dobrze się zapowiadać”. Wydawcy, krytycy, odbiorcy zniszczą go komplementami, naciskami na zwiększoną produkcję, coraz wyższymi oczekiwaniami. Część trzecia poświęcona jest osobistym perypetiom twórcy „Enemies of Promise” w jego nieudanym poszukiwaniu sukcesu literackiego.

Świat przedstawiony przez Cyryla Connolly, rzeczywistość literacka, w której chciał święcić triumfy, już dawno nie istnieje. Ani wydawnictwa, ani magazyny literackie, ani publiczność nie tworzą dziś owej zwartej niegdyś grupy składającej się na jeden wielki konglomerat ludzi, emocji, oczekiwań i nadziei, zawodów, sukcesów i porażek, zysków bądź strat, dyskusji, rozważań i namiętności.
Celebrytą świata, o którym mowa, był intelektualista, pisarz, dramaturg. Jego przemyślenia czytano, podziwiano styl, komentowano jego poglądy, na ich bazie rozwijano inne. Wymiana poglądów inspirowała intelektualnie i emocjonalnie, dzieła literackie kształtowały nową wrażliwość, albo afirmowały dawną.

Dzisiejszy celebryta funkcjonuje w mediach wizualnych. Musi zachwycać twarzą, sylwetką, nosić efektowne ubranie, mieć modną fryzurę, mówić banały z wdziękiem i pewnością siebie. Wystąpienia bez konsekwencji. Jego czas też przeminie.

Zanurzony bez reszty w tamtych realiach, Connolly nie widział, co się dzieje. Może jeszcze wtedy nie dostrzegał, nie było widać, oznak upadku owego świata. Krytyk poświęcił znakomite dzieło czemuś, co chyba nie było warte zachodu. Zmierzch już nadchodził. Było w nim coraz mniej miejsca na szturmującą jego bastiony ambitną młodzież pisarską. Connolly myślał, że tak będzie wieczne, tylko jego z tej rzeczywistości wygnano. Miał wszystko, by w nim królować, tymczasem znalazł się na marginesie. Po prostu chyba urodził się za późno. I jego świetna książka także powstała za późno, dlatego też niewielu dziś obchodzi.

Czesław Karkowski