„Jedyny na świecie Kazimierz Wiśniak!”. Pod takim hasłem uczczono w Krakowie i Lanckoronie 85 rocznicę urodzin tego wielkiego scenografa, malarza, grafika i rysownika oraz wielce pomysłowego redaktora „Kuriera Lanckorońskiego” i autora książek o tym miasteczku. Hasło jest trafne, bo to artysta pod każdym względem niepowtarzalny. Nie tylko stworzył swą sztuką magiczny świat, ale i jako człowiek jest światem samym w sobie, wielce oryginalnym i wciąż zaskakującym czymś nowym. Kraków i Lanckorona go wielbią, fetując, uanielając, uskrzydlając, koronując i prezentując jego prace. Pamiętała o nim także Warszawa, przypominając w Muzeum Teatralnym jego scenografie. To oczywiście nie koniec dowodów uznania i szacunku, bo jest ich wiele, począwszy od hołdów składanych przez Piwnicę pod Baranami, której jest współtwórcą. Czytelnicy dawnego „Przekroju” z podziwem i sentymentem wspominają jego dowcipne rysunki i tekściki. Nie znam reżysera, aktora, kompozytora, dyrektora teatru, który nie mówiłby o Kaziu w najwyższym tonie. Ja też tak o nim mówię i piszę, bo jestem nim zafascynowany od wielu lat. Był i jest dla mnie żywą legendą. I nie zmieniły tego nasze prywatne relacje, wspomnienia a czasem i wzajemne wymówki, ciągnące się kawał w noc.

Podziwiałem jego scenografie do pamiętnych przedstawień Pantomimy Wrocławskiej w choreografii i reżyserii Henryka Tomaszewskiego, m.in. „Menażerii cesarzowej Filissy”, „Ogrodu miłości”, „Sporu”, „Hamleta. Ironii i żałoby”. Znakomite były jego projekty do spektakli niezastąpionego Jerzego Jarockiego, takich choćby jak: „Rzeźnia”, „Rewizor”, czy „Król Lear”. Do historii teatru przeszły scenografie do wiekopomnych przedstawień Konrada Swinarskiego, zwłaszcza do: „Wszystkiego, co się dobrze kończy”, „Ryszarda III” i „Wyzwolenia”. Nie tylko świetnie służyły myśli autora i reżysera, ale były również dziełami sztuki malarskiej i rysunkowej. I jako zrealizowane obrazy sceniczne, i jako projekty, tyleż przestrzenne, co kostiumowe. Były w nich metafory i zuniwersalizowane znaczenia. Niekiedy w dwóch planach jednocześnie, z bogatymi detalami. Świetnie to było widać we wspomnianym „Wyzwoleniu”. Było to jedno z największych przedstawień, jakie widziałem w życiu. Wynikło z dogłębnego porozumienia się ze Swinarskim, jakże bliskiemu Kaziowi i vice versa. To właśnie Swinarski był obok Tomaszewskiego reżyserem, z którym Kazio rozumiał się najlepiej. Parę lat później, przy wódce, przegadaliśmy o nim niejeden wieczór, niejedną też o nim książkę Kazio mi podarował. Mam je teraz w Nowym Jorku.

Mam także książki samego Kazia, rzecz jasna z jego ilustracjami, m.in. „Z życia scenografa”, „Narodziny obrazu”, „Powietrznicy w Lanckoronie. Historia letniska”, „Wśród ludzi i zwierząt Lanckorony” i opus magnum – „Życie ze sztuką splecione”, przepięknie wydane i z przepiękną dedykacją. W mojej bibliotece nie brakuje również książek ilustrowanych przez Kazia, takich jak: „Alfabet teatru dla analfabetów i zaawansowanych”, „Na rynku w Krakowie”, „Piwnica pod Baranami”, „Piosenki, które śpiewali nasi dziadkowie, kiedy byli mali”. Nie mogło w niej zabraknąć także kolejnych wydań periodyku „Salwator i Świat” i wspomnianego „Kuriera Lanckorońskiego”. Nie mam jeszcze materiałów o unikatowym Muzeum Zabawek w Karpaczu, utworzonym przez Kazia wraz z Henrykiem Tomaszewskim.

Kiedy Kazio zaprosił mnie do współpracy w krakowskim Teatrze Bagatela, którego dyrekcję właśnie obejmował, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Razem mieliśmy wystawić „W małym dworku” Witkacego. Marzyłem również, iż wspólnie przygotujemy „Ondynę” Giraudoux i inne dramaty, do których się wówczas paliłem. Niekonieczne o duchach i zjawiskach nadprzyrodzonych, które wtedy inspirowały Kazia. Stan wojenny uniemożliwił to wszystko i rozdzielił nas na parę lat. Na prośbę (czytaj: na polecenie) Ministerstwa Kultury i Sztuki oddaliłem się do Teatru Ziemi Pomorskiej, by jako dyrektor artystyczny prowadzić tę placówkę przez następne sezony.

Po latach, kiedy już mieszkałem w Nowym Jorku, odnaleźliśmy się pomni, iż onegdaj cudem ocaleliśmy w tragicznym wypadku samochodowym, w którym zginął nasz kolega Witold Zatorski, znakomity reżyser teatralny. Jeszcze chwila a byłbym jedynie krwawą plamą na murze, tedy z wdzięczności za ocalenie do dziś zgłaszam Najwyższemu gotowość służenia Mu w formie, jaką mi wskaże. Ale nie wskazuje. Niemniej czuję, iż jego wolą jest przyjaźń z Kaziem, nakazem prawie. Zatem zawsze lecę doń jak na skrzydłach i zawsze wracam odeń uszczęśliwiony. I hojnie obdarowany.

Kazio oddalił się już od teatru i poświęcił malarstwu, które – jest dlań „jest prawdą niezależną i wolnością”. Jego obrazy tak mnie zachwyciły, że chciałem w nie wejść, choć są nierealistyczne, tylko bajkowe, baśniowe i magiczne. Zachwyciły mnie również jego ilustracje, plakaty okolicznościowe, rysunki, znaczki i koperty pocztowe. Te które dostałem, przechowuję jak bezccenne skarby. Takim skarbem jest także jego młodzieńczy autoportret, który mi ofiarował na pamiątkę naszego odnalezienia się. Podzielam opinię, że precyzja Kazia dorównuje precyzji samego Durera. Nie dziwię się tedy, że Biblioteka Główna Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie zorganizowała wystawę jego prac pt. „Mistrz detalu i precyzji”. Nie dziwię się również, że Biblioteka Jagiellońska z okazji jubileuszu 85 lecia prezentuje jego pocztówki, listy, rękopisy, notatki, książki, rysunki i obrazy na wystawie, której patronuje wyznanie Kazia – „Życie jest piękne i chwalę je sobie”. Chciałbym dożyć Kaziowego wieku i powiedzieć to samo.

Andrzej Józef Dąbrowski