Wigilijne przedpołudnie. On siedzi na schodach. Pochylony. Trzyma się za głowę. Żeby nie upadła. Nie potoczyła się pod koła samochodów. Które tego poranka się spieszą. Do strojenia choinek. Lepienia pierogów. Gotowania barszczu. Tu jest jak w domu, chociaż to Ameryka. Chłopcy mają wygolone karki. I orzełki przyklejone do szyby. Oraz flagi. Biało-czerwone. I różańce przy lusterku. A w głośnikach polski hip hop. Albo oczy zielone, zielone i będzie zabawa, będzie się działo. Ruszają z piskiem opon. W bagażnikach podskakują torby wyładowane towarami made in Poland. Prosto ze sklepu Biedronka. Albo „od Araba”. Gdzie opryskliwa rudowłosa ekspedientka kroi ser królewski w cienkie plastry marząc o innym życiu. Kot śpi w ogórkach konserwowych. A w oknie od lat wisi kartka: „potrzebujemy dziewczyny do pracy”. Jest słonecznie. Na schodach przed domem kobieta w za dużej, znoszonej kurtce, tłumaczy mężczyźnie, że musi przestać pić. Kiwa się nad nim jak wańka-wstańka. I łagodnym, matczynym głosem, prosi i zaklina. – Czy możesz mi wyjawić prawdę? Dlaczego niszczysz swoje życie? – pyta. Ale mężczyzna aktualnie nie jest w stanie wyjawić niczego. A na pewno nie prawdy. Więc tylko bełkocze coś niezrozumiale. I zapada jeszcze głębiej w fałdy lepkiego od brudu ubrania. Para ma ze sobą metalowy wózek na zakupy wyładowany po brzegi. Koce, plastykowe siatki pełne pustych puszek, butelek, szmat. Z boku dynda coś, co kiedyś było chyba pluszowym psem, a teraz przypomina niewyżętą ścierkę. Kobieta mówi głośno. I powoli. Z nadzieją, że wypowiadane pojedynczo słowa łatwiej dotrą do zniewolonego alkoholem umysłu. Przyglądam się jej twarzy. Opuchnięta, z popękanymi żyłkami, przedwcześnie pomarszczona. Tylko oczy zdradzają, że kobieta może mieć najwyżej 45-50 lat. Kiedy wyglądam przez okno kilka minut później, nie ma śladu po ekscentrycznej parze. W polskiej telewizji – jak niemal co roku – „Żółty szalik” z Gajosem. Myślę o Pilchu (autorze scenariusza), jego nałogu, kobietach, które go ratowały, niedotrzymywanych noworocznych postanowieniach, PRL-owskiej szarzyźnie, karpiach w wannie, wszystkich pijanych ojcach, synach, mężach, którzy terroryzowali rodziny wracając z zakładowych imprez opłatkowych w stanie wskazującym. A potem siadali przy wigilijnym stole, w odprasowanej, sztywnej od krochmalu koszuli i dokonywało się cudowne przemienienie. I były życzenia. I sianko pod obrusem. I talerz dla niespodziewanego gościa. Bo gość w dom, Bóg w dom. Tak mówi polskie przysłowie. O którym ostatnio nie chcemy pamiętać. Zamykając się w bezpiecznych granicach. Nie wpuszczając obcych. Idziemy na pasterkę. Śpiewamy kolędy. Zasypiamy spokojni i syci. Myśląc o sobie, że jesteśmy tacy prawi. Dobrzy. I sprawiedliwi. Najsprawiedliwsi. Wśród narodów świata.

Wigilie polskie. Hasło otwierające przepastne szuflady pamięci. W których przeczytane książki. Obejrzane filmy. Relacje rodzinne. Własne. Cudze. To, co zapamiętane. I wyobrażone. Wyidealizowane. Przekłamane. Co roku boli trochę mniej. Nieobecność przy wspólnym stole. Ale trudno się wyzwolić z ckliwości, o której pisał Gombrowicz w . „Gdy święta nadejdą, lubicie podlewać łzami klomb wspomnień i wzdychać rzewnie do utraconych miejsc rodzinnych. Nie bądźcie śmieszni, ani ckliwi! Nauczcie się dźwigać własne przeznaczenie. Przestańcie opiewać mdławo piękności Grójca, Piotrkowa lub Biłgoraju. Wiedzcie, że ojczyzna wasza to nie Grójec, ani Skierniewice, ani nawet kraj cały, i niech krew uderzy wam na policzki rumieńcem siły na myśl, że ojczyzną waszą wy sami jesteście! Cóż z tego, że nie przebywacie w Grodnie, Kutnie lub Jedlińsku? Czyż kiedykolwiek człowiek przebywał gdzie indziej, niż w sobie? Jesteście u siebie, choćbyście znajdowali się w Argentynie lub w Kanadzie, ponieważ ojczyzna nie jest miejscem na mapie, ale żywą istnością człowieka. Przestańcie zatem hodować w sobie pobożne iluzje i sztuczne sentymenty.” Amen. Jednak trudno otrzepać się z przeszłości i pójść dalej. Ale może warto? Wyjść z kraju przodków, również mentalnie. Wyemigrować z tradycji. Porzucić pielęgnowane przez dziesięciolecia rytuały. Kontestować „polskie wigilijne zwyczaje” i znaleźć własny sposób na przeżywanie świąt, zamiast starać się nieudolnie odtworzyć klimat „ciepłych, rodzinnych, spokojnych”, co – z uwagi chociażby na brak rodziny – jest wizją raczej utopijną. Może lepiej nie celebrować wcale, niż połowicznie i z poczuciem odosobnienia „podlewać łzami klomb wspomnień”?

Podczas noworocznej imprezy u przyjaciół polska muzyka z lat 80/90. Krzyczymy głośno, przerzucamy wspomnieniami. O analogowych kasetach, pierwszych koncertach, ulubionych kapelach. Niepolskojęzyczni goście przyglądają się z rozbawieniem. Jak wracamy do czasu, kiedy nosiło się hasła wykaligrafowane długopisem na plecakach z demobilu, wytarte pumeksem jeansy i włosy na cukier. Niczego nie rozpoznają. Niczego nie pojmują. A my tak. Rozumiemy się w pół słowa. Wersu. Refrenu. Na obcej ziemi obiecanej. Tańcząc pogo do ścieżki dźwiękowej naszej młodości. Która wydarzyła się w innym kraju. I z której nigdy nie uda nam się wydobyć. Jest jak blizna po tępym szkle, którym robiliśmy przecięcia na opuszkach palców. By złączyć się w podwórkowym braterstwie krwi. Jak tatuaż pod powieką. Akcent, który zdradza, że nie jesteśmy stąd. Choć coraz mniej jesteśmy stamtąd. Ciągle w mentalnym rozkroku. Pytaniu. Zwątpieniu.

Weronika Kwiatkowska