Styczeń, pora śmierci choinek – pisał poeta. Ale również czas noworocznych postanowień i masowych pielgrzymek na siłownię w celu zrzucenia zbędnych kilogramów. Amerykanie mają na to specjalne słowo: gymuary (od „gym”- siłownia i „January”- styczeń). Jest to okres wzmożenia gimnastycznego i dietetycznego, który – według badań – nie trwa dłużej niż dwa, trzy tygodnie. Bowiem tylko tyle – jak obliczyli naukowcy – trwa zapał, by „wziąć się za siebie”. Potem wracają stare nawyki: kanapa, telewizor, niezdrowe jedzenie, a wraz z nimi oponki na brzuchu i inne niedoskonałości ciała. No chyba, że mamy dość samozaparcia i nie spoczniemy na laurach. Tak, jak Karolina Szostak, dziennikarka sportowa, a obecnie celebrytka, która najpierw zasłynęła z odważnych dekoltów chętnie eksponowanych na wizji, a następnie zaskoczyła miliony fanów spektakularnym spadkiem wagi. Mówi się nawet o 30, a nawet 40 kilogramach (!) czemu celebrytka nie zaprzecza, lecz czego również nie potwierdza, bojąc się- być może – efektu jojo, który już wysiłek wielu (Ewa Bem, Stanisław Soyka czy- ostatnio – Dominika Gwit) obrócił w niwecz. Ta ostatnia, młoda aktorka, napisała książkę o tym jak schudnąć, lecz zanim pierwszy egzemplarz poradnika pojawił się w księgarniach – Dominika z powrotem wróciła do rozmiaru XXL. Czy taki sam los spotka Karolinę Szostak? Miejmy nadzieję, że nie. Choć celebrytka właśnie ogłosiła, że… również ma zamiar napisać książkę o swojej przygodzie z odchudzaniem. „Dostawała wiele listów od kobiet, które też pragną takiej spektakularnej metamorfozy, ale nie wiedzą, jak to zrobić. Zamiast odpisywać im pojedynczo, postanowiła napisać poradnik, w którym krok po kroku opisze swoje odchudzanie”- zdradziła koleżanka dziennikarki. Sama Szostak nie uważa jednak, że definitywnie zakończyła walkę o szczupłą sylwetkę. „Nadal jestem na diecie, jem głównie warzywa i owoce, od czasu do czasu dorzucę do tego kawałek ryby”- wyznała. Bo – jak mówi stare, internetowe przysłowie – „trudniejsze od zrzucenia wagi jest utrzymanie jej w ryzach”. Niewielu się udaje ta sztuka. Trzymamy zatem kciuki!

*

Ze swoim wyglądem nie ma natomiast problemów Maja Ostaszewska. Lubiana aktorka wyznała: „Nie jestem już niewolnicą cudzych oczekiwań. Oczywiście upływ czasu i dwie ciąże zostawiły ślady, ale moje ciało ze wszystkimi atutami i wadami to moja historia”. I dodała: „Chętnie gram kobiety atrakcyjne, ale z coraz większą przyjemnością… brzydule. Na planie <Body/Ciało> przypomniały mi się słowa Stanisławy Celińskiej: „Bycie amantką to koszmar”- wspomina aktorka. „Zagranie kobiety nieatrakcyjnej to wyzwalające doznanie. Skupiasz się na temacie, który masz grać, a nie przejmujesz się brakiem makijażu i tym, który profil masz lepszy”. Ostaszewska do roli w nagradzanym na całym świecie filmie Małgorzaty Szumowskiej musiała sporo przytyć, a zaraz potem „robić po kilkaset brzuszków dziennie i biegać do solarium, by być wiarygodną jako Olka w ”. Na pytanie, czy znowu chciałaby mieć 20 lat, odpowiada zdecydowanie: „Nie. Wtedy za bardzo szukałam akceptacji na zewnątrz”. Aktorka przyznała, że wyglądem wyrażała siebie od dziecka. „Rodzice dawali mnie i rodzeństwu prawo do własnych poglądów, ubrań czy fryzury. Malowałam więc włosy farbami plakatowymi, nosiłam tęczowe sukienki, wydziergane przez mamę. W szóstej klasie zachwyciłam się punk rockiem, ścięłam za zgodą rodziców włosy na jeża. Tata z tras koncertowych przywoził mi ubrania z zachodnich lumpeksów. Potem przyszedł czas na czarne włosy, spódnice, koronkowe rękawiczki i mocny makijaż”- wspomina Ostaszewska. „Nie gonię za awangardą, bo przeżyłam to kiedyś. Nikogo nie muszę udawać, niczego udowadniać. Lubię dobrze wyglądać dla siebie. A podobać się innym? Nie za wszelką cenę”.

*

Jednak nie tylko kobiety padają ofiarami swojego wizerunku. Coraz więcej młodych aktorów katuje się na siłowni, by potem na ekranie eksponować wyrzeźbione ciało. 29-letni Sebastian Fabijański do roli gangstera o pseudonimie „Cukier” w kolejnej odsłonie „Pitbulla” przygotowywał się bardzo intensywnie. Nie tylko spędzał godziny na ćwiczeniach, ale również przeszedł na bardzo rygorystyczną dietę. Czego efektem – jak podają media – jest nie tylko uzależnienie wschodzącej gwiazdki od „pakowania”, ale również samouwielbienie, w które – podobno – Sebastian popadł. „Zrobił się przewrażliwiony na punkcie swojego wyglądu. Gdyby mógł, nie wychodziłby z siłowni. Trenuje przynajmniej cztery razy w tygodniu. Tak bardzo dba o swoją formę i zdrowie, że nawet nie jada w restauracjach. Boi się, że może mu coś zaszkodzić. Mało tego, nie wychodzi z domu bez witaminek i suplementów diety”- zdradza osoba z najbliższego otoczenia aktora. Czy oprócz „wyżyłowanej sylwetki bez grama tłuszczu” aktor ma coś jeszcze do zaoferowania? Czy może dorównać największym? Czy za 20, 30 i więcej lat ktoś będzie jeszcze o nim pamiętał?

*

8 stycznia minęło 50 lat od śmierci Zbigniewa Cybulskiego. Był jednym z najbardziej obiecujących aktorów powojennego kina. Grał u takich reżyserów jak Andrzej Wajda czy Wojciech Has. Jego nagła i tragiczna śmierć wstrząsnęła polskim kinem. Aktor próbował wskoczyć do odjeżdżającego pociągu. Robił to wiele razy. Niestety, feralnego dnia coś poszło nie tak. Zmarł we wrocławskim szpitalu. Miał zaledwie 39 lat. „Zbyszek był lekko przytytą bombą neutronową ruchu psychicznego, intelektualnego i emocjonalnego. Zbyszek był zagęszczoną do niemożliwości materią człowieczą na chwilę przed wielkim wybuchem, przed kolosalną eksplozją. Zbyszek czyli wieczny tułacz, niezmordowany łgarz, starzejące się dziecko, roztargniony czarodziej, upadły święty. Zbyszek czyli Polak na delegacji służbowej. Dlaczego nagle i bez powodu odwołano go z naszego świata?”- pytał jego przyjaciel, Tadeusz Konwicki, którego – co ciekawe – rocznica śmierci wypada dzień wcześniej, 7 stycznia. Pisarz i reżyser filmowy zmarł 48 lat po swoim młodszym koledze. Obaj wpisali się na stałe w historię polskiego kina i literatury.

Weronika Kwiatkowska