Po przeczytaniu „Blizny Odyseusza” – zaledwie pierwszego rozdziału pokaźnej książki pt. „Mimesis”, byłem oszołomiony; nie tylko przecież ja – również pokolenia czytelników przede mną.

Erich Auerbach w błyskotliwy sposób porównał w tym rozdziale dwa odmienne sposoby narracji, które złożyły się później, jego zdaniem, na rozmaite warianty stylu zachodniej literatury. Pierwszy – homerycki: wylewny, by się tak wyrazić, wielosłowny, ujawniający wszystkie niuanse sytuacji przedstawionej w dziele. I drugi – biblijny: oszczędny aż do przesady, lakoniczny do tego stopnia, iż pozostawia tyle niedopowiedzeń, że czytelnik musi własną interpretacją wypełniać znaczeniem rozległe „puste” miejsca, zmusza intelekt i wyobraźnię odbiorcy do wielkiej pracy.

Realizm i otwarte społeczeństwo
Auerbach na licznych przykładach literackich od starożytności po twórczość Virginii Woolf interesująco przedstawia istotę realizmu (we własnym rozumieniu) w literaturze zachodniej. Stąd tytuł: „mimesis” – autor posłużył się greckim słowem wziętym z rozprawy Arystotelesa, który uważał, iż istotą literatury (choć swoje uwagi odnosił do greckiego teatru) jest naśladownictwo, czyli właśnie „mimesis”.

Tyle w skrócie na temat pierwszego jedynie rozdziału znakomitego humanisty niemieckiego, który wobec zagrożenia antysemicką polityką III Rzeszy, w porę wyjechał z Niemiec do Istambułu, gdzie mu zaproponowano pracę na tamtejszym uniwersytecie. Spędził w Turcji dziesięć lat, następnie wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Tutaj został profesorem Yale University.

W Turcji powodziło mu się świetnie, ale po wojnie zmieniło się w tym kraju nastawienie do zapraszanych z kontynentu uczonych. Nie tyle jednak wygnał go dający się odczuwać pro-turecki nacjonalizm i niechęć wobec cudzoziemców, ile – jak twierdził – ubogi stan tamtejszych bibliotek. (Późniejsza biografka Auerbacha stanowczo zaprzecza, jakoby w Istambule brakowało zachodnich książek z dziedziny humanistyki). „Mimesis” pisał opierając się głównie na pamięci i posługując się nielicznymi tylko oryginalnymi tekstami literackimi dostępnymi w Turcji. Ale ta właśnie przeszkoda, dokuczliwa dla uczonego, mimowolnie przyczyniła się do wielkiego sukcesu „Mimesis”: jest to dzieło pozbawione nużącego oprzyrządowania – przypisów, cytatów, porównań z innymi opracowaniami, dyskusji, i polemik ze stanowiskiem innych uczonych. Napisana jest stosunkowo lekko, przystępnie, interesująco i co ważne – krótko. Ma więc wszelkie cechy doskonale wykonanej popularnej rozprawy.

W dużej mierze przypomina inne dzieło wojenne, innego humanisty, także żydowskiego pochodzenia, który również, jak Auerbach, musiał szukać miejsca dla siebie za granicą wobec narastających represji hitlerowskiego reżimu. Nie był specjalnie znany, toteż miał ogromne kłopoty z zaczepieniem się gdzieś w świecie. Jego wielka sława przypada dopiero na lata powojenne.

Karl Popper – bo o nim mowa – ostatecznie dostał pracę. Daleko, „w pół drogi do księżyca”, według własnego określenia dystansu dzielącego rodzinną Austrię od Nowej Zelandii. Znalazł się tutaj w odmiennych warunkach niż Aurebach w Istambule – w świecie biednym, pasterskim, oddalonym od wszelkich ośrodków śmielszej myśli, gdzie wykształcenie wyższe nie cieszyło się poważaniem, a profesorów uniwersyteckich (czterech uczelni w całym kraju) opłacano źle. Do tego stopnia kiepsko, że żona Poppera uprawiała spory ogród warzywny, by dorobić do pensji męża, która nie zawsze starczała na kupno opału na zimę.

W Nowej Zelandii, także ubogiej w biblioteki, Popper napisał klasyczny dziś, także (jak Auerbach) dwutomowy traktat „Otwarte społeczeństwo i jego wrogowie”. Brak filozoficznej literatury i wciąż nienajlepszy język angielski przyczyniły się do sukcesu książki – podobnego jak w przypadku powodzenia „Mimesis”. Dzieło Poppera napisane jest językiem prostym, przejrzystym, argumentacja wiedeńskiego filozofa – klarowna i bez niuansów, przekonująca siłą argumentów, a nie mocą autorytetów, których w odmiennych warunkach może przywoływałby w przypisach.

Popper uważał „Otwarte społeczeństwo…” za swój wkład w dzieło wojenne, własny filozoficzny udział w walce i zwycięstwie demokracji nad jej wrogami. Rozprawa stanowi analizę – na wybranych przykładach z myśli zachodniej – od Heraklita i Platona po Karola Marksa – stylu myślenia wszelkiego rodzaju przeciwników wolności, demokracji, swobodnej, nieskrępowanej wymiany myśli, skrytych filo-totalitarystów – nieprzyjaciół tego wszystkiego, co nazwał „otwartym społeczeństwem”, sprzyjającym nieskrępowanym działaniom ludzkim, krążeniu idei, starcia sprzecznych poglądów.

Powojenny sukces tego dzieła otworzył mu drogę do angielskich uniwersytetów. Opuścił Nową Zelandię i po latach stał się jednym z najwybitniejszych filozofów XX wieku.

Emigracja – korzyść czy strata?
Dwaj humaniści, dwa dzieła napisane na emigracji, dziś należące do kanonu zachodniej myśli. Niewątpliwie oddalenie od kraju rodzinnego, od własnej kultury, stworzyło dogodne warunki dla pogłębionej refleksji. Ów brak – rodzimego społeczeństwa, książek, znajomego środowiska intelektualnego, okazały się dobroczynne. Konfrontacja z obcą kulturą zainspirowała do niekonwencjonalnej, oryginalnej twórczości. Zmobilizowała ich do działania.

Tylko Polacy narzekają na emigrację, jako wygnanie, pobyt na obczyźnie, wygnaniu, skarżą się na nią jako na czynnik obezwładniający, zniechęcający do myśli i czynu. Nostalgia paraliżuje; więcej – ów paraliż został wyniesiony do godności najwyższej cnoty. Od czasów romantycznych zadaniem Polaka mieszkającego za granicą jest cierpieć i myśleć o ojczyźnie. Broń Boże zająć się czymś pożytecznym, a już na pewno nie – twórczym. Jedyne, co go może w tym bólu ukoić, to rozmyślania o Polsce, lektura „Pana Tadeusza”, piosenki Mazowsza, widok pisanek i góralskiej ciupagi.

Nic dziwnego, że wobec takiego stylu myślenia od dwóch wieków, taka też była i jest obowiązująca polityka Polski/PRL-u wobec Polonii: dać jej sztukę ludową, nasycić patriotycznym folklorem, wysłać emisariuszy bogoojczyźnianej krzepy.

Narodowa mitologia
Z tego rodzaju ideologią mamy na emigracji mizerne osiągnięcia. W dziedzinie humanistyki, czyli swobodnej, krytycznej, oryginalnej myśli; w sferze twórczości. Nieliczne wyjątki, potwierdzają tylko regułę. Paraliż emigracji wydał osiągnięcia miałkie, przeciętne. Oczywiście upraszczam, bo wiele było dzieł dobrych stworzonych przez emigrantów po 1945 r. Dobrych, ale nie wybitnych. Wobec tak ogromnej ilościowo polskiej emigracji w ostatnich stuleciach, nie doczekaliśmy się proporcjonalnie sporej jakości. Tylko „samotnik z San Francisco” – Czesław Miłosz, stał się artystą rangi światowej, twórcą wybitnych osiągnięć literackich. Intelektualnie i artystycznie góruje nad współczesnymi, a rozległość jego dokonań – poezji, eseistyki, prozy – imponuje, nie ma sobie równych w polskiej myśli, literaturze.

Dla niego pobyt we Francji i później – w Ameryce okazał się czynnikiem sprzyjającym twórczości. Większość natomiast na emigracji miała szansę wyzwolenia się z dominacji polskiej mitologii, ujścia spod hegemonii przeciętności, presji ogólnych stereotypów moralnych – w istocie zaproszenia do pospolitości, do podporzadkowania się dyktatowi grupy, narodu, do zespolenia się i zniknięcia w masie jednako myślących. A jednak uległa naciskowi ze strony idei i posłuszna powszechnym nakazom społeczeństwa stała się anonimowymi pionkami grupy, a nie indywidualnościami z własną wyobraźnią, swoim, tylko swoim intelektem i oryginalnie własnym systemem wartości. Niestety, mitologia polska skrępowała emigrację, zawsze widzianą negatywnie – jako próbę ucieczki przed narodowym, grupowym obowiązkiem, a nie jako wyzwolenie z mistyfikacji.

Walkę z nią podjął Witold Gombrowicz, ale tak był spętany polskością, nie mógł się z niej wyzwolić, że stał się najwybitniejszym z przeciętnych. Jedynie oryginalne, twórcze, głębokie intelektualnie „Dzienniki” napisał w Argentynie – w wielkim oddaleniu i pośród odmiennej kultury; ciekawy myślowo i stylistycznie „Transatlantyk”. Dalsze tomy „Dzienników” są coraz słabsze, a późniejsza twórczość literacka? No cóż…

Czesław Karkowski