Wiecie, kto to słoik? To stosowane powszechnie wśród młodych ludzi szydercze określenie człowieka, który przyjechał do dużego miasta z prowincji. Taki mieszkający w Warszawie czy Krakowie student lub pracownik niższego szczebla żyje skromnie, trochę tak jak imigranci w Nowym Jorku i Londynie. Wynajmuje pokój lub mieszkanie na spółkę w odległej od centrum dzielnicy i ponieważ liczy się z każdym groszem, nie chodzi po restauracjach. Żywi się fast foodem, w Polsce jest to najczęściej kebab, albo je coś w domu. Na ratunek spieszy mu jednak mamusia. Ilekroć bowiem stęskniony Michał lub Ania wybiorą się odwiedzić rodzinę, na odjezdnym dostają baterię słoików, a w nich: zupy, mięso gotowe do podgrzania, bigosy i gołąbki, domowej roboty ciasta, dżemy i sałatki jarzynowe. Potem jest to odgrzewane w mikrofali w domu. Czasem ktoś się zapomni i przyniesie taki obciachowy pojemnik na lunch do korporacji, gdy inni popisują się zamawiając sushi.

Kto je peklowaną mielonkę od babci a kto sałatki w restauracji, określa finansowy status. W Warszawie jest pełno młodych ludzi zarabiających na tyle by popisywać się samochodami, ciuchami, zagranicznymi podróżami i wizytami w drogich lokalach. Dużo więcej jest jednak skromnej młodzieży przyjezdnej, owych słoików. Na ich cześć powstała nawet – ach, ta polska autoironia w nazwach firm! – restauracja “Słoik” w pasażu za byłymi domami towarowymi Centrum, która oferuje niedrogie lunche z daniami kuchni polskiej.

Dodać tu trzeba, że wiele rzeczy podaje się w polskich kawiarniach w słoikach, co prawda takich fantazyjnych: wino i piwo grzane, lemoniady.

Wspominany często na tych łamach mój ojciec ma długą historię robienia weków, gdyż taki był sens, pożytek i przyjemność (dla mnie – niezrozumiała) posiadania pod miastem działeczki ogrodniczej. W piwnicy stały potem – a niektóre jeszcze stoją! – słoiki z kompotami, dżemami, marynowanymi śliwkami i syropami z wiśni.

Ja także mam za sobą przeszłość słoikową, a rzecz działa się w stanie wojennym, którego rocznicę właśnie w Polsce obchodzono.

Po skończeniu studiów wyprowadziłem się od rodziców – najwyższa pora już była wynajmować własne mieszkanie. Podobnie moja siostra z mężem. Jednakowoż nie była to całkowita izolacja od rodziców, skoro nie byliśmy z nimi pokłóceni. Szczerze mówiąc wystarczyłoby spotkać się tylko raz na jakiś czas. Niestety, polscy rodziciele są mistrzami świata w wywoływaniu w swoich dzieciach poczucia winy. Jak to, nie przyjedziesz w następny weekend?! To o której będziecie w niedzielę? Będzie babcia i wujek Franek!

Ponieważ nie zawsze dawało się namówić młodych, aby przesiedzieli ze starymi kilka godzin oglądając reżimową telewizję, rodziciele oferowali zachęty materialne: u nas najecie się po uszy, będzie pełen obiad, a po obiedzie ciasto domowego wypieku. To jednak było za mało, żeby młodzi zbuntowani bywali co niedziela u swoich starych. Ci dawali więc kolejne nagrody: wałówki, słoiki, weki, pojemniki, wystane przez matkę w kolejkach wędliny, załatwiony cukier. Take out food by nie powiedzieć: doggy bag. Gdy wizyta była składana na wsi, można było nawet liczyć na domowe wyroby: kiełbasę, szynkę, owoce i warzywa z ogrodu, miód z przydomowego ula. W owych czasach stanu wojennego, kiedy młodzi ostentacyjnie rezygnowali ze stania w kolejkach i wykorzystywania kartek żywnościowych, matki połykały dumę i szykowały wiktuały dla swoich, wynędzniałych i zapracowanych dzieci.

Podejrzewam że i dziś młodzi odwiedzają rodziny z ambiwalentnymi uczuciami. Trochę jak imigranci polscy wizytujący swoje rodzinne miasto. Imigranci mają jednak dalej, te wizyty, nawet jeśli jest to Berlin a nie Nowy Jork, nie będą aż tak częste.

Wielu młodych warszawiaków wywodzi się z małych miasteczek, niekoniecznie Mazowsza. Jak często bywają w domu? Wbrew pozorom, dość często. W Warszawie czują się bowiem trochę jak imigranci, miejsce jest obce, drogie, nieprzyjazne, nie na ich miarę. Tak więc w rodzinnym miasteczku nie tylko odżywają, ale i zostają przy okazji odżywieni.

Częste wizyty młodych w rodzinnych domach są w sumie miłym zwyczajem, świadczącym o bliskich więzach rodzinnych, na pewno bliższych niż w Ameryce. Sprzyjają tym odwiedzinom bliskie w Europie odległości. Jest jednak i inny powód: polscy rodzice, a zwłaszcza matki, potrafią wiele dawać swoim córkom, zięciom, synom i synowym ale nie dzieje się to za darmo. Dożywianie jest nagrodą za posłuszeństwo. Młodzi ciągle trzymani są na smyczy emocjonalnego uzależnienia, poczucia winy, potrzeby spełnienia wysokich nadziei swoich rodziców, a żaden zięć/synowa nie spełni ich oczekiwań, żaden awans w pracy nie będzie satysfakcjonujący, żadna droga życia mądrze wybrana. Słyszałem historie o emigracji młodych par tylko po to, aby wyzwolić się spod kontroli, zaborczej miłości rodziców i teściów. Którzy skłonni byli czasem dać nie tylko weki ale i samochód i mieszkanie, żeby dzieci w życiu urządzić. W zamian za to mieli zagwarantowane prawo do wtrącania się w ich życie i sposób wychowania wnuków.

Takich rodzin jest, mam nadzieję, mniejszość. Wielu młodych Polaków naprawdę chętnie jeździ do rodzinnych domów, zwłaszcza na święta. To będą te prawdziwe święta, z uginającymi się stołami, pasterką, może śniegiem, choć z tym ostatnio nigdy nie wiadomo. Coś w tym jest, że młodzi Polacy, którzy doskonale czują się w Anglii czy Irlandii i ani myślą o powrocie na stałe do Polski, na święta muszą sobie zafundować wszystkie tradycje, a zwłaszcza te kulinarne, w komplecie, a jak się da – polecieć do rodziny w kraju.

Gdyż te nasze słoiki to nie tylko amatorzy domowego jedzenia – to prawdziwi polscy romantycy.