Podczas toczącej się w Sejmie walki o władzę i podczas wojny polsko-polskiej znikają z pola widzenia elementarne kwestie dotyczące wszystkich Polaków.

Pierwszą sprawą jest gigantyczny dług, który spłacać będą następne pokolenia, drugą potworne zatrucie powietrza, które nie pozostanie bez wpływu na zdrowie obecnego i następnych pokoleń. Odnoszę wrażenie, że oba te problemy są bagatelizowane przez wszystkie strony politycznych sporów, poza ugrupowaniem Kukiz’15. Ale i ono nie bije na alarm dostatecznie mocno.

W miniony wtorek polski dług publiczny przekroczył kwotę biliona złotych. Tak jest – biliona! Oznacza to praktycznie, że każdy Polak będzie miał do spłacenia 25 tysięcy złotych. Dług ten rósł w zastraszającym tempie za rządów koalicji PO-PSL i rośnie dalej, choć w tempie nieco mniejszym, jeśli wierzyć mediom propisowskim. Na nic się zdaje elekroniczna tablica ustawiona przez profesora Leszka Balcerowicza w centrum Warszawy, przy skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. Widzą ją codziennie dziesiątki tysięcy przechodniów, widzą ją także politycy wszystkich opcji. I co? I nic! Cyfry nieustająco skaczą, pokazując coraz to większą sumę. Partia rządząca i sam rząd jakoś nie odnoszą się bezpośrdnio do tej kwestii, zapewniając, że sprawy finansowe są pod konrolą.
Ostatnio został w ekspresowym tempie uchwalony budżet na rok obecny, nie wiadomo jednak, czy w jakiś sposób odnosi się on do długu publicznego. W tej sytuacji uzasadnione jest pytanie, czy rzeczywiście jest tak, że wszystkie rządowe dofinansowywania społeczeństwa, bardzo przecież oczekiwane i chwalebne, będą pokryte z tego właśnie budżetu? Bo skoro ten dług publiczny stale rośnie i rośnie, to w końcu trzeba zapytać, na co on właściwie idzie?

Jego wysokość można sprawdzać na Internecie na liczniku przygotowanym przez Forum Obywatelskiego Rozwoju wspomnianego Leszka Balcerowicza. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że ten finansista i dawny szef Unii Wolności jest stroną w obecnych sporach politycznych, ale jednocześnie wiem, że podawane przez niego sumy szybko można skonfrontować z niezależnymi od niego źródłami informacyjnymi. Przypomnieć też trzeba, że wysokości długu ukazującego się na owej tablicy w centrum Warszawy i na owym liczniku jakoś nikt nie kwestionuje. Czyżby zatem władze nie widziały żadnego wiążacego się z nim zagrożenia? I jeszcze jedno pytanie: jak ten dług ma się do Projektu Krajowego Brutto (PKB)? Bo jeśli on rośnie szybciej, to sytuacja zaczyna być prawdziwie groźna.

Rząd powinien jak najszybciej przedstawić program zaradzenia temu stanowi rzeczy. Dotychczasowe oskarżenia poprzednich władz, a zwłaszcza ekipy DonaldaTuska, nic nie zmienią w tej sprawie. Przecież walczący osiem lat o władzę PiS dobrze wiedział, jaka przypadnie mu scheda w tej dziedzinie, bo wysokość długu publiczego nie była tajemnicą. Łatwo zatem można było obliczyć, że przez ostatnie 16 lat dług ten zamiast się zmiejszać, potroił się.

Łatwo też można było przeprowadzić badania nad skutkami smogu cyklicznie unoszącego się nad polskimi miastami i zanieczyszczenia powietrza w całym kraju. W tym wypadku też można zrzucić odpowiedzialność za to na poprzednią ekipę, ale nic pozytywnego z tego nie wyniknie. O zawiesinie spowijającej Kraków, Opole i miasta Górnego Śląska wiadomo od lat. Ostatnio smogi zaczęły pojawiać się także nad niby to przewiewną Warszawą. Jedyną reakcją władz miasta były apele, żeby nie wychodzić z domu i zezwolenie na darmowe korzystanie z komunikacji miejskiej, co jest rozwiązaniem – powiedzmy delikatnie – tyleż doraźnym co infantylnym.

Jak by tego było mało, smogi pojawiają się także w miejscowościach kuracyjnych takich jak Zakopane i Rabka. Okazało się również, za zatrute jest żywiczne powietrze zagłębia przeciwgruźliczego, jakim był jeszcze do niedawna Otwock i Śródborów. Ostatnie badania wykazały, że Polska jest – obok Bułgarii – najbardziej zatrutym krajem w Europie i jednym z najbardziej zatrutych na świecie. Warszawa przebiła ostatnio pod tym względem Pekin i miasta chińskie. Od lat się mówi, że jedną z przyczyn zatrucia powietrza w sezonie zimowym są piece węglowe, w których rodacy palą niemal wszystko. Dla oszczędności palą też węglem najniższej jakości. Z tych samych powodów palą nim wielkie piece hutnicze i elekrociepłownie.

Zarówno w sezonie zimowym, jak i letnim dają się we znaki spaliny i trujące wyziewy z zakładów przemysłowych. Owszem, Unia Europejska wymogła na Polsce korzystne rozwiązania w tej mierze, choćby w postaci najnowszych filtrów, ale to wciąż nie wystarcza. Potrzebna jest przede wszystkim zmiana paliw na bezołowiowe oraz powszechna wymiana pieców węglowych na nietrujące, albo na kaloryfery. Na to niestety wciąż nie ma pieniędzy. Skutki tego odczuwają przede wszystkim miasta, w których wciąż dominuje stara zabudowa, ze starymi piecami. Problem ten był i jest bagatelizowany przez kolejne władze, czekające po prostu na wiatry, które rozwieją spaliny i smogi.

Tylko gdzie je przeniosą? Rzecz jasna, że poza miasta, nad wsie, pola uprawne, sady i ogrody warzywne. One też są coraz bardziej zatrute, nie mówiąc już o lasach. Badania wykazują, że pył zawieszony w powietrzu wnikany do płuc, powoduje podrażnienia skóry i stany zapalne. Może także przedostawać się do krwiobiegu i powodować choroby układu oddechowego i schorzenia kardiologiczne.

Pył może powodować również uszkodzenia wątroby, śledziony, mózgu i organów rozrodczych. Czy nie są to wystarczające argumenty, by Sejm, który ma wznowić obrady za dwa tygodnie, zajął się tą sprawą właśnie a nie przepychankami proceduralnymi?

Eryk Promieński