Piotr Andreszewski. Photo Christopher Smith

Piotr Andreszewski. Photo Christopher Smith

Po dwuletniej nieobecności w Stanach, polski pianista Piotr Anderszewski powrócił do nowojorskiej Carnegie Hall z recitalem w programie którego znalazły się kompozycje J. S. Bacha, W. A. Mozarta i F. Chopina.

W pierwszej części recitalu usłyszeliśmy Fantazję c-moll K. 475 i Sonatę c-moll K. 457 Mozarta, potem zaś Poloneza Fantazję op. 61 Chopina. Dwa dzieła Mozarta, posiadają podobny dramatyczny charakter i czasami pianiści decydują stworzyć z nich cykl grając je razem, a często nawet, jak to zrobił Anderszewski, bez momentu pauzy.

O Fantazji c-moll K. 475 krytycy mówią, że jest najbardziej beethovenowską kompozycją tego kompozytora. Już sama tonacja, której obecność u Mozarta kojarzy się z dramatem czy nawet uczuciem tragedii, rozszerzenie zakresu techniki fortepianowej a także momenty, które staną się w kilkanaście lat później utożsamiane z samym Beethovenem uzasadniają tę opinię. To owa Fantazja wydaje się zwiastunem beethovenowskiego koncertu c-moll, to w niej usłyszymy późniejsze motywy V Symfonii, czy Appassionaty.

Z kolei Polonez Fantazja jest jedynym dziełem Chopina, które w swoim rapsodycznym i epizodycznym charakterze staje się charakterem najbliższe późniejszym dziełom Liszta.

Mozart Piotra Anderszewskiego posiadał ogromną wręcz skalę dynamiki, był stanowczy, mocny, dramatyczny. Czasami pianista podkreślał harmoniczne zmiany, jak gdyby rzucając snop światła na partyturę. Równie często gwałtowne diminuendo, czy zmiany dynamiczne trąciły manierą i po pewnym czasie stawały się przewidywalne. Pewną generalną cechą recitalu było to, że granica pomiędzy delikatnością dźwięku a utratą słyszalności została przekroczona. Ale Anderszewski wydobywał też często ze swego świetnie brzmiącego instrumentu cudowne, krystaliczne brzmienie i nośny, imponujący ton.

Sonata c-moll, która nastąpiła bez nawet momentu przerwy posiadała wspomniany już beethovenowski charakter i naturę: silne dynamiczne kontrasty, gorączkowość, parcie naprzód, dynamizm. Podobała mi się retoryka i pozornie długie oddechy pomiędzy frazami: wydawało się, że artysta czasami chce dodać dramatu a czasami zatrzymać czas. Środkowa część Adagio trochę zamyślona, chwilami wyszeptana, moment później oferowała pięknie wyśpiewaną kantylenę i wspomniany już cudowny ton. W ostatniej części Allegro assai pianista pozwolił sobie na oryginalną kadencję, co na pewno zadowoliłoby kompozytora. W sumie było to oryginalne i nietuzinkowe podejście do znanej przecież kompozycji.

Polonez Fantazja, którego nasz solista dotąd w Nowym Jorku nie wykonywał był niezmiernie osobistym odczytaniem partytury. Nie oczekiwałem zresztą niczego innego zdając sobie sprawę z tego, że prowokacyjna a jednocześnie subtelna natura wykonawcy powinna znaleźć odzwierciedlenie w chopinowskiej partyturze. Profesor Tomaszewski, wielki autorytet w dziedzinie muzyki Chopina tak określa Poloneza „jak chyba żaden inny utwór Chopina łączy w sobie jedność dwóch momentów: polskiego – heroicznego gestu i romantyczno-lirycznej melancholii. Tego co najwłaściwsze polonezowi z tym, co najbliższe nokturnowi”. I te cechy Anderszewski uwypuklił z swojej wysoce subiektywnej, fascynującej interpretacji. Już rapsodyczny wstęp z teatralną narracją -choć także wspomnianą już uprzednio subtelnością – uzmysłowił nam, że nie będzie to tuzinkowa interpretacja. Pewnych pomysłów pianisty będzie mi z pewnością brakować wśród przyszłych wykonań, które teraz słuchane będą przez pryzmat koncepcji Anderszewskiego.

Rozpoczynające drugą część recitalu Mazurki op. 59, słyszane chyba po raz pierwszy w Nowym Jorku, nie różniły się od nagranej niemal 14 lat temu wersji, i jeśli nawet nie tak doskonale kontrolowane wciąż były impulsywne, spontaniczne, szalone i żarliwe.

Recital zakończony został w oryginalny sposób Bachem: kończąca VI Suitę Angielską d-moll burzliwa, gorączkowa, wirująca część Gigue stała się nie mniej ekscytującym finałem niż jakiekolwiek romantyczna kulminacja. Nie był to być może model klarowności, ale słychać było, że pianista stawia tu wszystko na jedną kartę, że pragnie spontaniczności, choćby kosztem kilku zamazanych momentów.

Na bis usłyszeliśmy ulubione i często grywane pierwsze trzy z sześciu Bagateli op. 126 Beethovena.

Podsumowując – niekonwencjonalne, nietuzinkowe interpretacje, do których niełatwo od razu przywyknąć, ale których nikt nie powinien zbagatelizować czy zlekceważyć.

Roman Markowicz