W nowym roku postanawiam żyć wolniej, więcej czytać niż pisać, więcej chodzić, częściej jeździć na rowerze i częściej spotykać się z ludźmi, którzy chcą się ze mną spotkać. A potem organizować sobie takie dni, a może nawet tygodnie bez spotkań, w których nic się nie będzie działo i w których będę mógł bez pośpiechu nadrobić zaległości w lekturze i pozastanawiać się nad tym i owym. Coraz bardziej cenię spokój i ciszę. Coraz bardziej cenię brak przymusu i konieczności.

$

Do niedawna marzyłem, by pożyć sobie trochę w świecie takim, jak w sztukach Czechowa, w którym wedle utartego przekonania nic się nie dzieje i których bohaterowie donikąd się nie śpieszą. Kiedy jednak ponownie zacząłem je analizować, zauważyłem, że dzieje się w nich bardzo wiele i to zarówno w sytuacjach międzyludzkich, jak i życiu wewnętrznym postaci. Można wręcz mówić o istnym kłębowisku namiętności, o nadziejach już nie wspominając. I wcale nie są one poukrywane, jak się zazwyczaj sądzi. Owszem, nie wszystkie są jednakowo eksponowane, ale kiedy Trzy Siostry marzą o wyprowadzce do Moskwy, to wiadomo, że to nie tylko o stolicę Rosji chodzi. O Czechowie mogę nieskończenie, bo to mój ukochany dramatopisarz, nie czas jednak po temu. Czas może jednak na noworoczne wyznanie, że zostałem reżyserem teatralnym, by wystawiać Słowackiego i Czechowa właśnie. Tych autorów czułem najlepiej i przez nich mógłbym wyrazić się najpełniej. Tak mi się w każdym razie wydawało, kiedy debiutowałem 40 lat temu w Teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie. Jednak nie było mi to dane. Teatralny los zapędził mnie do komedyj Moliera, Goldoniego i Gogola oraz dramatów Mrożka, Grochowiaka, Zahradnika, Kertesza, Gorina, czy Quintery. W tym roku mija 40 lat nie tylko od mojego debiutu, ale i od skończenia studiów. Najpierw polonistycznych a potem literacko-teatralnych. W tym roku sposobię się już dziś do uczestniczenia w obchodach 50. lecia matury. Ten upływ czasu bynajmniej mnie nie cieszy. Nie ukrywam, że wolałbym teraz mieć 25 lat i dzisiejszą świadomość. Szkoda, że to niemożliwe. Nie mam wcale pewności, czy nie zapisałbym Mefistofelesowi mej dotychczasowej wiedzy i duszy w zamian za przywrócenie młodości, jak to dzieje się w filmie „Urok szatana”, z pamiętnymi kreacjami Michela Simona i Gerarda Philipe’a. Przywiozłem sobie to dzieło z Paryża i przedziwnie kusi mnie kontrakt w nim zawarty. Gdybym ponownie został młody, chciałbym być mniej poważny niż wtedy. Żebym nie musiał kierować się stale dewizą nieustannego szukania mądrości, nieustannej dokładności i nieustannej samokontroli, czy nie marnuję aby mijającego czasu. O tym, iż szybko on mija dobrze wiedziałem już wtedy. Z rzeczy pomniejszych, chciałbym mieć w odzyskanej młodości tyle uroku, ile ma w tym filmie Gerard Philipe. Wprawdzie nie musiałbym być jak on kochankiem Europy, ale trochę więcej uwielbienia by mi się przydało. Tak dla pobudzenia odwagi i większego uskrzydlenia. Choć Bogiem a prawdą nie mam na co narzekać. Ale o tym sza. Wiem, że grzeszę dopominając się o więcej.

$

W młodości lubiłem oglądać w telewizji Koncerty Noworoczne transmitowane z Wiednia, pełne polek, mazurków, galopów, menuetów, walców i uwertur, z obowiązkowym Marszem Radetzkiego w finale. Królowali w nich niepodzielnie Mozart, Rossini, Straussowie, Lehar, Kalman, Weinteufel. Oglądałem je w domu rodzinnym w podwarszawskim Świdrze, zawsze w skupieniu i zachwycie, w powiewie innego, bardziej eleganckiego świata. Wszak był to Zachód. Wszak był to Wiedeń. Koncerty te pozytywnie nastrajały do wszystkiego i przenosiły w jakiś wyższy wymiar całą naszą rodzinę. A kiedy rodziców zabrakło, spędzałem Nowy Rok u Elżbiety Barszczewskiej, wielkiej aktorki i zarazem matki mojego najbliższego przyjaciela Julka Wyrzykowskiego. Przez lata wspólne oglądanie stało się rytuałem, wzmacnianym świetnymi winami, przekąskami i keksem. Uczestniczyła w nim regularnie Ewa Szyfman, siostra wiekopomnego Arnolda Szyfmana, kustosz achiwum jego teatru. Bywało, że dołączali do nas inni sąsiedzi pani Elżbiety – wybitna aktorka Janina Romanówna i jej mąż Mieczysław Mierzejewski, równie wybitny dyrygent Opery Warszawskiej oraz Seweryna Broniszówna nestorka sceny, siostra Aleksandra Wata. Przed koncertem odbywało się telefoniczne składanie życzeń Mieczysławie Ćwiklińskiej, która w Nowy Rok obchodziła zarówno urodziny, jak i imieniny. Podsłuchiwałem, a jakże, i zapewniam, że pani Miecia do końca zachowywała niezwykłą wręcz pogodę ducha, tryskając przez telefon humorem, którego podobno w życiu prywatnym nie miała, jak to nierzadko bywa u komików. Po koncercie, przez lata wspaniale dyrygowanym przez Williego Boskovsky’ego, omawialiśmy wrażenia i sprawy bieżące, począwszy od najnowszych premier teatralnych i filmowych. Opowiadaliśmy także śmieszne historie, w czym prym wiodła wspomniana Janina Romanówna, która czasem śpiewała nam również piosenki francuskie i niemieckie. Zdarzało się, że koncertowe popołudnie przekształcało się w wesołą kolację, trwającą do późnych godzin wieczornych. Rozmowy, dowcipy i wspomnienia były tak ciekawe, że nikomu nie chciało się iść do domu. Ja chłonąłem. Zwłaszcza, kiedy mówił Jerzy Waldorff, który raz i drugi pojawił się na tejże kolacji. To był dopiero wodzirej! To był dopiero narrator! Wszyscy zamienialiśmy się w słuch. Nikomu nie przeszkadzało, że to on jest główną gwiazdą wieczoru i że jego Puzon gryzł się pod stołem z jamniczką państwa Mierzejewskich, która nie przyjmowała jego zalotów. Z koncertów i kolacji noworocznych u pani Elżbiety zapamiętałem także mocno wstawionego poetę Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego, który któregoś razu wparował niespodziewanie, by w wysokoprocentowym uniesieniu porecytować z panią domu swe wiersze i pośpiewać powstańcze pieśni, które sam ułożył. Piękne wielce i porywające, zatem pianino bardzo się przydało. Stojący na nim zabytkowy zegar włączył się do akcji i wydzwonił „Warszawiankę”. Pamiętam również profesora Stanisława Lorenza opowiadającego o odbudowie Zamku Królewskiego w Warszawie i mrożące krew w żyłach historie z lat okupacji o ukrywaniu przed Niemcami dzieł sztuki z Zamku i Muzeum Narodowego. W Nowym Roku nie moglo też zabraknąć plotek środowiskowych, dobrotliwych na ogół oraz dowcipów o ówczesnych władzach komunistycznych. Niektóre pamiętam do tej pory. Przypominają mi się bezsensownie, kiedy oglądam tegoroczny koncert transmitowany z Wiednia.

Dyrygent Gustavo Dudamel bardzo subtelnie prowadzi owe polki, walce i galopy. Sala Filharmonii Wiedeńskiej jest pięknie udekorowana kwiatami, publiczność bardzo wytworna, nawet ta stojąca z tyłu. bo nie starczyło dla niej miejsc. Wszystko jak przed laty, łącznie z filmowymi przebitkami pokazującymi piękno Wiednia i jego tańców. Oglądam i słucham w pełni usatysfakcjonowany, przypominając sobie raz po raz koncerty słuchane w moim rodzinnym domu i u pani Elżbiety. Istnieję jednocześnie tu i teraz oraz w czasie minionym. Nie wiem, w którym bardziej.

$

Pamiętam, pamiętam, pamiętam.