Osobliwa to wystawa była. Rodzaj happeningu, w którym uczestniczyło mnóstwo ludzi.

Scena: okrojona galeria Kuriera Plus. Pośrodku wydłużonego pomieszczenia stoi skuter. Pokaźnych rozmiarów Vespa, w czerni i niklu. Wokół na ścianach obrazy. Ale niezwyczajne. Jak przystało na to dziwaczne spotkanie, płótna Krzysztofa Drabickiego, ujęte w „ciężkie”, ciemne, ozdobne ramy, w jakie dziś niemal nikt nie oprawia dzieł malarskich. Odstają od wszelkiej nowoczesności.

Na pierwszy rzut oka większość obrazów przypomina dzieła dawnych mistrzów. Holenderskich. Vermeer i Vermeer i znowu Vermeer, dużo Vermeerów; na prostopadłej ścianie Claesz Heda i jego martwe natury z cyklu vanitas. Niedaleko „mały” Johan de Witt; całkiem z boku, jakby nie pasujący do tego zgrupowania, jeden z portretów naśladujących Modiglianiego w jasnych barwach. Na przeciwnej stronie w oknie króluje „teatralny” koń, a sceniczny charakter przedstawienia podkreśla dodatkowo zielona kurtyna, na tyle szeroko rozciągnięta po obu stronach, że odsłania również fragment błękitnego nieba. „Świat jest sceną” – jak pisał Szekspir. A na niej – aktorzy, statyści i rekwizyty oraz dekoracje.

Goście na wernisażu prac Krzysztofa Drabickiego wkraczają w inny świat. Nieco surrealistyczny. Spotkanie nowoczesnego skutera z obrazami w tradycyjnym stylu, tworzy pierwszy efekt zaskoczenia z powodu bezpośredniej konfrontacji nowoczesnego i całkiem dawnego świata. Zetknięcie się w jednym miejscu dwóch niewspółmiernych elementów, przedmiotów, które „normalnie” istnieją w odmiennych planach rzeczywistości: skuter – w zgiełku ulicznym, obrazy – w ciszy galerii, bądź muzeum. Tu po raz pierwszy spotkały się naturalnie i wprost. Dziwią się sobie. Spięcie i kontrast między techniką/produkcją maszynową, a rękodziełem, nowoczesnością, a tradycją – doskonałe.

Drugim zaskoczeniem będzie świadomość, że przecież nie mamy do czynienia z reprodukcjami (zwłaszcza, że artysta zaprezentował wiele własnych obrazów, wśród których na centralnym, najbardziej honorowym miejscu zawiesił portret swojej pięknej żony) starych mistrzów, ale z bardzo specyficzną formą malarstwa – jego tematem jest sama sztuka, a dokładniej swoisty malarski namysł nad dawną i całkiem współczesną działalnością artystyczną.

Krzysztof Drabicki nie maluje przedmiotów „na zewnątrz”, ale jego sztuka polega na drążeniu w głąb działalności malarskiej. Pragnie współcześnie zrekonstruować twórczy wysiłek dawnych mistrzów – jak dobierali kolory, jak uzyskiwali specyficzne barwne, wizualne efekty, jaki przyświecał im zamysł przyjętej ostatecznie kompozycji postaci i przedmiotów przedstawionych na płótnie. Po setkach lat Drabicki powtarza ich drogę, idzie tym samym śladem, odtwarza, czyli wczuwa się w ich problemy twórcze.

Trzecim wreszcie (ale nie ostatnim) będzie zdziwienie z powodu sąsiedztwa bliźniaczych obrazów, a jednak nieco innych; różniących się detalami, choć niekiedy są one całkiem spore, częstokroć nawet odmienne między sobą dzięki znaczącym szczegółom. Obrazy Johannesa Vermeera stanowią zapewne główny teren jego eksperymentu twórczego: za mleczarką na obrazie o tym samym tytule w oryginale jest pusta ściana. Prześwietlenie dzieła w podczerwieni ujawniło pierwotny projekt artysty, zaniechany później – ozdobny element kafli wielkiego pieca kuchennego i kosz z bielizną; pomysł zarzucony później i słusznie, dzięki temu obraz zyskał na wyrazistości i prostocie.

„Śpiąca dziewczyna” także została przez artystę z Delft uproszczona. Pierwotnie w pustych drzwiach na dalszym planie namalował postać mężczyzny, a w progu – psa. W tej wersji przedstawiona scena miała jeszcze bardziej dwuznaczny etycznie wydźwięk. Artysta zrezygnował ostatecznie z tej dość natrętnej moralistyki. I tak dalej. Drabicki ponownie maluje na płótnie odrzucone (zakryte warstwą farby) elementy. Jakby wyglądał ten czy ów znany obraz, gdyby pozostał w pierwotnym kształcie?

Oglądamy oryginały, jakie znamy z muzeów i zaniechane próby. Które lepsze, jakie rozwiązania artysta uznał za trafniejsze. Czy słusznie? Widzimy zmaganie twórcy z projektem, wahanie, szukanie lepszego rozwiązania dla obrazu. Po raz pierwszy mamy okazję oglądać „oryginał” i wersję ostatecznie odrzuconą przez holenderskiego malarza. Inne obrazy – który doskonalszy, ciekawszy?

Pośrodku – symetrycznie rozstawione po bokach „vermeery” spina w całość portret żony Drabickiego, Agnieszki. Znowu swoista rozmowa współczesnego artysty z dawnym mistrzem. Obraz przedstawia elegancko ubraną kobietę w pustym wnętrzu, przy oknie. Jakże vermeerowski temat! Ile razy w niewielkiej spuściźnie malarza znajdziemy powtórzony ten sam motyw: kobieta, sama, przy oknie, przed lustrem.

Obraz Drabickiego jest enigmatyczny, podobnie jak holenderskie pierwowzory. W pustym wnętrzu zegar odlicza mijający czas, rzeka za oknem także sugeruje nurt upływającego czasu. Wszystko przemija, chce nam powiedzieć artysta, nawiązując jakby do sąsiednich obrazów z cyklu vanitas? A może przeciwnie: piękno jest wieczne, trwa, choć wokół wszystko ucieka, upływa z biegiem dni, miesięcy i lat? Drabicki, podobnie zagadkowy, nie udziela odpowiedzi wprost. Widz sam sobie wybierze interpretacje, która mu odpowiada.
I to jeszcze nie wszystko. Obejrzeć mogliśmy kilka innych obrazów Krzysztofa Drabickiego, własnych, ale zawsze tworzących rodzaj dialogu z plastyczną tradycją: świetny, ironiczny komentarz malarski do twórczości Marka Rothko, (wymagający jednak ekstra-wyjaśnień), albo dokładniej – do rynkowej hecy wokół jego malarstwa; Banksy na Greenpoincie i całkowicie surrealistyczne, ozdobne krzesło.

Była to efektowna wystawa, niezwykła, jakiej nigdy dotychczas nie oglądaliśmy w „Kurierze. Nic dziwnego, że odwiedziły ją tłumy ludzi. Ale ten precedens pokazuje, że tego rodzaju „happeningi” są bardzo nośną formułą dla wydarzenia artystycznego.

Czesław Karkowski
Zdjęcia: Zosia Żeleska-Bobrowski