Pamiętacie amerykański zwrot o słoniu w pokoju, którego nie sposób nie zauważyć ale wszyscy udają, że go nie widzę i o nim nie mówią? Tym słoniem jest polska polityka, dziś zresztą, w opinii osób nią się pasjonujących, powiązana z europejską i światową. Uparłem się o słoniu nie pisać, ignorować go, dostrzegać i opisywać inne rzeczy znajdujące się w pokoju, choć coraz trudniej je dostrzec, skoro słoń rozpycha się dupskiem i tyje w oczach. Może jest nadmuchiwany? Niemniej, będę próbował niemożliwego.

Ostatnio wymieniałem kilka apolitycznych rzeczy, które ogromnie mi się Polsce podobają. Każdy kraj je ma. Nawet Stany Zjednoczone, choć Polacy tam mieszkający byli niezrównani w wyszukiwaniu słabości, wad i państwa, które ich przyjęło.

Dużo i w Polsce absurdów ale nawet dzisiaj, gdy faktycznie losy i dalsza pomyślność kraju może być zagrożona przez kilka czynników, jest to w sumie jakaś cywilizacja. Poziom, klasa. Europa, albo chociaż jej obrzeża.

Największą zaletą Europy jest dobry chleb. Stany Zjednoczone wystawiały imigrantów na ciężką próbę oferując im biały, paczkowany chleb o kolorze, smaku i konsystencji waty. Choć w ostatnich latach w dużych sklepach pojawił się asortyment włoskich i portugalskich bułek oraz francuskich bagietek (nie mówiąc o etnicznych piekarniach Nowego Jorku), to do polskiego chleba tęskniliśmy najbardziej. Nawet takiego zwykłego, żytniego w podłużnych bochenkach, podrabianego mniej lub bardziej udolnie przez polonijne piekarnie w Ameryce. Najbardziej tęskniliśmy do wiejskich bochnów sprzedawanych w GS-ach, zaraz po otwarciu czyli po 4 popołudniu, z grubą, chrupiącą skórą i sycącym miąższem, który wybierało się palcami. Były też razowe: litewskie i na miodzie, były kajzerki i inne pszenne bułki.

To wszystko mamy i dziś – i o ileż więcej. Kapitalizm pokazuje tu swoje wilcze kły. Nie tylko zaspokojono podstawowe zapotrzebowanie na chleb, ale próbuje się dogodzić gustom wykwintnym, amatorom egzotyki i osobom o specjalnych potrzebach zdrowotnych.

Bez względu na zawichrowania w państwie, piekarnie będą egzystowały – w końcu to nie Azja, ludzie jeść chleb muszą. W tej branży prosperuje sporo polskich firm. Niektóre, jak „Galeria Wypieków” to już ogólnopolskie sieci. Inne działają tylko w jednym lub kilku punktach. Ściemy nie robią: bułki pieką się na naszych oczach.

Wymyśla się lub przypomina coraz to nowe gatunki: bułki sznytki i kajzerki, poznańskie i z czarnuszką, z makiem i grahamki, z dynią i pełnoziarniste, z sezamem, oliwkami, żurawiną. Pomysłom nie ma końca. Zafrasowane własnym zdrowiem babcie z namaszczeniem zamawiają chleb orkiszowy (nie mam pojęcia co to znaczy) gdyż ponoć jest na coś dobry. Już nie kupuje się jakiegoś tam chleba i bułek – dokonuje się, niczym w Starbucksie w San Francisco, wyboru odzwierciedlającego życiowe preferencje i styl życia.

Są nawet dziwacy, którzy kupują amerykańską watę, bo to dobry chleb tostowy. Inni dziwacy kupują amerykańskie babeczki muffins oraz cupcakes. Są też amatorzy typowych bułek hotdogowych gdyż ich waciana konsystencją rzeczywiście ułatwia jedzenie parówek.

Ludzie chodzą po pieczywo codziennie, niektórzy tuż po otwarciu, inni czekają na późniejszy wypiek.
Życie zatem jak w Paryżu, jak w marzeniach konesera: małe porcje świeżo przyrządzanego jedzenie, przy tym raczej niedrogiego.

W odróżnieniu od przeciętnego amerykańskiego biorcy food stamps, który wydaje je na chipsy, hamburgery i batony czekoladowe, Polak wie, że jeśli ma mało pieniędzy na jedzenie, najtańsza opcja to pieczywo: z twarogiem, serem, kiełbasą. Na to jakoś wszystkim starczy, a posmarować kromkę każdy w Polsce umie, od menela na rogu po Beatę Tyszkiewicz w swoim dworku.

Amerykański kucharz oraz autor książek i programów telewizyjnych o kuchniach świata Anthony Bourdain jest niezadowolony, że coraz częściej piekarnie, nawet w Paryżu, biorą się za wypiek ciast i tortów, co zaciera tradycyjny podział na sklepy typu boulangerie i patisserie. Wbrew pozorom, można być doskonałym piekarzem albo cukiernikiem, lecz gdy ktoś bierze się za te dwie rzeczy naraz, efekt będzie przeciętny.

I taki jest w polskich piekarniach. Oferuje się tam ciasta tańsze, już zapakowane w celofan, także drożdżówki. Czasem jednak i ciastka z kremem i torty. Jak napisałem już kiedy indziej, apetyt Polaków na słodkie wypieki jest nienasycony, monstrualny.

Nic zatem dziwnego, że dobrze prosperują stare, dobre marki: lody Grycan, wyroby czekoladowe Wedel, ciastka Blikle. Te firmy mają swoje kawiarnie przy głównych ulicach i w galeriach handlowych. Słynny pączek od Bliklego, z powidłami bądź z konfiturą z dzikiej róży, kosztuje dolara, te sprzedawane w piekarniach lub na ulicy są 3-4 razy tańsze. Ale też smakują jak lekko posłodzone buły.

U Bliklego nadal kupi się znane od lat ciastka: eklerki, ptysie, serniki krakowskie, wuzetki, napoleonki. Zniknęły natomiast bajaderki! W sumie, polskie piekarnie i cukiernie były w stanie zachować w swoim menu lub odtworzyć wszystko to, co Polakom było znane z przeszłości. Pączki i wuzetki, bułki „małgośki” z makiem i chlebki zakopiańskie, a dla pogardzanych dziś Polsce kosmopolitów: muffiny i chleb tostowy.

Nie tylko w naszym salonie dyskusyjnym rozparł się niewidzialny słoń. Jego bracia rezydują na łamach pism amerykańskich, angielskich, niemieckich. Tam z powodu poprawności politycznej nie pisze się o obecności wielkiego zwierzaka. Gdzie indziej, jak w Rosji i Chinach, nie pozwoli na to cenzura.

Radzą sobie z tym ludzie znajdując bezpieczne i przyjemne tematy zastępcze. Skoro polityka dzieli i rozjątrza a religia jest sprawą prywatną, piszmy o jedzeniu, modzie, zdrowiu i zwierzętach domowych! Zakładajmy kolejne kanały Food TV, zapraszajmy kolejnych autorów do pisania blogów o jedzeniu.

Dziś byłem jednym z nich. Jak długo wytrzymam w przebraniu?

Jan Latus