Mija prawie pół wieku od protestu polskich studentów w marcu 1968 r. Wydarzenia te doczekały się wielu publikacji i opracowań. O zakulisowych działaniach resortu bezpieczeństwa w tym okresie prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy. Niektórzy historcy uważają, że Marzec’68 był w dużej mierze następstwem prowokacji.

Genezy wydarzeń marcowych należy szukać w ciągłym ograniczaniu marginesu wolności wywalczonego przez społeczeństwo w roku 1956. Bezpośrednią ich przyczyną była decyzja władz o zaprzestaniu przedstawień „Dziadów” Adama Mickiewicza w stołecznym Teatrze Narodowym podczas których dochodziło do spontanicznych reakcji publiczności na antyrosyjskie akcenty dramatu.

8 marca odbył się wiec studentów na Uniwersytecie Warszawskim. Młodzież akademicka protestowała przeciwko cenzurze i domagała się poszanowania swobód obywatelskich. Jak wiadomo wiec został brutalnie rozpędzony przez tak zwaną milicję robotniczą. Atak służb porządkowych nastąpił już po jego zakończeniu, kiedy studenci zaczeli się rozchodzić. Widocznie komuś zależało aby rozniecić nastroje wśród młodzieży. Tak też się stało. Następnego dnia protestowała Politechnika Warszawska. Demonstracje i starcia z milicją miały miejsce w okolicach uczelni.

Jeżeli Marzec był prowokacją to jej autorami byli tak zwani „partyzanci” – weterani lewicowego podziemia z okresu okupacji hitlerowskiej. Ich patronem i nieformalnym wodzem był gen. Mieczysław Moczar, ówczesny minister spraw wewnętrznych. Moczarowców, jak ich również określano, uważano za narodowych komunistów głoszących patriotyczne slogany zabarwiane niekiedy antysemityzmem. Swoje działania kierowali często przeciwko działaczom partyjnym i rządowym żydowskiego pochodzenia.
Prawdopodobnie to wlaśnie ludzie Moczara sprowokowali niepokoje w stolicy chcąc wykorzystać je do rozprawy z przeciwnikami w aparacie władzy. Pierwsze komentarze prasy pozostającej w dużej części na usługach „partyzantów” obarczały winą za zajścia na UW „bananową” młodzież – dzieci niektórych dygnitarzy rządowych. Później zaczęto piętnować „syjonistów” i „wichrzycieli”.

Domniemani autorzy prowokacji spodziewali się być może, że demonstracje studenckie ograniczą się do samej stolicy. Stało się inaczej. W ciągu najbliższych dni protesty rozprzestrzeniły się na cały kraj i objęły prawie wszystkie ośrodki akademickie. Do dramatycznych wydarzeń doszło w Krakowie, gdzie siły porządkowe wtargnęły do Collegium Novum, głównego gmachu Uniwersytetu Jagiellońskiego. Większość społeczeństwa sympatyzowała biernie ze studentami. Tragedią młodzieży było jednak to, że nie uzyskała aktywnego poparcia robotników, których niewielka część uczestniczyła w pacyfikacji demonstracji i strajków na uczelniach. Dwa lata później, gdy stoczniowcy Wybrzeża wyszli na ulice, studenci pozostali w domach i akademikach.

Pod koniec miesiąca rewolta studencka powoli wygasała. Na najbardziej aktywnych uczestników buntu posypały się różnego rodzaju kary. Setki aresztowano lub usunięto ze studiów. Niektórych wcielono do wojska.

Represje objęły również Polaków pochodzenia żydowskiego. W wyniku antysemickiej nagonki ponad 15 tysięcy osób pozbawiono obywatelstwa polskiego i zmuszono do wyjazdu z kraju. Było wśród nich wielu fachowców, dyrektorów przedsiębiorstw, wyższych urzędników administracji a także ludzi kultury i nauki.

Idea Marca’68 oraz jej hasło „Niepodleglość bez cenzury” przetrwała przez następne lata. Część uczestników protestu zasiliła szeregi opozycji demokratycznej pod koniec lat 70. a później włączyła się w działalność „Solidarności”.

Kazimierz Wierzbicki