Pierwsze dni prezydentury Donalda Trumpa pokazują, że nowy gospodarz Białego Domu jest zdeterminowany by szybko wprowadzić w życie swój program zaprezentowany podczas kampanii wyborczej. Jednym z ważniejszych jego elementów jest ostre podejście do nielegalnych imigrantów.

Nawet ci, którzy nie śledzili dokładnie kampanii prezydenckiej muszą pamiętać co najmniej dwa stałe punkty programu, które podczas spotkań z wyborcami powtarzał Donald Trump. Zbudujemy mur na południowej granicy, za który zapłaci Meksyk i uczynimy Amerykę na nowo wspaniałą.

W minioną środę prezydent podczas wizyty w Departamencie Bezpieczeństwa Krajowego (Department of Homeland Security) ogłosił początek realizacji tego pierwszego hasła. Mur na granicy z Meksykiem, w którego faktyczne powstanie wątpiło wielu obserwatorów sceny politycznej, rzeczywiście ma więc być zbudowany. Meksyk jak na razie nie wyłożył na ten cel ani grosza i jeśli wierzyć zapowiedziom prezydenta tego kraju nie wyłoży również w przyszłości, więc Trump będzie musiał użyć pieniędzy amerykańskich podatników. Przekonuje jednak, że prędzej czy później nasz południowy sąsiad je zwróci.

Mur to tylko jeden z elementów nowej polityki imigracyjnej prezydenta. Donald Trump zapowiedział również ostrą walkę z nielegalnymi imigrantami, którzy już mieszkają w USA.

Pierwsza sprawa to obcięcie funduszy dla miast (tzw. sanctuary cities), które w ograniczony sposób współpracują przy realizacji polityki imigracyjnej z władzami federalnymi. Należy do nich między innymi Nowy Jork, gdzie osoby bez papierów mogą na przykład swobodnie udać się na policję i zgłosić przestępstwo bez obawy, że ich dane osobowe zostaną przekazane urzędnikom imigracyjnym. Jeśli burmistrz Bill de Blasio będzie nadal chciał stosować tę zasadę i inne rozwiązania, z których korzystają nielegalni imigranci, jak choćby miejską kartę identyfikacyjną, będzie musiał zapłacić za to z miejskich podatków.

Trump chce również poważnych zmian w odniesieniu do legalnych imigrantów. Reformy w przyznawaniu wiz imigracyjnych i zaostrzenia procedur wizowych dla odwiedzających USA, a także azylantów i uchodźców. Zakazem wjazdu do Stanów objęte mają być osoby z krajów, które nie dają gwarancji sprawdzenia przeszłości swoich obywateli jak np. Irak, Iran, Syria, Jemen, Somalia, Sudan czy Syria.

Donald Trump chce także wprowadzenia w życie programu monitorowania osób, które wjeżdżają do USA, tak by władze imigracyjne miały pewność, że po upływie terminu wyznaczonego wizą, lub trzech miesiącach, w okresie, których w Stanach mogą przebywać „bezwizowcy”, opuściły one kraj.

Wśród kolejnych propozycji jest również dokładne sprawdzanie statusu imigracyjnego osób podejmujących pracę w Stanach Zjednoczonych.

Imigracja to tylko jedna z dziedzin, w których widać żwawe poczynania nowych władz kraju. Prezydent podczas pierwszego tygodnia urzędowania zdążył już także podpisać kilka innych dekretów. Jeden z nich to przygotowanie do zablokowania ubezpieczenia zdrowotnego wprowadzonego przez jego poprzednika, które ma być zastąpione nowym programem. Kolejny dekret przewiduje odblokowanie budowy rurociągu mającego transportować ropę naftowa z Kanady do USA (Keystone XL), a także ropociągu Dakota Access z Południowej Dakoty do stanu Illinois.

Trump zapowiedział również szybkie zniesienie ograniczeń w spalaniu paliw kopalnych, wprowadzonych w celu ochrony środowiska, „wielką” obniżkę podatków dla firm i osób indywidualnych, odbudowę infrastruktury, a także deregulację biznesu i rynku finansowego. W przyszłym tygodniu powinniśmy zaś poznać nazwisko osoby, którą przyszły prezydent ma zamiar nominować na wakujące miejsce w Sądzie Najwyższym.

Jak więc widać Donald Trump swoje obietnice wyborcze traktuje bardzo serio. Nie cofnął się ani na jotę i chce je zrealizować bardzo szybko. To wyraźnie odróżnia go od „zawodowych” polityków, którzy w kampaniach wyborczych obiecują wiele, a później bardzo często swojego programu nie realizują lub poważnie go modyfikują.

Inną sprawą jest ocena konsekwencji wprowadzenia w życie programu Trumpa. Z tym będziemy musieli poczekać co najmniej kilka miesięcy, jeśli nie lat. Na razie mamy prognozy dla gospodarki przygotowane przez Congressional Budget Office. Przewidują one znaczący wzrost deficytu, który na przestrzeni następnych dziesięciu lat może powiększyć się o kolejnych dziesięć bilionów dolarów. Grozi to zwiększeniem inflacji i powrotem kryzysu finansowego. Problem w tym, że wówczas w Białym Domu będzie już inny prezydent.

Tomasz Bagnowski