Jesień średniowiecza” należy do moich zdecydowanie najulubieńszych książek. Kiedy czytałem ją po raz pierwszy jeszcze pod koniec lat sześćdziesiątych, byłem oczarowany, choć niewiele z niej zrozumiałem. Oto potęga wiedzy i stylu autora!

Nie znałem dawnej historii Burgundii, Flandrii, północnej Francji; na dobrą sprawę nawet nie wiedziałem, gdzie owa Burgundia się znajduje. Nic nie zrozumiałem, ale chłonąłem atmosferę – końca średniowiecza w tamtej części Europy. Tego niesamowitego kłębowiska ludzi i idei. Niezwykłej rozpiętości namiętności – od krańcowej ascezy, pobożności prowadzącej do samounicestwienia, po niesłychaną rozwiązłość; niewymowne okrucieństwo sąsiaduje z nadzwyczajną łagodnością i troską o drugiego człowieka, z wielkim poświęceniem dla innych; nieustanne wojny i ciągła tęsknota do pokoju; przepych, bogactwo i skrajna nędza.

Z całości wyłania się ogólny obraz tamtych miejsc i czasów: wielki festyn, nieustanny karnawał narodzin i śmierci. Nikt lepiej niż holenderski uczony, Johannes Huizinga, nie oddał atmosfery dziesięcioleci tego wielkiego przełomu, kiedy Europa wynurzała się z mroków średniowiecza. Rodził się nowy, właściwie współczesny już świat. Ale prawie dziesięć poprzednich stuleci walczyło o swoje – o dalsze panowanie nad umysłami, ciągnęło wstecz, w mrok. A stawką było, czy emocje i namiętności, czy też rozum i umiar; czy bezgraniczna pobożność, czy też wiara dyktowana roztropnością.

Emocje i umiar
Człowiek średniowiecza – nieokiełznany, kierujący się porywami chwili, gwałtownymi namiętnościami, w których jest miejsce na najwyższe wyrzeczenia i dobroć, a jednocześnie na najniższe, najprymitywniejsze porywy dzikości. Człowiek współczesny – utemperowany, miarkujący, ważący wszystko na szali rozsądku, podsycanego rynkową ekonomią – zysku i straty. Te dwa modele jednostki ludzkiej, społeczeństw, walczyły ze sobą owej jesieni.

Nic dziwnego, że w dziele tym panuje atmosfera jakiegoś nieustannego karnawału. To w końcu także Huizinga zasłynął z upowszechnienia koncepcji „homo ludens” – człowieka zabawy. Właśnie w tych kategoriach interpretował główne typy zachowań ludzkich: jako zabawy, tj. pewnej gry, w której dominującą rolę pełnią przyjęte reguły postępowania i emocje towarzyszące osiągnięciu celu, bądź przegranej.

Kiedy lata temu przyjechałem po raz pierwszy do Gandawy, jednego z głównych ośrodków starej Burgundii, akurat trafiłem na kilkudniowy doroczny festyn miejski. Jakbym się znalazł w sercu dawnego księstwa widzianego oczyma Huizingi. Więcej niż oszołomienie – poczucie jakiejś nierzeczywistości, wkroczenia w dawny świat. Chyba dlatego właśnie odbierałem to miasto jako świat zgoła czarowny, a jego zabytki ze zdwojoną siłą działały na wyobraźnię.

Po przyjeździe przeczytałem „Jesień średniowiecza” po raz trzeci. Za każdym razem lektura okazywała się fascynującą.

Chyba nie przesadzę, że „od zawsze” Huizinga był dla mnie ideałem uczonego – nie tylko głębokiego erudyty (choć historykiem został z przypadku i był w tej dziedzinie zasadniczo samoukiem), ale nade wszystko autora, który potrafi uchwycić istotę omawianego zjawiska i – co po drugie – przedstawić je w sposób interesujący, ba fascynujący zgoła. A „Jesień średniowiecza” nie była pomyślana jako praca tzw. popularna. Stworzył ją jako w pełni naukową rozprawę historyczną.

Nie zrozumiałem jej nie dlatego, żeby była nieprzystępna. Przeciwnie, ale po prostu nic nie wiedziałem o tamtym rejonie Europy w XIV i XV wieku.

Wkrótce posypały się na autora gromy. Nawet nie warto streszczać argumentów przeciwników. Ich nazwiska zapomniano, Huizinga pozostał jako wielka postać myśli europejskiej.

Żałosne pretensje
Nauka, humanistyka nie musi być nudna, o czym usiłują nas przekonać współczesne pokolenia adeptów tych dziedzin; nie musi być niezrozumiała i nieprzystępna na skutek rzekomej fachowości dyscyplin – od historii po nauki polityczne. XX-wieczna tendencja do „unaukowienia” humanistyki (monstrualnie rozrośnięta po 1945 r.) przyniosła wkrótce żałosne rezultaty. Humaniści z kompleksami oświadczyli, że niebawem, dzięki nowo odkrywanym metodom, ich dokonania staną się równie ścisłe i precyzyjne, co ustalenia fizyków, chemików i astronomów. Tworzono teorie za teorią, chwytano się coraz to nowych metod, często zaczerpniętych z nauk ścisłych. Nie dało to niczego ponad wzrost niezrozumialstwa, traktowanego, niestety, poważnie, jako znamię naukowości.

Wkrótce prace literaturoznawców (oni celowali w tej dziedzinie), psychologów (społecznych), historyków, itp. zaroiły się od żargonu dostępnego tylko wtajemniczonym. Potworzyły się sekty humanistów, zażarcie broniących swych metod, które rzekomo czyniły ich pisma naukowymi, zbliżały do ścisłości nauk przyrodniczych. Kiedy jednak ktoś zadał sobie trud (a ja należałem do naiwnych), aby zrozumieć ów język i posiąść tę wiedzę tajemną, okazywało się, że za imponującym dla profana terminami i zawiłą, odstraszającą składnią, kryją się wielkie banały, przeraźliwie pustosłowie, żenujące truizmy, niegodne człowieka uniwersyteckich aspiracji.

Filozofia, niestety, też uległa tej modnym trendem. Zawsze była trudna dla przeciętnego odbiorcy z uwagi na systemowy charakter poglądów wielu wybitnych myślicieli; trzeba wchodzić w te systemy z ich specyficznym językiem, aby się móc po nich poruszać swobodnie. Wymaga to pracy, ale w większości trud się opłaci. Niestety i w tę dziedzinę wdarła się moda czczej gadaniny, frazesów, pozornie głębokiego żargonu kryjącego miałkość myśli. Sceptycy wobec sekciarskich poczynań natychmiast odsądzani są od czci, uznawani za zbyt mało inteligentnych, by zrozumieć głębię wiary, którą zresztą jej adepci odrzucą wkrótce, by z podobną zachłannością rzucić się w objęcia kolejnego wyznania. Każdy, kto przeszedł uniwersytecki trening, zna to aż nadto dobrze.

Głośna stała się prowokacja wybitnego fizyka, Alana Sokala, który do renomowanego pisma przesłał tekst poświęcony współczesnym problem kulturowym. Tytuł: „Transgressing the Boundaries: Towards a Transformative Hermeneutics of Quantum Gravity”. Była to bzdura napisana modnym językiem, przyjęta przez redakcję magazynu z należytym uznaniem. Nikt nie rozumiał, o co chodzi, ale artykuł spełniał wymogi akademickiej naukowości: posługiwał się stosownie hermetycznym językiem, był upstrzony przypisami. Rzecz wydrukowano, wybuchł skandal.

Klarowna myśl i zrozumiały język
Zrozumiałe, dlaczego tak chwalę Huizingę? Jego szczegółowa, fachowa wiedza należy do historyków. Nie moja dziedzina, ani nie znam szczegółów. Nie potrzebuję ich znać, bowiem to właśnie autor ma mi podać je w taki sposób, abym nie tylko mógł jego tekst przeczytać i zrozumieć. Co ważniejsze – aby mnie zainteresował, zafascynował – oczarował, jak „Jesień średniowiecza”. Nie zapamiętuję dat, nazwisk, faktów. Natomiast stworzona atmosfera jest niezapomniana. Nie muszę wiedzieć o historycznych detalach, ale po przeczytaniu tej wspaniałej książki wiem, jak przełamywały się nowożytność ze średniowieczem. Huizinga zademonstrował wzór jasności i kompetencji, Połączenie głębokiej wiedzy z umiejętnością przekazania jej przeciętnemu czytelnikowi. To wielka, największa ze sztuk. Pokazał, że humanistyka ani nie musi być zawiła w treści, a zwłaszcza w formie językowej i składniowej, ani nie powinna być, bo tzw. nowoczesne metody naukowości niczego w istocie do niej nie wnoszą. Zaciemniają tylko obraz, stanowią zasłonę dymną dla niekompetencji autora.

Dziesiątki lat później znany historyk William Bouwsma spróbował zmierzyć się z osiągnięciem holenderskiego uczonego i napisał „Jesień renesansu”. Efekt – blady. Nie posiadł talentu Huizingi, ale nade wszystko, jak mi się wydaje, nie zrozumiał idei, jak przyświecała autorowi omawianej książki: koniec średniowiecza był wielkim, ogromnym przełomem w dziejach ludzkości; kres renesansu i nastanie epoki baroku, to po prostu jedna z wielu zmian.

Czesław Karkowski

"Jesień średniowiecza" - Johan Huizinga. Foto: Amazon

“Jesień średniowiecza” – Johan Huizinga. Foto: Amazon