Nie idź do pracy. Nie idź do pracy. Tam czeka na ciebie nic.* Śpiewam Świetlickim. Grudniowym porankiem. Kierownik składu obwieszcza komunikat. Pociąg dalej nie pojedzie. Proszę wysiąść. I rozejść się. Problemy z sygnałem. Most nieprzejezdny. Proszę opuścić wagon. Niechętnie lecz karnie. Wychodzimy na ulicę. Jest mokro i sino. Chłód wślizguje się pod podszewkę. Próbuję złapać taksówkę. Podobnie jak kilkadziesiąt innych osób. Po dwudziestu minutach w końcu się udaje. Teraz stoimy w korku na moście. Po prawej rzeka i miasto za brudną szybą. Z mgły wystają sylwetki budynków. Jest schyłkowo. Dziwnie obco. Kierowca podkręca ogrzewanie. Nie mam dość energii, by rozpiąć kurtkę. Ściągnąć wełniany szal. Zapadam się. Moszczę w puchowym kokonie. Chcę z powrotem wczołgać się do łóżka. Łona matki. Suczego brzucha – o którym pisała Bronka Nowicka. „Czołgać się do domu przez tunel w psie”. Do miejsca z którego nie ma powrotu. Do innego życia. W którym nie musiałabym co rano odbywać pielgrzymki na wyspę. I przez dziewięć, dziesięć godzin marnotrawić czasu. Potencjału. Zajmując się niczym. Ważnym. Wykonując pracę poniżej możliwości intelektualnych. Która dawno nie cieszy. Nie zajmuje. Raczej mierzi. Nudzi. Staje w gardle symbolem imigranckiego upadku. Z którego od dekady nie potrafię się podnieść. Kierowca pyta czy wszystko w porządku. Odpowiadam półsłówkami. Patrzy w lusterko. Zaniepokojony. Z udawaną troską. Mam na końcu języka zbiór przypadkowych przekleństw i złorzeczeń. Chciałabym wypluć zardzewiałą kulkę, z którą chodzę w ciąży od dwunastu lat. A której nie potrafię urodzić. Wyskrobać. Zamiast tego nawiązuję grzeczną rozmowę. Która być może przerodzi się w kłótnię. Ale nie. Puertorykański taksówkarz nie głosował na Trumpa. Gardzi nim. Ale nie martwi o losy Ameryki. Bo dokładnie za piętnaście dni – obwieszcza z dumą – wraca do ojczyzny. W której kiedyś był nauczycielem matematyki. A teraz będzie właścicielem ziemskim. Kupił dom z basenem na Karaibach. I odchodzi na zasłużoną emeryturę. Skończyłem z tym miastem – mówi. Z tym syfem, brudem, zakorkowanymi ulicami. W telefonie pokazuje zdjęcia hacjendy. Jasne przestrzenie. Egzotyczne rośliny. Lazurowa toń. Brakuje tylko hamaka i fajki z organicznym ziołem wyhodowanym na ogródku. A ty – pyta na odchodne. Długo tu mieszkasz? Za długo – odpowiadam. I wstępuję w mętne wody miasta. Zgiełk. Pośpiech. Kakofonię dźwięków. Jestem godzinę spóźniona. Składam zdanie w obcym szyku. Bezwiednie przechodząc na drugą stronę.

źle wybrana droga. Do jakiego punktu wrócić, by była dobrze wybrana? A jak się okaże, że to jedyna? Brnijmy, popełniajmy. Te nieliczne urocze momenty tryumfu nie są oczywiście wytłumaczeniem, ale brnijmy.**

*

Jestem przeciwny opłakiwaniu doli emigranta jako dramatu człowieka wykorzenionego – pisze Czesław Karkowski w najnowszej książce. I dodaje, że życie w obcym społeczeństwie jest trudne, ale ogólny bilans zysków i strat wypada na korzyść emigracji. Więcej się zyskuje niż traci – pod każdym względem: materialnym, intelektualnym, emocjonalnym – twierdzi autor. Jest to ogromnie wzbogacające doświadczenie, ale jak każda nauka – przychodzi z trudem i bólem.*** Imigracja. Wybór czy konieczność? Ucieczka? Szansa? Karkowski pisze o jej jasnej – legalnej stronie. A co z tymi, którzy żyją poza systemem? Czy ktoś napisze/ napisał o nich książkę. O milionach pogardzanych, których prezydent elekt chce wysłać do domu w kajdankach. O beznadziei, strachu, niemożności wyrwania się z klatki, do której weszli na własne życzenie. Codziennych, małych upokorzeniach. Kompromisach od których robi się niedobrze. Wstydzie, że dokonało się złych wyborów. Z których teraz trzeba się tłumaczyć. Przed sobą. I tak konstruować codzienną narrację, by minimalizować mentalne straty. Skupiać się – jak pisze Świetlicki – na momentach tryumfu, doraźnych zyskach i brnąć dalej. Popełniając w nieskończoność ten sam błąd. Jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak błąd. Buddyści powiedzieliby, że to droga. Lekcja. Że wszystko dzieje się po coś. Im trudniej tym lepiej. I to, co nazywamy błędem jest ważniejsze, niż to, o czym myślimy: sukces. Trudności przesuwają nasz pionek na szachownicy oświecenia o kilka pól wyżej. Podobno. Podobno Azja istnieje gdzieś, lecz z moich okien nie widać jej. Nucę z Nosowską. Gapiąc się na własne odbicie w oknie wystawowym. Zniekształcone. Zamazane.

*,** Marcin Świetlicki

*** Czesław Karkowski, Na emigracji.

Weronika Kwiatkowska