Ze Stanem Borysem – piosenkarzem, kompozytorem, poetą i aktorem, laureatem ubiegłorocznej Honorowej Perły Polish Market w dziedzinie kultura – rozmawia Maciej Proliński.

– „Legenda polskiej muzyki rozrywkowej, która jest jak dobre wino. Z tym, że wino leżakuje, a Stan jest wciąż niezwykle aktywny i pracowity” – przedstawiał Pana na specjalnym koncercie jubileuszowym w Studiu Koncertowym Polskiego Radia w Warszawie Tadeusz Deszkiewicz, prezes zarządu Radia Dla Ciebie. Taka Pana wizytówka to chyba pozycja komfortowa, ale i zobowiązanie?
Może powinno być mi miło, że tak się mnie przedstawia. Ale ja nie zwracam za dużo uwagi jak się mnie nazywa. Mam wytyczoną drogę, którą muszę iść, bo „pcha mnie gdzieś z tyłu ten wiatr”. Jakkolwiek się mnie nazywa – „legenda, czy ikona” – ciągle śpiewam i nagrywam płyty. Bez tego żyć nie umiem. Wiem, że kiedy śpiewam z głębi serca ludzie czują moją duszę. Wróciłem w ostatnich latach np. do piosenki „Ikona”. Podarował mi ją jeszcze w latach 70. kompozytor Bogusław Klimczuk. Tekst tej piosenki, inspirowanej starą XVI-wieczną legendą, napisał poeta Tadeusz Urgacz. Jurij płynie w niej przez Bieszczady, unosi się w górę i nie ujrzy go nikt. To zupełnie tak jak z moim życiem. Kiedy „wyfrunąłem” z Polski w połowie lat 70. nie widział mnie nikt. Byłem daleko, w obłokach…

– Na całej płycie nazwanej – „Ikona” – interpretuje Pan wiersze Jana Pawła II, Adama Mickiewicza, Jana Lechonia, Agnieszki Osieckiej, Bogdana Loebla. „Na początku było Słowo” – chce się powiedzieć, myśląc o Pana bardzo starannie wybieranych pieśniach…
Bardzo wcześnie zacząłem otaczać się książkami, poezja unosiła mnie na skrzydłach. Od 1958 roku byłem związany z rzeszowskimi Teatrem Rybałtów kultywującym styl komedii del arte. W sztuce „Cyrulik Sewilski” już w wieku 17–tu lat zagrałem główną rolę.

Słowo się zawsze obroni, w słowie jest coś magicznego, mocnego, ale musi być to słowo piękne i wielkie. Od początku swej drogi artystycznej śpiewam słowa poetów, nie tekściarzy. Zawsze staram się osiągnąć łączność między muzyką, melodią a poruszającymi słowami. Staram się pielęgnować te „złote czasy polskiej piosenki”, kiedy to i kompozycje i słowa miały swoją wagę. A dziś te wartości są w większości przypadków bardzo zapominane. Dlatego dobieram też mistrzów muzyki, którzy rozumieją „o czym te wszystkie słowa są”…

– Dużo piosenek przez wszystkie lata Pan „odrzucał”?
Zawsze miałem bogactwo tekstów, i tak jest i dziś. Lata temu chciałem odrzucić „Spacer dziką plażą”, nie chciałem tego śpiewać. Słowa mi nie odpowiadały, rytmy mi nie odpowiadały. Wydawało mi się, że to była zbyt lekka piosenka. Miał ją zaśpiewać, gdy ja nie bardzo chciałem, Maciek Kossowski. On brał zupełnie inaczej dźwięk niż ja, ale w momencie gdy mu to zaproponowano wyjeżdżał już do Ameryki. Więc jednak zaśpiewałem i Plaża zyskała ogromna popularność.

– Album „Ikona” z roku 2014 to była pierwsza Pana płyta od 30 lat, która miała premierę w Polsce. Aż się nie chce wierzyć. Czym jest dla Pana promocja Polski w świecie poprzez kulturę, muzykę? Czy my Polacy nie mamy czasem kłopotu z tym, że sami myślimy o naszej sztuce bardzo lokalnie, zapominając, że nasi artyści to jest po prostu nasze narodowe dobro, o które w samej Polsce nie dość mocno dbamy?
Może należałoby powiedzieć: „sztuka się obroni, jak to słowo”. Przez prawie dwie dekady, od mojego wyjazdu do USA w połowie lat 70. byłem w Polsce zapomniany i pomijany, to doskwierało i bolało. Ale nie zauważyłem, by po moim powrocie do Polski dziesięć lat temu (od tego czasu przez pół roku mieszkam w Polce, a drugie pół również w Stanach) bym był całkowicie usatysfakcjonowany tym właśnie poważnym traktowaniem sztuki. Dotyczy to na pewno spraw promocji i podejścia do tego mediów. Bardzo krytykuję np. spolszczenia niektórych słów angielskich. Na koncertach śpiewam piosenkę, której refren brzmi: „Niech mnie nie minie nienawiść – niech też nie mija mnie miłość”. Tę właśnie myśl dedykuję wszystkim „hejtersom”. Wróćmy do prawdziwego języka polskiego i chrońmy go! Na pewno warto też wciąż szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego mając w Polsce tak wspaniałych artystów, którzy niejednokrotnie robią wielką karierę na świecie, cały czas nie dostrzegamy wielkiej szansy, by właśnie nimi się szczycić, by w Polsce o nich zadbać? Jest taka scenka z telewizyjnego show Waldemara Malickiego. Wychodzi oto człowiek na scenę i pytają go: Pan śpiewa? Tak – odpowiada. Co pan śpiewa – operę. W Toruniu, Ciechanowie, Bydgoszczy – nie przyjęli. A teraz gdzie pan śpiewa? W La Scali…

– Kultura jest tym czymś co nas łączy a jednocześnie różni. Z kolei ta różnica też może fascynować. Obserwując polski rynek muzyczny, w tym zwłaszcza debiutantów, widzę, że ich interesuje przede wszystkim szybka kariera, ale za cenę dostrzegalnej wtórności. Boją się też zaśpiewać w Polsce po polsku, tego też nie mogę pojąć. Jak Pan patrzy na te zagadnienia?
Podróżując po świecie, przekazuję swój dorobek artystyczny, dzielę się moją pasją. Mam w tym ogromną przyjemność, a jednocześnie poczucie spełniania, misji. Ludzie, którzy mnie słuchają, pytają się często o Polskę, przypominają sobie nieraz język polski. Czuję, że moja odpowiedź sprawia, że nasz kraj ich ciekawi. Innym opowiedzą i na pewno nas odwiedzą i wtedy więcej się o nas dowiedzą i przekażą dalej. To ogromnie cieszy. Ja żeby zaistnieć, żyć z muzyki, żyć z mojego głosu w Ameryce przez ponad 20 lat śpiewając w klubach, musiałem się nauczyć 150 piosenek po angielsku. Natomiast w Polsce nie nagrałem i nie nagrałbym nigdy płyty po angielsku. Jak więc z Anią słuchamy wykonawców, którzy zaczynają śpiewać w Polsce i śpiewają po angielsku, a nie znają dobrze angielskiego, to patrzymy na siebie i się uśmiechamy. Tym młodym ludziom się wydaje, że jak zadebiutują po angielsku to zrobią światową karierę. Zawsze wtedy mówię: Pokaż mi piosenkę po polsku to ci powiem czy umiesz śpiewać.

– Ostatnia nowela ustawy o radiofonii i telewizji z roku 2013 nałożyła na nadawców obowiązek przeznaczenia co najmniej 33 proc. miesięcznego czasu emisji piosenek na utwory polskojęzyczne. Dotego roku było to 33 proc. kwartalnie.
Musimy chronić nasz muzyczny rynek. Tak jest przecież w całej Unii Europejskiej, w Stanach! Jeżeli nie będziemy chronić i wspierać, promować swoich artystów to zginiemy. Czasem to tłumaczę tak: „W Stanach nie grają piosenek Stana, bo szanują swoich”! Uczmy więc się tego od nich.

– Od początku drogi był Pan mocno kojarzony z Festiwalem Polskiej Piosenki w Opolu, niegdyś kilkudniowym świętem piosenki. Tam zdobywał Pan najwyższe trofea. Jak dziś ocenia Pani to święto?
Myślę, że jeśli wciąż w Polsce pracuję to dlatego, że mam za sobą spory dorobek, lata intensywnej pracy. Debiutantom, nawet bardzo zdolnym, jest w tej chwili znacznie trudniej, niż w czasie, gdy zaczynałem. Także, gdy chodzi o Opole, na którym zdobywałem najwyższe laury. Doznałem niedawno szoku, że na festiwalu w Opolu śpiewa się dziś po angielsku. Żadna polska telewizja nie robi dziś programów muzycznych. Jedynie talent show. Z kolei, jeśli nie ma czegoś w telewizji to to coś nie istnieje.

– Pana głos jest jak linie papilarne, nie do podrobienia – zgodzi się Pani z takim określeniem?
Inspiracja jest dobra, naśladownictwo – nie. U mnie nigdy nie było kopiowania wzorców zachodnich. Fakt, słuchałem dużo muzyki zachodniej, na pewno tej z gatunku symphonic-rock, ale nie kopiowałem.

–  „Moim miejscem na Ziemi jest kula ziemska” – usłyszałem niegdyś od Uli Dudziak. Taka deklaracja pasowałaby chyba i do Pana?
Mam ten komfort psychiczny, że mogę sobie pozwolić, żeby się przemieszczać – kiedy chcę i jak daleko stąd chcę. Dużo podróżuję. Mieszkałem już w Nowym Jorku, Chicago, Las Vegas, na Florydzie, w Las Vegas, w Toronto. Ostatnio mieszkam przez parę miesięcy w roku i w kanionach wokół San Diego i pod Warszawą. Oczywiście zawsze pamiętam wioskę Załęże koło Rzeszowa – miejsce moich urodzin i wczesnego dzieciństwa. Taki jestem, trochę jak ptak…

– Koncertuje Pan i w USA w Polsce. Które z tych miejsc okazuje się ciekawsze?
Wszystko to razem daje bardzo ciekawe spektrum. Z mojego punktu widzenia te wszystkie miejsca nie różnią się aż tak bardzo. Daje to oczywiście ciekawy przekrój, ale sposób postrzegania, percepcja widzów wszędzie są przecież dość podobne. Oczywiście w momencie, kiedy udaje nam się do słuchaczy dotrzeć, coś ważnego przekazać, mamy ogromną satysfakcję. W Polsce jest dla mnie bardzo ważne docieranie do miejsc odległych, ludzie na to mówią prowincja, a tam jest chyba najlepsza publiczność. Emocji pełna i emocji spragniona.

– Na Pana stronie internetowej znalazłem, prócz wiadomości muzycznych, działy: Motywacja i Medytacja. I kilka podpowiedzi…
Pytam tam, czy warto zatrzymać się w biegu i zweryfikować swoje stanowiska i postawy duchowe wobec siebie i otaczającego nas świata? I odpowiadam – warto! Zawsze warto dokonać zmian. Iść swoją drogą, rozpoznać ją, ale i nie lękać się zmian. Mimo wieku trzeba otwierać się na nowe horyzonty. To dlatego tego te ćwiczenia, medytacja i joga.

– Od dziesięciu lat koncertuje Pan z młodym wrocławskim zespołem „Imię Jego 44”. To chyba też taki właśnie muzyczny „nowy horyzont”?
Tak. Grzegorz Stępień i Maciej Burniak grający na gitarach, pianista Łukasz Bryła, basista Piotr Sypień i perkusista Wojciech Buliński, także dziewczyny w chórkach: Magdalena Kuś, Agata Dąbrowska, Paulina Brzozowska i Kamila Abrahamowicz-Szlempo – to naprawdę świetni i oddani muzycy. Uzupełniamy się. Gdy schodzimy z estrady wszyscy rzucamy sie sobie na szyję, że dokonaliśmy czegoś, dziękujemy sobie wzajem. Myślę, że w sztuce warto iść „za tym światłem”, bo to może się okazać ważne.

Rozmawiał Maciej Proliński