W piątek 20 stycznia Donald Trump zostanie zaprzysiężony jako 45. prezydent USA. W jakim stanie przejmuje kraj?

Gdyby sytuację w Ameryce oceniać na podstawie tego co mówiono w trakcie kampanii wyborczej, należałoby uznać, że Stany Zjednoczone chylą się ku upadkowi. W promowaniu takiej wizji kraju przodował zwłaszcza kandydat, który w styczniu zostanie nowym gospodarzem Białego Domu. Donald Trump mówił, że Ameryka nie radzi sobie z konkurencją, ma słaby wzrost gospodarczy, przegrywa z Chinami, nie potrafi zwalczyć terroryzmu, bronić miejsc pracy własnych obywateli, którym wiedzie się coraz gorzej. Na dodatek jeszcze – jak mówił – ma głupich przywódców, którzy z tego wszystkiego nie zdają sobie sprawy.

Kandydaci do różnych urzędów przeważnie przedstawiają wyborcom czarną wizję rzeczywistości, bo dzięki temu łatwiej im przekonywać, że zmiana jest potrzebna, a osobami, które zapewnią im lepszy byt są właśnie oni. Trump nie był więc wyjątkiem. Paradoksalnie na haśle konieczności zmiany urząd prezydenta wywalczył również Barack Obama.

Tego jak mają się sprawy w kraju nie mierzy się jednak na podstawie wyborczych wypowiedzi, czy nawet na opinii wybranych już przywódców. Wszystkie demokracje na świecie mają obiektywne kryteria oceny i to one, choć często rozmijają się z odczuciami obywateli, pokazują jak jest naprawdę.

Warto w związku z tym zostawić na chwile emocje, personalne animozje wobec takiego czy innego polityka i spojrzeć na to co wspomniane kryteria mówią nam o dzisiejszej Ameryce.

Pierwsza sprawa to wzrost gospodarczy. Dzisiejsza gospodarka USA, po blisko ośmiu latach prezydentury Obamy jest o 15 procent większa niż była w momencie kiedy z urzędem rozstawał się George W. Bush.

Możemy narzekać, że wzrost nie jest tak szybki jak powinien być, że nie przekłada się on bezpośrednio na polepszenie sytuacji życiowej każdego z nas. Faktem jest jednak, że liczby nie kłamią. Za Busha Produkt Krajowy Brutto (GDP) przyrósł jedynie 8 proc.

Następny miernik to bezrobocie. Obama przejął kraj w momencie początku światowego załamania gospodarczego, które pociągnęło za sobą ogromne bezrobocie. W ciągu ośmiu lat jego prezydentury sytuacja się odwróciła. Zamiast spadku liczby miejsc pracy mamy ich wzrost. Bezrobocie jest dziś na poziomie 5 proc., a nawet poniżej tego punktu, co większość ekonomistów uważa za objaw zdrowej gospodarki.

Oczywiście sam poziom bezrobocia nie mówi wszystkiego. Problem stanowi na przykład fakt, że miernik ten nie obejmuje tych, którzy nie znaleźli zatrudnienia i całkiem wycofali się z rynku pracy. Ten sam wskaźnik stosowaliśmy jednak wobec poprzednich prezydentów i ten sam będziemy stosować kiedy Donald Trump będzie opuszczał Biały Dom.

Oprócz liczby miejsc pracy ekonomiści dla oceny gospodarki patrzą również na płace. Najbardziej wysokość ich rosła za czasów Billa Clintona. Także za czasów George’a W. Busha wysokość płac rosła szybciej niż w okresie odchodzącego prezydenta.

Zatrzymanie wzrostu płac lub ich słaby wzrost ma wpływ na rosnącą przepaść pomiędzy bogatymi i biednymi. Również w tej dziedzinie Obama nie ma się czym chwalić Rozdźwięk pomiędzy najlepiej sytuowanym i tymi, którym wiedzie się najgorzej, za jego kadencji zdecydowanie się pogłębił.

Sytuację gospodarczą kraju ocenia się też poprzez pryzmat tego w jaki sposób wydawane są pieniądze podatników i jak sam rząd rozporządza zasobami.
Za Obamy poziom długu publicznego zdecydowanie wzrósł. Obecnie stanowi on ok. 100 proc. GDP. Dług ten rósł jednak równie szybko za czasów Ronalda Reagana oraz pierwszego i drugiego Busha. Spadek nastąpił jedynie w okresie drugiej kadencji Billa Clintona.

Wskaźniki gospodarcze mówią wiele, nie mówią jednak wszystkiego. Oceniając jaka jest dziś Ameryka patrzymy również na przykład na jej pozycję międzynarodową.

George W. Bush rozpoczął dwie wojny. Jedną w Iraku, która – jak dziś wiemy – wywołana została na podstawie całkowicie nieprawdziwych doniesień o posiadaniu przez Saddama Husajna broni masowej zagłady. Drugą w Afganistanie, która miała doprowadzić do zmniejszenia znaczenia organizacji terrorystycznych, przede wszystkim Al-Kaidy kierowanej przez Osamę bin Ladena. Bin Laden zgładzony został nie za czasów Busha tylko Obamy. Odchodzący prezydent zakończył fatalną dla Ameryki i dla świata wojnę w Iraku i znacznie wyciszył tę drugą. Terroryzm zwalczony nie został. Wręcz przeciwnie obecnie widzimy raczej jego rozkwit.

Krytycznie możemy ocenić także tzw. reset w stosunkach z Rosją, który na początku swojej kadencji przeprowadził Barack Obama. Zamiast, zgodnie z intencjami, poprawy wzajemnych stosunków widzimy ich zaognienie.

Mniej więcej za miesiąc odpowiedzialność za ten i inne problemy Ameryki przejmie Donald Trump. My, skromni wyborcy, będziemy zaś patrzeć czy staje się ona na nowo wspaniała.

Tomasz Bagnowski