Jednym z bardziej oczekiwanych w obecnym sezonie debiutów w Carnegie Hall był bez wątpienia solowy recital młodego Koreańczyka Seong Jin Cho.

W 2015 roku triumfował w Warszawie zdobywając pierwszą nagrodę na Konkursie Chopinowskim. Jak może melomani pamiętają, Cho występował w Nowym Jorku jesienią jako solista warszawskiej Filharmonii Narodowej odbywającej tournee po Stanach Zjednoczonych. Wówczas miałem okazję usłyszeć go kilkukrotnie, zarówno w koncercie e-moll Chopina jak i koncercie c-moll op. 37 Beethovena. Przy okazji podróży po Ameryce młody pianista miał jeszcze okazję solowego występu w New Jersey z repertuarem, który właśnie teraz w lutym powtórzył podczas debiutanckiego recitalu.

O jego grze wspominałem entuzjastycznie podczas październikowych koncertów w Nowym Jorku i okolicach. Zachwycił mnie wówczas, tak jak kilka miesięcy wcześniej na Festiwalu Chopinowskim w sierpniu 2016 w Dusznikach, swoimi interpretacjami chopinowskimi. Wspomniałem przy tej okazji – i jak dotąd nie miałem potrzeby zmienić swojej opinii – że spośród trzech ostatnich zwycięzców warszawskiego konkursu on zrobił na mnie znacznie silniejsze wrażenie niż Rafał Blechacz i Juliana Avdejewa. On właśnie od samego początku wydawał mi się bardziej artystą niż dobrze wyszkolonym studentem. Zwłaszcza jego Chopina słuchałem z znacznie większym zainteresowaniem niż Chopina wspomnianych poprzednich laureatów Konkursu.

Cho poszedł bezpieczną drogą wybierając na swój debiutancki recital program, który wielokrotnie wykonywał i w którym ja sam słyszałem go już trzykrotnie. Była to chyba prawidłowa decyzja, choć osobiście żałowałem nieco, że uporczywie trzyma się tego samego repertuaru.

Recital w Carnegie Hall pianista rozpoczął młodzieńczą Sonatą op. 1 Albana Berga (1885-1935), w której kompozytor pozostaje przy systemie niemal tonalnym. Po niej usłyszeliśmy jedną z ostatnich kompozycji Schuberta Sonatę c-moll (w katalogu Deutscha No. 959). Drugą część koncertu wypełnił cykl 24 Preludiów op. 28 Chopina oraz wiele bisów.

Już w tym momencie Cho posiada pozycję młodzieżowego idola: tłumnie przybyła publiczność, wśród której znaczny procent stanowili jego ziomkowie, przyjmowała go od samego początku z entuzjazmem i owacjami zazwyczaj rezerwowanymi dla gwiazd rockowych.

Zarówno w sonacie Berga jak i w sonacie Schuberta podziwiać można było całkowitą kontrolę na dźwiękiem i formą. Jednoczęściowa kompozycja Berga o późno-romantycznym charakterze i ekspresji ujęła mnie rapsodyczną narracją i kolorystyką. Jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie skomponowana w 1828 r. sonata Schuberta, w której kompozytor już w pierwszych taktach składa hołd zmarłemu zaledwie rok wcześniej Beethovenowi: pierwsze takty wzorowane są na temacie Wariacji c-moll, zapewne znanych Schubertowi. Z trzech tzw. „późnych sonat”, usłyszana przez nas c-moll posiada najbardziej dramatyczny charakter, momentami kojarzący się z przeczuciem nadchodzącego końca, którego kompozytor musiał być świadom. W przetworzeniu pierwszej części słuchacz może doszukać się niemal powiewu wiatru nad cmentarnymi nagrobkami. Natomiast ostatnia część Allegro po raz kolejny odsyła nas do beethovenowskiej Sonaty Es-dur op. 31. Tutaj jednak charakter galopującej tarantelli nie ma w sobie pogodnego ducha, ale raczej coś nieprzejednanego, nieustępliwego, pełnego niepokoju. Wydaje mi się, że Cho w znacznej mierze uchwycił dramatyczny charakter kompozycji, której wykonania nie są tradycyjnie utożsamiane z bardzo młodymi wykonawcami. Moim zdaniem nie ulega wątpliwości, że młody artysta zdaje sobie doskonale sprawę z czasu, z przestrzeni pomiędzy frazami, z konieczności oddechu i to już zwiastuje jego przyszłość jako nie tylko fenomenalnego pianisty, ale także muzyka.

Od czasów młodej Argerich i czy młodego i doskonałego wówczas Ivo Pogorelicha nie pamiętam tak wyśmienitej wersji Preludiów op. 28. Te czasami kilkunastosekundowe fragmenty, czasami dłuższe miniatury stawiają przed pianistami problemy natury nie tylko czysto instrumentalnej, ale również muzycznej. Każde preludium posiada własny charakter i władny mini-dramat. Cho uchwycił nie tylko naturę tego cyklu, ale także potrafił wycyzelować każdą z miniatur jako osobny klejnot. Posiada on nadzwyczajną zdolność osiągnięcia kolorystyki, modelowania frazy, kreowania napięć. Nie potrzeba wspominać, że techniczne problemy wydają się dla niego nie istnieć, że sama perfekcja gry jest niewiarygodna.

Czy znaczy to, że ze wszystkimi decyzjami interpretacyjnymi zgadzałem się bez zastrzeżeń? Przypuszczam, że młodość wyszła na wierzch w zapierającym dech Preludium No.16 b-moll, niepotrzebnie zapędzonym, ale w sumie znalazłem jego grę znacznie bardziej przekonywującą niż w tej samej kompozycji, grę jego starszego kolegi Rafała Blechacza. Nie wiem, czy jego spontaniczność jest prawdziwa czy wytrenowana – opieram to na podstawie wysłuchania tego samego programu zaledwie dwa dni wcześniej i nie dopatrzeniu się nawet najmniejszej różnicy w detalach – ale wciąż słuchałem go z niemal całkowitym komfortem i jest to dla mnie forma największego komplementu.

Na bis usłyszeliśmy niewiarygodnie pięknie namalowane „Światło księżyca” Debussyego, Balladę g-moll Chopina oraz Sarabandę z V Partity G-dur Bacha. Debussy, pochodzi z czteroczęściowej suity, którą Cho grał w całości na innych recitalach i bardzo żałowałem, że nie usłyszeliśmy jego również w tym repertuarze. Ballada Chopina pokazała najsilniej chyba prawdziwy wiek artysty, czyli niepełną jeszcze dojrzałość, ale było to w sumie małym zastrzeżeniem. W Bachu, ślicznie zaśpiewanym, Cho wydarzyła się jedyna tego wieczora minimalna zresztą wpadka palcowa: udowodnił nam tym, że jest jednak człowiekiem, a nie perfekcyjnym, nieomylnym automatem. Wielkie mu za to dzięki!

Roman Markowicz