Styczeń, ubogi krewny innych miesięcy. Ości, kręgosłupy, resztki. Brokat na kromce chleba. Brakuje tu jeszcze jednego zdania. Ale zawsze go brakowało.** Można dopisać samemu. Albo wydrzeć gotową frazę z artykułu, książki, żółtego paska telewizyjnych informacji. I przylepić. Na ślinę. Do szyby. Za którą chwilowo trwa zima. Kocie łapy zapadają miękko w białe. Głodne ptaki stukają dziobami w parapet. Jęczą z wysiłku kaloryfery.

W oknie życia wydajemy minimum trzy posiłki dziennie. Pani Matka Dobrodziejka je łapczywie, a potem szybko wraca do ocieplanej budy, którą postawiliśmy w ogrodzie jesienią. Czasem przystaje, odwraca się i w geście podziękowania mruży bursztynowe oczy. Dzieje się to zwykle po kurczaku w sosie własnym, rzadziej po sardynkach w pomidorach. Cecyl kica na śniegu niczym przerośnięty snow bunny. Poluje na cień gałązki. Ptaka. Wyimaginowaną wiewiórkę. Minę ma nietęgą, gdy odkrywa, że ktoś przysypał „kuwetę” mokrym i zimnym puchem. Rozgrzebuje śnieg i z wyrazem skrajnego niezadowolenia czyni kocią powinność. A potem wraca do mieszkania i zapada w sen zimowy. By powstać z martwych o czwartej nad ranem i domagać się głośno pieszczoty, zabawy, jedzenia. Albo wszystkiego naraz. W dowolnej kolejności.

*

Styczeń. Zbiorowy rachunek sumienia. Żal za grzechy. I postanowienie poprawy. Po świątecznej rozpuście czas na oprzytomnienie. Internet pęcznieje od noworocznych artykułów o tym, jak schudnąć, wyrzeźbić mięśnie i odstawić gluten. Wszyscy muszą być piękni i młodzi. Albo przynajmniej szczupli. Szczupła sylwetka jest bardzo ważna. I koniecznie trzeba być szczęśliwym. „Chcesz być szczęśliwy – to bądź” głosi jedno z wielu mądrości instant. Wystarczy, że podejmiesz właściwą decyzję. Zaczniesz biegać. Jeść organiczny jarmuż. Medytować. „Z przerażeniem zauważyliśmy, jak wielu ludzi padło ofiarą ideologii dobrego samopoczucia. Jedni obsesyjnie ćwiczą, inni mają fioła na punkcie zdrowego odżywiania, jeszcze inni nie ustają w pracy nad własną duchowością. A niektórzy robią wszystko naraz” – mówią autorzy „Pętli dobrego samopoczucia”. Udowadniając – w rozmowie z Agnieszką Jucewicz, że ideologia wellness może być opresyjna, a nawet niebezpieczna. „Złą kondycję utożsamia się dziś z klasą pracującą, z bezrobotnymi, a dobrą – z klasą średnią. Z tym że nie idzie za tym myślenie, że ludzie z biedniejszych regionów często nie mają nawet możliwości zadbania o siebie, bo na przykład w ich okolicy są same supermarkety z mrożonkami, a obiekty sportowe są dla nich za drogie, tylko myślenie to idzie na skróty – biedni mają kiepską kondycję, bo są leniwi, słabi, nie chce im się, więc mają to, na co zasłużyli. A przecież jak się spojrzy na mapę Wielkiej Brytanii, to wyraźnie widać, że długość życia w takich miejscach jak np. Kensington w Londynie, gdzie stopa życiowa należy do najwyższych w kraju, wynosi ok. 85 lat, natomiast w biedniejszej części Glasgow – 60. I ma to niewiele wspólnego z tym, że jednym się chce, a drugim nie. Czynniki są bardzo złożone, a ideologia wellness te problemy niezwykle upraszcza – jak zaczną jeść organiczne marchewki i biegać, ich życie na pewno się odmieni”- ironizują Carl Cederström i André Spicer.
Trudno kwestionować fakty. Zdrowa dieta i ruch to podstawa dobrego samopoczucia. Jednak – podobnie jak autorzy książki – mam wrażenie, że w pogoni za wieczną młodością jest coś… smutnego. Dowcipnie mówi o tym Andrzej Stasiuk, który w wywiadzie – rzece („Życie to jednak strata jest”) opowiada o próbie relaksu w jednym z hamburskich parków. „Obsesja zdrowia i chudości! […] Nie było ani jednego spacerującego! Wszyscy w tych strojach, wszyscy chudzi jak kościotrupy. Atak szkieletorów! A ja chciałem się przejść niespiesznie, wypiwszy piwo, będąc nieco grubym. Czułem się dyskryminowany. […] To nieznośne uczucie, kiedy biegnie na ciebie tłum obsesjonatów, przekonanych, że będą nieśmiertelni! Że śmierć zabiegają. Ohydne. Gatunek ludzki całkiem stracił godność. Z własną śmiercią sobie nie potrafi poradzić. Zabiegać ją chce. Koniec człowieczeństwa! Ta cywilizacja zdrowia oraz nieśmiertelności jest cywilizacją śmierci. Bo nie potrafi podjąć wyzwania, nie potrafi podjąć ludzkiego wysiłku i spotkać się z prawdziwym przeznaczeniem. Zabiegamy się. A potem botoks sobie wstrzykniemy, nerkę od rozstrzelanego Chińczyka wszczepimy. Nie ma heroizmu, nie ma ludzkiego losu, wszystko jest skłamane”.

Zgadzam się, że uprawianie sportu to świetna sprawa, ale nie czyńmy z niego sensu życia. Podobnie ze zdrowym odżywianiem. Warto dbać o to, co pojawia się na talerzu, ale niekoniecznie myśleć i mówić o tym bez przerwy. Nie ma nic nudniejszego niż nawrócony na zdrowe odżywianie neofita, trujący przez całą imprezę o zaletach quinoa i patrzący z odrazą na wywrotowców pałaszujących sałatkę z majonezem. Niezwykle irytujące jest również przekonanie wyznawców wellness (z którym spotkałam się wielokrotnie), że są wyżej na drabince rozwoju i mają prawo, a nawet obowiązek, udzielania rad wszystkim naokoło. Uważają, że są tacy przezorni. Świadomi. Prawi. Bo nie jedzą czerwonego mięsa. Albo mięsa w ogóle. Nie wkładają do ust przetworzonej żywności. Omijają gluten. „Należy oddzielić zdrowie od moralności. To, że dbamy o siebie, nie czyni nas lepszymi ludźmi. Bycie dobrym człowiekiem to kwestia czegoś więcej niż tylko biegania w maratonach”- podsumowuje Carl Cederström z Uniwersytetu Sztokholmskiego i przyznaje, że z żadną z osób reprezentujących szeroko pojęty biznes wellness nie przeprowadził interesującej rozmowy na temat książki albo filmu. Może dlatego nieustanne pochylanie się nad kondycją wątroby i rzepki w kolanie wydaje się tak mało rozwijające, bo nie zostawia miejsca na nic innego. Poza tym łamanie zasad jest zawsze bardziej pociągające, niż ich przestrzeganie. Nawet jeśli za niesubordynację przyjdzie kiedyś słono zapłacić. Brejkam wszystkie rule – pisał poeta. Zapalając kolejnego papierosa; będąc przy tym „nieco grubym” i nieco pijanym.

*, ** Marcin Świetlicki

Weronika Kwiatkowska