Nie ma chyba większego marzenia niż posiadanie nieograniczonego czasu wolnego. Przyjazd do Polski na emeryturę da Wam czas wolny w obfitości. Będziecie mieli tyle czasu dla siebie, że aż Wam to bokiem wyjdzie.

Nadmiar wolnego czasu wydaje się jednak, dopóki się tego nie doświadczy, problemem nieco wydumanym, jak ten, że pieniądze szczęścia nie dają oraz że osoby, które wygrały fortunę na loterii, popadają w końcu w depresję. Nie wierzymy w te problemy, dlatego chcielibyśmy na własnej skórze się przekonać – i na loterii wygrać. Podobnie z wolnym czasem – dajcie mi go, to wtedy będę się martwić, co począć z nadmiarem.

W Stanach tylko się pracuje, nie ma więc czasu na korzystanie z przyjemności życia. Pozostają weekendy ale te przecież są zajęte: trzeba wreszcie zająć się dziećmi i skosić trawnik. Jedyną rozrywką w tygodniu bywa weekendowe barbecue z przyjaciółmi.

To na prowincji. A w Nowym Jorku? Zamiast na autostradzie, spędza się codziennie godziny w metrze. Bierze się kolejne prace, aby tylko się utrzymać. Znowu – dla siebie i bliskich ma się tylko kilka godzin w tygodniu. W przypadku Nowego Jorku boli to tym bardziej, że jest tu tyle możliwości spędzenia czasu, wydania pieniędzy, zabawienia się. Cóż z tego – nie ma czasu, pieniędzy, sił.
Za to na emeryturze… jednak nie w Ameryce. Mało kto będzie miał emeryturę na tyle wysoką, aby wreszcie poużywać sobie w tym coraz droższym mieście. Jeśli ktoś ma niezłą emeryturę, ubezpieczenie medyczne i niedrogie w utrzymaniu mieszkanie, może sobie przynajmniej spacerować po Moście Brooklyńskim, jeździć na pikniki i plażę, korzystać z darmowych dni w muzeach, eksperymentować w kuchni lub chodzić do tanich knajpek etnicznych.

Z braku środków, a może z braku wyobraźni i odwagi, wielu idzie jednak po tym samym, bezmyślnym tropie: w Polsce taniej więc na emeryturę zamieszkam tam. Przynajmniej będę mieć dużo czasu dla siebie. Wreszcie przeczytam zaległe książki, będę sobie chodził do parku i zbierał kasztany, siedział w kawiarniach, uczęszczał do teatru i galerii. Moje życie zwolni, ja zaś odzyskam wewnętrzny spokój i poczucie sensu istnienia.

Spieszę donieść, że w Polsce faktycznie żyje się wolniej i ma się baardzo dużo czasu.
Czasu nie mają studenci dorabiający sobie na boku oraz pracownicy korporacji, żyłowani codziennie do godzin wieczornych. Obiecuję jednak, że nikt z nas do korporacji nie zostanie przyjęty, nikt też nie ma w planach po powrocie do Polski rozpoczęcia studiów na prawie lub ekonomii i żeby się utrzymać, podjęcia pracy przy rozwożeniu pizzy lub w butiku z bielizną w galerii handlowej.
Wracamy do Polski na wczesną i długą, niekończącą się emeryturę, gdyż ludzie żyją coraz dłużej. Jedziemy tam odpocząć po latach znoju zagranicą, dojść do siebie, uspokoić się, spędzić czas na ważnych zajęciach, jak kopanie ogródka, pieczenie ciasta, odnawianie przyjaźni, modlitwa. W końcu, zamierzamy tam umrzeć i dać się pochować na jakimś pięknym, starym cmentarzu.

Szczególnie dużo czasu mieć będziemy od listopada do marca, gdyż nie ma po co wtedy wychodzić z domu. Ponieważ dzień jest krótki, będziemy długo spać, aż wyjdzie coś w rodzaju słońca. Włączymy radio, gdzie cedząc słowa, redaktorzy, zaproszeni eksperci, politycy i profesorzy będą dywagowali na ważne dla Polski i świata tematy. Nie będziemy włączać muzyki, zwłaszcza takiej żywej, jak amerykański rock, gdyż nie licowałoby to z powagą sytuacji w Polsce. A sytuacja zawsze jest tam poważna.

Po nacieszeniu się bułeczkami z serem i szynką na śniadanie włączymy telewizor, aby obejrzeć tam gadające głowy ekspertów i polityków. Albo też obejrzymy powtórkę jakiegoś polskiego filmu, np. „Syzyfowych prac” lub „Wiernej rzeki”. Wnet pora będzie na przyrządzanie obiadu. Podrepczemy do okolicznego sklepiku, aby tam dokupić kartofelki, nać, kapustę na surówkę. W domu doprawimy surówkę oliwą i obierzemy kartofle. Na codzienne jedzenie na mieście nie będzie nas bowiem stać; poza tym tylu restauracji to tam nie ma. Po obiedzie pozmywamy i udamy się na drzemkę, gdyż jest zdrowa. Po drzemce zrobimy sobie kawę i zjemy kawałek, kupnego, placka. Na dworze będzie już ciemno.

Zadzwonimy do starej cioci w innym mieście i usłyszymy, że czuje się marnie. Wejdziemy na internet, gdzie na Fb podłączymy się do opinii swojego obozu politycznego, w Polsce i w Ameryce (internet nie zna granic), dołączając się do bluzgów, szyderstw i przezywania oponentów. Odrobinkę podniesie się nam adrenalina, puls przyspieszy, życie nabierze kolorów.

Wkrótce przyszykujemy sobie kolację (pieczywo z wędliną, ale jaką pyszną, polską!) i znowu włączymy telewizor, oglądając z uzależnieniem narkomana kolejną propagandę polityczną – albo film amerykański, który już w Ameryce widzieliśmy. O jedenastej pójdziemy spać.

Czasem pójdziemy wieczorem do teatru – raz na pół roku. Do kina jeszcze rzadziej skoro grają tam w multipleksach amerykańskie filmy akcji. Bywa że popołudniu umówimy się na kawę z jednym z kilkorga dawnych przyjaciół pod warunkiem że: 1. Jeszcze żyją, 2. Nie wyznają nienawistnych nam poglądów politycznych 3. Nie stali się po tylu latach nudni 4. Stać ich na kawę za 12 złotych.

Gdy przyjdzie lato, będziemy częściej wychodzić na spacer do parku. Raz lub dwa razy do roku pojedziemy na tanią wycieczkę do takiego kraju, gdzie jest słonecznie i kolorowo, ulice pachną jedzeniem, w radiu puszczają skoczną muzykę a ludzie się uśmiechają.

Będziemy też chodzić co niedzielę do kościoła, a czasem spędzimy sporą część dnia na poczcie, w urzędzie lub przychodni.

I to wszystko będziemy mieli za ułamek wydatków w Nowym Jorku!

Jak mówią Amerykanie, You get what you pay for.