Nieczułość sklepowych przymierzalni. Obnażające światło. Lustra przed którymi nie można uciec. Z przodu. Z tyłu. Z boku. Naga prawda. Bez filtra. Wcześniej hałdy przecenionych ubrań. Kobiety niczym górnicy na przodku. Fedrują. Przekopują zwały tekstylnych pancerzy. Mozolnie. Systematycznie. Albo przeciwnie. W chaotycznym pląsie wyłuskując co ciekawsze okazy. Stoją w kolejce do lepszych wersji samych siebie. Płacąc gotówką albo kartą. Za konfekcyjną fatamorganę.

Na zewnątrz jedna z tych nowojorskich zim. Bez śniegu. Bez wyraźnego początku i końca. Kapryśna. Niezdecydowana. Wieje od Chinatown. Na ulicach kolorowe konfetti z chińskich armatek, którymi turyści strzelają z okazji Roku Koguta. Resztki pozłotka przylepiają się do butów; wpadają we włosy rozemocjonowanym emerytkom z Kansas. Czytam horoskop: „wokół Węża będzie panował podziw otoczenia, zarówno na poziomie zawodowym, jak i prywatnym. Rok Koguta zapewni mu niepowtarzalne możliwości w osiągnięciu sukcesu na wszystkich polach: społecznym, rodzinnym, miłosnym, zawodowym i rozwoju duchowego. W 2017 roku będą się mnożyć okazje, losowe wydarzenia i niespodziewane oferty przynoszące Wężowi szczęście i sukces”. Czekam cierpliwie. Jak przyczajony wąż w zaroślach dżungli. Nowojorskiej. Gotowa by zrzucić skórę. Połknąć sukces większy ode mnie. I odpełznąć w jakiś cichy i słoneczny zakątek.

„Nic mnie tu nie fascynuje, nic nie „zaraża”, nic nie wciąga. Ludzie mnie nudzą i wydaje mi się, że znam wszystkich na wylot (co może źle o mnie świadczy). Ale z ręką na sercu przysięgam, że trafiłam na wyjątkowo pospolite towarzystwo, które nawet „Przekroju” nie czyta z powodu intelektualnych trudności”. Pisze Wisława Szymborska do Kornela Filipowicza. 12 sierpnia 1968 roku. Z sanatorium. Zatrzymuje mnie przy tych kilku zdaniach myśl. Że dzisiaj też mało kto czyta. A „Przekrój”, który wrócił po trzech latach przerwy jako kwartalnik społeczno-kulturalny jest skierowany do bardzo wąskiej grupy odbiorców. Kto doceni świetną okładkę, nawiązującą do lat 50., 60? Kto zrozumie wyrafinowany żart? Subtelne mrugnięcie okiem? Współcześnie – o czym pisał Marek Bieńczyk – każdy dowcip musi być oznaczony żółtą, uśmiechniętą buzią. Emotikonem. Inaczej trudno pojąć intencję autora. Widać to wyraźnie podczas dyskusji na portalach internetowych. Bierzemy siebie nadzwyczaj poważnie. Tylko po co?

Na ogromnym lustrze w jednym z nowojorskich butików napis: zakaz robienia zdjęć. Właścicielka tłumaczy, że ma dość mizdrzących się nastolatek z telefonami w dłoniach. Wyginających się w najdziwniejszych pozach; w obłędzie fotografowania. Pokolenie selfies. Mówi z pogardą. Ale przecież skłonność ludzkości do generowania autoportretów jest stara jak świat. Postęp technologiczny tylko ułatwił proceder. Dał masom do ręki odpowiednie narzędzie. Więc śmiało korzystają. Korzystamy. Rejestrujemy się. Zostawiamy cyfrowe ślady. Nastolatki wydymają usta na wzór i podobieństwo „autorytetów” z Instagrama. Ale nie tylko. Mam znajomych, dobrze po trzydziestce, którzy codziennie wrzucają do sieci zdjęcia swoich twarzy. Jedno. Dwa. Trzy. Zdają się mówić: patrzcie. Jestem. Żyję. Jest w tym coś bezdennie smutnego. Co nie do końca potrafię nazwać. Wołanie o uwagę. Samotność? Na pewno narcyzm. Ale też odwaga. Rodzaj bezczelności, który może fascynować. Me, myself and I. Patrzcie. Podziwiajcie.

„Karą za zrobienie dziesięciu selfies powinno być przeczytanie jednej książki”. Anonim.

„Oglądam te moje albumy w telefonie, moje głęboko skrywane skarby i czuję się zażenowana swoim uciekaniem od rzeczywistości, swoim pociągiem do kłamstwa i kadrowania. Jednak nie przestaję oglądać, przesuwam palcem po dotykowym ekranie i kasuję zdjęcia, na których wyglądam grubo, co za próżna suka. […] Jest ich bardzo dużo, tych zdjęć. Robię je za każdym razem, kiedy moment, w którym wszyscy się znajdujemy jest zabawny czy wzruszający. Mimochodem dbam o kompozycję, o to, by nie znajdował się na nich żaden zbędny przedmiot. […] Pilnuję by w kadrze znalazło się malowniczo kwitnące drzewo […] a wszystko ze słonecznym, ciepłym filtrem charakterystycznym dla pożółkłych odbitek Kodacolor sprzed trzydziestu lat. […] Zanim wcisnę wyzwalacz w smartfonie, nogą usuwam z kadru porozrzucane zabawki i niedbale ciśniętą na ziemię piżamę mojego męża. Staranny kurator rodzinnej dokumentacji dba o estetykę ujęcia, by zdjęcia zupełnie mimochodem przypominały te z blogów o wyposażeniu i stylizacji wnętrz”. Natalia Fiedorczuk. „Jak pokochać centra handlowe”.

Wszyscy robimy to samo. Samo-oszukujemy się. Poprawiamy. Ulepszamy. Choć – jak twierdzi Maria Peszek – retusze zabijają dusze. Popełniamy grzech autokorekty. W dzień powszedni. I w niedzielę. Świat równoległy jest lepiej skadrowany. Nie ma plam. Ani zmarszczek. Miękkie światło wygładza kanty. Może dlatego jawi się bardziej atrakcyjnie. I niedługo zastąpi to, co zwykliśmy nazywać realem. To tam będzie się toczyć prawdziwe życie. Nie tu. Ale zanim to się stanie podnośmy częściej głowy znad wyświetlaczy ciekłokrystalicznych i przyglądajmy się światu. Póki jeszcze jest. I sobie. Nawzajem.

Weronika Kwiatkowska