14 lutego 1995 roku. Kartka z pamiętnika. Cytat z Gogola: „Kiedy przedmiot naszych tęsknot jest od nas oddalony dążymy do niego i pragniemy go. Kiedy zaś znajdzie się blisko, jesteśmy nim przesyceni i szybko nas nudzi”. Mam osiemnaście lat i niepokojąco trzeźwo oceniam sytuację. Zdając codzienny, skrupulatny raport dokonuję – czasem zadziwiająco trafnej i dojrzałej – analizy. Życie towarzyskie i uczuciowe na 365 kartkach. Czasem zdjęcie. Bilet do kina. Zasuszone źdźbło trawy. Niewysłany list. Czytam przed snem. O życiu w prowincjonalnym mieście na początku lat 90. Które mogłoby się dziać wszędzie. I nigdzie. Widzę pokój na czwartym piętrze wrzesińskiego bloku. Z oknem wychodzącym na inne bloki. Trawniki. Plac zabaw. Komin ciepłowni. Czytam o tęsknocie. Za innym życiem. Przypominam sobie jak bardzo tamto uwierało. Te kilka ulic codziennie przemierzanych. W drodze do szkoły. W drodze do knajpy. I z powrotem. Miałam wrażenie, że zaciskają się na gardle. Jak pętle. Albo pasy bezpieczeństwa. Krępują. Ubezwłasnowolniają.

Jednostajność. Powtarzalność. „Życie obocznością. Zewnętrznością”. Cytuję Omara Sangare. Dwadzieścia lat później będę z nim przeprowadzać wywiad w Nowym Jorku. Usiądę w trzecim rzędzie podczas jednego z przedstawień w ramach United Solo Festival. Przy 42 ulicy. Tam gdzie nie docierają już światła Times Square, ale to ciągle dobry adres. Choć surowe pomieszczenia i niskie, niewygodne krzesła nie mają nic z wyobrażonego przepychu broadwayowskich teatrów. To nadal Nowy Jork. Miasto aktorów, którzy marzą o scenie. O sławie. Stojąc za barem. Licząc napiwki. Czekają na wielką szansę. Która się nie zdarzy. Choć może. I to jedno słowo sprawia, że nie ustają w wysiłkach. Może. Się zdarzyć. Wszystko. Potencjalność to siła tego miasta. Jego największy powab. Jego największe kłamstwo. Ale jeszcze o tym nie wiem. Jestem w trzeciej klasie liceum. Chodzę na wagary. Spędzam długie godziny w kawiarniach. Nad pustymi szklankami herbaty. Piszę smutne wiersze. W których dużo jest o umieraniu. Niespełnieniu. Tęsknocie. Na zewnątrz jestem pogodną. Skorą do abstrakcyjnego żartu. Ubawu. Zakochuję się często. I na krótko. Mam skłonność do uciekania. W książkę. W sen. Inne światy wydają się atrakcyjniejsze. Chcę wyjść. Z tego miasta. Z tego kraju. Mogłabym zaśpiewać Krzysztofem Vargą. Gdyby już wtedy Dr Misio nagrywał płyty. Zamiast tego cytuję nieżyjących poetów. Przegrywam kasety. Wypisuję hasła na okładkach zeszytów. Ścianach. Blatach szkolnych biurek. Przyszłość ma nieokreślony kształt. Próbuję ją wymyślić. Zgadnąć. Zamiast – jak współcześni absolwenci szkół średnich – zaplanować, założyć. Z kalkulatorem w ręku.

*

Domy z betonu. PRL-owskie bloki. Scenografia dzieciństwa. Młodości. Coraz więcej książek i filmów opowiada tamten czas. Do głosu dochodzą artyści mojego pokolenia. Czterdziestolatkowie. Jak to dziwnie obco brzmi. „Czterdziestolatek”. Inżynier Karwowski miał zakola, wąsy, siwe włosy, dorastające dzieci i problemy mężczyzny na półmetku. Nam się wydaje, że dopiero zaczynamy. Że tzw. dorosłe życie to bliżej niesprecyzowana przyszłość. To, co dotąd, to jedynie wprawki. Raczkowanie. Sposobienie się do nowej roli.

Oglądam „Zjednoczone stany miłości” Tomasza Wasilewskiego. Przepięknie sfotografowana szarzyzna tamtego czasu. Długie ujęcia. Szerokie kadry. Sine światło. I dojmująca pustka domów z betonu. Świetne role. Ale historie czterech kobiet opowiedziane w manieryczny sposób. Silący się na coś. Udający. Po „Płynących wieżowcach” kolejny film reżysera, który nie do końca do mnie trafił.

„Ostatnia rodzina” Jana Matuszyńskiego rewelacyjna, choć ciągle pozostająca w cieniu książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”, która daje dużo pełniejszy obraz. W jednej z pierwszych scen warszawskie bloki. Szara płyta mrugająca setkami okien. Rozkopane chodniki. Błoto. W wąskich pokojach, ciasnych kuchniach, toczy się opowieść o samotności, toksycznej relacji między rodzicami i synem, ich niedojrzałości emocjonalnej, ale też ogromnej pasji, talencie, artystycznej nadwrażliwości. W mieszkaniu na Służewiu Zdzisław Beksiński znajdzie ciało swojego syna. Sześć lat później zostanie zadźgany nożem otwierając drzwi do swojej „twierdzy”. Mimo drzwi antywłamaniowych i zainstalowanej wideokamery, wykrwawi się w przedpokoju.

*

„Poszłam na spacer. Było ciemno i pusto. Tylko ciepłe światło w oknach ogrzewało ulicę. Myślałam o wszystkich, którzy żyją w betonowych blokach. Co robią, o czym myślą. Myślałam, ile jeszcze takich miast, miasteczek. Ilu jeszcze ludzi pije gorącą herbatę w podobne popołudnia, wieczory. Kim są. Na co czekają. Czego się boją?”. Zanotowałam 15 listopada. Nazajutrz piłam tanie wino na ławce w parku. I całowałam się z chłopcem, który mieszkał w innej części miasta. Jego blok stał naprzeciwko domu kultury. Był niższy. Bardziej zaniedbany. Nigdy nie zaprosił mnie do siebie. Uciekał stamtąd. W końcu uciekł. Podobno niedaleko. Podobno nadal pisze wiersze.

Weronika Kwiatkowska