Wtorek
Kącik poetycki, czyli Zbigniewa Herberta „Pan Cogito i wyobraźnia” (fragmenty):

Pan Cogito nigdy nie ufał
sztuczkom wyobraźni
fortepian na szczycie Alp
grał mu fałszywe koncerty
nie cenił labiryntów
sfinks napawał go odrazą
mieszkał w domu bez piwnic
luster i dialektyki
dżungle skłębionych obrazów
nie były jego ojczyzną
unosił się rzadko
na skrzydłach metafory
potem spadał jak Ikar
w objęcia Wielkiej Matki
uwielbiał tautologie
tłumaczenie idem per idem
że ptak jest ptakiem
niewola niewolą
nóż jest nożem
śmierć śmiercią
kochał
płaski horyzont
linię prostą
przyciąganie ziem

Środa
„Chrześcijanie nie wrócą do Mosulu. Ludzie, którzy byli najbliższymi sąsiadami, znajomymi, sprzedali ich. Wskazywali dżihadystom – to są chrześcijanie! Sąsiedzi zabierali potem to, co zostało w domu. W ten sposób są częścią zbrodni – powiedział na łamach gazety „Rzeczpospolita” ks. Rabban Al-Quas, biskup irackiego Kurdystanu. W jego diecezji schronienie znalazło tysiące uciekinierów z Mosulu i okolic zajętych w ostatnich latach przez tzw. Państwo Islamskie. Większość z nich to chrześcijanie.

Podkreślił, że mimo tragedii, która ich spotkała, uważa, że mieli szczęście, ponieważ przeżyli. Biskup powiedział, że zostali postawieni przed wyborem: albo zostawiają cały dobytek i uchodzą z życiem, albo zostają i płacą podatek. Jeżeli się nie dostosują – zginą. Nie mają już zaufania.

„Wilk jest wilkiem i pozostanie wilkiem. Przestraszona owca już nie wróci. Boi się, że nawet jeżeli wilk teraz się przebierze, to kiedyś jednak pokaże zęby. Że wszystko się powtórzy, w innym kostiumie, pod nową nazwą. Raz jest Al-Kaida, raz Państwo Islamskie, później pojawi się coś innego – zwraca uwagę biskup.
Przypomniał, że niechęć do innych wyznań została wywołana przez Braci Muzułmanów, którzy pielęgnowali radykalizm, a także salafitów i wahabitów. Z kolei szyitom zarzuca się, że nie są patriotami irackimi i realizują politykę Teheranu – jest ona przeciwna interesom Irakijczyków. Zwrócił także uwagę, że chociaż mówi się, że szyici są łagodniejsi od sunnitów, to niedawno zamordowali kilku chrześcijan i jazydów za to, że handlowali w swoich sklepach alkoholem.

Czwartek
Trudno o większy kontrast niż dwaj ostatni prezydenci USA. Zrozumiałem to, czytając pożegnalene rozmowy z Barackiem Obamą. Trudno było, bo ciągnęły się stronicami, jakby wypowiadający słowa rozkoszował się każdym z nich. Wielozdaniowe wypowiedzi, inkrustowane intelektualnymi wystrzałami i cytatami mającymi wskazywać na intelektualny kunszt byłego już prezydenta. A to wszystko podlane nieznośnym sosem tak charakterystycznej dla obecnych elit Politycznej Poprawności. No i wielkie „ja” widziane z każdej strony, jakby z 360 stopni, osiem lat prezydentury, najwspanialsze osiągnięcie niemal pod całym słońcem. Słowem… nic nowego, wszystko co słyszeliśmy przez ostatnie osiem lat, tylko jeszcze w poprawnościowym słowotoku.

Jest i Donald Trump, trzynaście dni na urzędzie najpotężniejszego władcy współczesnego świata.

Ego zbliżone do Obamy, bufonada jak zwykle. Ale jest też coś innego: instynkt budowlańca, który nie raz musiał w kaloszach na budowie użerać się z tzw. ludożerką, który pozwala mu rozpoznawać, czego potrzeba tzw. zwykłym Amerykanom. Bo te trzynaście dni to nieustające crescendo prezydenckich dekretów, wypowiedzi, gestów, które mają szokować, przestraszać, zmieniać, zgodnie zresztą z zapowiedziami z kampanii. Bo Trump został wybrany jako młot na elity, na dotychczasowy konsesus waszyngtoński, do złamania tego odwiecznego koła politycznej działalności: ostrej retoryki na wiecach i w kampanii, po czym tego samego, co przez ostatnie 30 lat w Waszyngtonie. Tych samych ludzi, układów, deali zawieranych pokątnie, w wszystko pod hasłem „nic się nie da zmienić”.

Trump wali, rozbija, awanturuje się, bo wie, że jak chce rzeczywiście coś zmienić, czasu ma niewiele. Zgodnie ze starą zasadą, „dyktatura status quo” z reguły bierze górę nad wszystkimi rewolucjonistami i agentami zmiany po jakichś trzech miesiącach. Po stu dniach „nowi” wsiąkają w „stare”, są obudowywani inercją; pajęczyna dawnych układów krępuje, aby było po staremu. To jak beton – jak zaschnie, nie zmieni się nic.

Trump o tym wie, więc niemal każdego dnia szokuje, działa, a przede wszystkim chce pokazać, że został prezydentem „nie dla słów, ale czynów”. Zaprzęga do tego wszystkie swe talenta telewizyjnego show, ze znakomitym wyczuciem potrzeb publiki oraz zasad suspensu. Jak w telewizji, każdy odcinek musi dać jakieś wielkie „bum”, tak w Waszyngtonie Trumpa nie ma dnia bez ostrego kopa w status quo. Czy to biurokracja fderalna, czy to aborcjoniści żyjący z rządowych dotacji, czy władze Meksyku, wreszcie cały liberalno-medialny światek, któremu nowy prezydent pokazuje nieustannie środkowy palec. Jego występy na żywo w telewizji oraz prowokacyjne wpisy na portalu społęcznościowym Twitter mają nadawać ton wydarzeniom w Waszyngtonie, Ameryce i na świecie, i ten ton nadają, na pohybel mediom i dotychczasowym elitom.

Ale… wszystko ma swoje ale. Trump-demiurg telewizyjno-rozrywkowy, Młot Na Elity „Zwykłej Ameryki” na razie gra według swoich reguł i nie przejmuje się czymkolwiek. Ale do czasu. Bo w przeciwieństwie do filmowych czy telewizyjnych produkcji, na skutek decyzji prezydenta krew jest prawdziwa i śmierć jest prawdziwa. A jego decyzje mogą – realnie, nie jak przed telewizorem – zmieniać życie milionów. A i obrażać też nie można w nieskończoność, zwłaszcza przyjaciół, bo kiedyś przyjdzie czas zapłaty. Ale na razie obserwuję bez histerii. Trump robi to, co obiecywał. Dla mnie ważne będą np. realne decyzje w sprawie NATO i Rosji. Jeśli zacznie się prawdziwe mizianie z Putinem, nie będzie to ani przyjmne ani bezpieczne dla świata.

Jeremi Zaborowski