Wtorek
Jeszcze w sprawie mediów, tzw. fake news, establiszmentowego światka. Establiszment dziennikarsko-politycznie poprawny ma pierwszy skalp w Waszyngtonie: po dwudziestu kilku dniach na stanowisku, odszedł doradca prezydenta USA Donalda Trumpa ds. bezpieczeństwa państwa. Upadek emerytowanego generała Michaela Flynna nie jest wielką tragedią, ze względu na jego kontakty z rosyjskimi politykami ani pomysły zbliżenia z Rosją. Chodzi o kontekst i sposób jego wyrzucenia, a właściwie współdziałanie służb specjalnych z mediami. Bo nie ma wątpliwości, że uwalenie Flynna to fragment większej bitwy szpiegów z obecnym lokatorem Białego Domu. Nie mogą oni darować Trumpowi ostrej krytyki pod swoim adresem a także dziwnych powiązań jego otoczenia z Moskwą. Można się spodziewać, że to pierwszy wystrzał w ostrej rozgrywce. Znając życie, Flynn to przystawka, czas na kolejne dania: kolejnych współpracowników Trumpa. Można się więc spodziewać kolejnych kontrolowanych wycieków do prasy i skandali, na myśl o których już cieknie ślinka medialnym specom z Waszyngtonu i Nowego Jorku. A na koniec być może danie główne: walnięcie w samego Trumpa. Nie wierzycie? Ajak myślicie, kto obalił Nixona? Dwóch panów z „Washington Post”? Wolne żarty. Dziennikarze śledczy Woodward i Bernstein nie powiązaliby wszystkich faktów, gdyby nie informacje od Głębokiego Gardła. Którym był… wiceszef Federalnego Biura Śledczego FBI. Sfrustrowany pominięciem w awansie na szefa FBI, pakował tajne informacje w duet Woodward & Bernstein niczym karmę w tuczone gęsi…

Nie mam wątpliwości, że Rycerze Czwartej Władzy (czyli medialny establiszment Waszyngtonu) wziął sobie za punkt honoru uwalenie, a przynajmniej doprowadzenie do politycznej klęski Trumpa. Zbyt mocno nowy prezydent wali w status quo i wygodne życie polityczno-medialnych liderów opinii, aby… uszło mu to na sucho. To w większej skali to, z czym mamy do czynienia w Polsce, gdzie polscy „liderzy opinii” spod znaku sierotek po Unii Demokratycznej, „Gazecie Wyborczej”, mediów „Newsweekopodobnych” łapią się każdej histerii, aby zatrzymać marsz „dobrej zmiany”, która usunie ich w niebyt historycznej niepamięci.

Nie, nie twierdzę, że Trump ma sto procent racji – jedynie zauważam, że jego populistyczna rebelia zagraża w waszyngtońskiemu status quo. Stąd histeria i ataki. Ale trzeba przyznać, że Trump to mistrz tzw. trollingu, który chętnie podejmuje rękawicę i wymienia ciosy z mediami. A niektóre bolą. Na ten przykład w czasie dzisiejszej konferencji prasowej z premierem Izraela Benjaminem Netanjahu, poprosił o zadanie pytań tylko dwóm reporterom, z mediów o konserwtywnej prowieniencji: Townhall and the Christian Broadcasting Network. Podobnie jak na innych konferencjach Białego Domu, gdzie pytań pierwszych nie zadają tuzy z „New York Timesa”, „Washington Post” czy CNN, ale jacyś – nie daj Boże, toż to zbrodnia ! – blogerzy a czasami nawet biorący udział w briefingu przy użyciu komunkatora Skype. Do tego Trump bez żenady nazywa najbardziej prestiżowych dziennikarzy producentami fake news, za co wyrok może być tylko jeden… Co oczywiście nie zmienia faktu, że to symbioza: bo nic tak nie wzmacnia oglądalności, czytelnictwa czy kilkalności jak taki konflikt. I to pożytek dla obu stron: mediów głównego nurtu oraz samego Trumpa. Ale to już inna para kaloszy.

Środa
Coraz bardziej żyjemy w jakiejś medialnej zupie, infogalarecie która zalewa nas, powodując element… ja wiem, przyduszenia? Za dużo tego… Bombardowanie informacjami, prawdziwymi i nieprawdziwymi jest tak intensywne, że mniej wytrzymałe umysły, mogą się kompletnie zagubić. Nie wierzycie? Jak piszą na portalu Axios Jim VandeHei i Sara Fischer, „staliśmy się więźniami naszych telefonów: twittujemy każdą myśl, albo wysyłamy snapa z każdą emocją lub dzielimy się na Facebooku każdą fantazją, uczuciem lub rodzinnymi chwilami. Przesuwamy się po ekranach, klikamy, lepiej połączeni ze sobą niż kiedykolwiek w historii ale nie koniecznie lepiej poinformowani”.

Można powiedzieć staliśmy się niewolnikami telefonów komórkowych, skoro 60 proc. naszej medialnej konsupcji pochodzi z aplikacji mobilnych. Dwie trzecie zysków idzie do dwóch koncernów: Facebooka i Google’a oraz firm z nimi powiązanych. A więc nasze pasienie oczu pasie głównie dwa ogromne konglomeraty. Ale dzieje się coś bardziej dogłębnego, co zauważają VandeHei i Fischer. Poczytajmy: „Nasze mózgi są dosłownie zalane i przeprogramowane. Średnio sprawdzamy nasz telefon komórkowy pięćdziesiąt razy dziennie, choć niektóre badania mówią, że nawet trzy razy więcej. Codziennie spędzamy sześć godzin na konsumpcji mediów cyfrowych. W rezultacie, przeciętny czas uwagi człowieka spadł z 12 sekund w 2000 r. do ośmiu teraz. Tymczasem złota rybka może się skoncentrować na czymś przez dziewięć sekund. I do tego bez zastanowienia przekazujemy dalej informacje bez zastanowienia a nawet czytania. Badania Columbia University dowodzą, że prawie 60 proc. informacji na mediach społecznościowych jest przekazywana dalej bez ich otwierania i czytania”.

Wychodzi na to, że internet zrobił z nas niespokojnych, nie mogących się skupić na czymś dłuższym niż osiem sekund pierwotniaków w medialnej zalewie. Przesada, oczywiście. Ale nie taka wielka.

Czwartek
Ale od czego mamy rozum? Nawet w elektronicznej zupie, można znaleźć perełki. Dla mnie to wszelkie akcje pomocowe, zbierające na chorych ludzi, dzieci. Często zdarza się, że ten interntowy szał pozwala zbierać duże pieniądze na potrzebujących. Jakie? Nawet kilkanaście tysięcy złotych dziennie! Dziesiątki tysięcy dla chorych, najczęściej dawane przez „Anonimowych Darczyńców”, którzy o niczym by nie wiedzieli, gdyby nie media społecznościowe.

Włączyłem się w taką akcję ostatnio. W kilka dni zebraliśmy (bo dołożyłem swój grosz) kilkadziesiąt tysięcy złotych dla chłopca z poszczepiennym zapaleniem mózgu, w wyniku którego nastąpiło dziecięce porażenie mózgowe, małogłowie i padaczka. Największą radość sprawiają komentarze darczyńców. Są ich setki, tysiące – podam ostatnie. Przy sumach 5 złotych, 10, 20, 50 – „Dasz radę Maks! jesteśmy z Tobą!)”, „Będzie dobrze chłopaku!”, „Powodzenia!”, „Trzymaj się, nie jesteś sam, walcz!”, „pomogę i materialnie i modlitewnie”.

Nawet w medialnym kisielu, jak widać, Dobro może zwyciężać 🙂

Jeremi Zaborowski