Milczenie jest kotem. Rozciąga się przez sen. Przez dzień. Na wymiętej pościeli. Z której wyszarpuję się co rano. Siłą woli. Albo rozpędu. Choć najchętniej zwinęłabym się obok. I przespała styczeń, luty. Obudziła na wiosnę. Najlepiej roku 20-ego. Kiedy prezydentem Stanów Zjednoczonych nie będzie odrażające indywiduum o faszystowskich poglądach, którego twarz dziś wyziera z każdego internetowego postu. Z każdej okładki. Telewizyjnego newsa. Ameryka podzielona. Na dwa plemiona. Które zajadle bronią swoich racji. Jednym trudno uwierzyć, że to zdarzyło się naprawdę. Że to nie kolejny odcinek ogłupiającego reality show, ale rzeczywistość. Inni cieszą się, że nareszcie. Ich człowiek w Białym Domu. Zrobi porządek. Z niechcianym elementem. Uchodźcami. Imigrantami. Mniejszościami. Posprząta ten chlew – jak napisała koleżanka. Mając na myśli muzułmanów, którym nowy lider wolnego świata zakazał wjazdu na terytorium USA.

Nie pamiętam, żeby jakikolwiek polityk wzbudzał we mnie taką niechęć, odrazę. Żeby różnice poglądów wpływały tak bezpośrednio na relacje z przyjaciółmi. Próbuję nie zamykać się w „bańce informacyjnej” i nie wyrzucam z listy znajomych o skrajnie różnych zapatrywaniach na świat. Co więcej, czytam ich internetowe posty. Artykuły z drugiej strony barykady. Staram się zrozumieć ich argumenty. Nie oceniać. Bo ciągle wierzę, że możemy być razem. Mimo wszystko. Szanować się. A nawet lubić. Ale jest mi coraz trudniej. Z każdą kolejną kuriozalną decyzją polityka, którą wspierają, z każdym sztandarem, który wywieszają z dumą na fejsbukowej tablicy, hasłem (wykluczającym, rasistowskim albo zwyczajnie głupim) pod którym się podpisują. Mam ochotę zapytać: jak możesz tak myśleć? Jak ci nie wstyd? Ale wiem, że rozpoczęłoby to dyskusję, która nie ma najmniejszego sensu. Żadne z nas nie chce słuchać racji drugiej strony. Nie przekonamy się nawzajem. Nie zrozumiemy. Zostanie tylko poczucie niesmaku. I rany, które bardzo trudno się goją.

„Duch tolerancji i zdyscyplinowanej współpracy to sekret Ameryki”- pisał w 1959 roku Sandor Marai, wybitny węgierski prozaik, który wyemigrował najpierw do Włoch, potem Stanów Zjednoczonych. „The life-blood of many lands”, krążenie tych rozmaitych rodzajów krwi w wielkim ciele, gotowość wtopienia się w całość i przyjęcia roli. To nie gładki frazes z niedzielnych kazań – to także dziś sekret prawdziwej wielkości Ameryki. Kto wyklucza, odgradza się, chroni czystość rasy, zawsze obumiera. Żyć i być wielkim potrafi tylko ten, kto zechce otworzyć się na świat”.

Intelektualiści, pisarze, artyści – mam wrażenie, że większość wrażliwych jednostek – odrzuca pomysły na uczynienie Ameryki znowu wielką. W nowym przywódcy widząc niebezpieczeństwo. Już nie tylko dla własnego kraju. Ale całego świata. Mówią o tym. Apelują. Protestują. Z jakim skutkiem? Czy ktoś ich usłyszy?
Tymczasem po inauguracji Donalda Trumpa na 45 prezydenta USA, amerykański wydawca „Penguin Books” odnotował znaczny wzrost sprzedaży – całkiem już zapomnianej – książki. Na pierwszym miejscu listy bestsellerów najpopularniejszego sklepu internetowego Amazon znalazł się antytotalitarny klasyk: „Rok 1984” George’a Orwella.

Administracja Trumpa, która kłamstwa – jak twierdzą przeciwnicy nowego prezydenta – nazwała „faktami alternatywnymi” porównywana jest przez wielu do Ministerstwa Prawdy z książki angielskiego pisarza. W internecie zaroiło się od dowcipnych komentarzy i memów, odwołujących się do „zakazanej” lektury. Kilka dni później prasa podała, że „Amazon usunął zdalnie z pamięci e-czytników Kindle swoich klientów (oraz swojej oferty) wcześniej zakupione przez nich najważniejsze dzieła George’a Orwella – „Rok 1984” i „Folwark zwierzęcy”. Rzeczniczka sklepu, Drew Herdener, wydała oświadczenie, w którym tłumaczy, że decyzję tę podjęto po wykryciu, że wspomniane tytuły zostały dodane do oferty sklepu (za pośrednictwem udostępnianej przez Amazon specjalnej samoobsługowej platformy) przez wydawcę, który nie posiadał do nich praw”. Wygląda na to, że po raz kolejny literatura wyprzedziła rzeczywistość. A Wielki Brat ciągle patrzy.

*

Nie ma ucieczki. Nawet jeśli wyłączę internetową wtyczkę. Pójdę na długi spacer. Zaszyję w ciepłym kącie mieszkania z książką i kotem. Poczucie lęku wraca. I pytania o świat, o sens. Kim jesteśmy. Dokąd idziemy. I dlaczego w złą stronę?

Światu grożą trzy plagi, trzy zarazy. Pierwsza – to plaga nacjonalizmu. Druga – to plaga rasizmu. Trzecia – to plaga religijnego fundamentalizmu. Te trzy plagi mają tę samą cechę, wspólny mianownik – jest nim agresywna, wszechwładna, totalna irracjonalność. Do umysłu porażonego jedną z tych plag nie sposób dotrzeć. W takiej głowie pali się święty stos, który tylko czeka na ofiary. Wszelka próba spokojnej rozmowy będzie mijać się z celem. Nie o rozmowę mu chodzi, tylko o deklaracje. Żebyś mu przytaknął, przyznał rację, podpisał akces. Inaczej w jego oczach nie masz znaczenia, nie istniejesz, ponieważ liczysz się tylko jako narzędzie, jako instrument, jako oręż. Nie ma ludzi – jest sprawa. Ryszard Kapuściński.

Weronika Kwiatkowska