Bynajmniej nie zachęcam nikogo do czytanie „Teodycei” Gottfrieda Wilhelma Leibniza. Trudnej, pełnej drobiazgowych wywodów, rozprawy.

Teodycyceia jest pracą w dużej mierze polemiczną ze współczesnymi autorowi myślicielami i ich poglądami. Dziś ich nie znamy, a wiedza o tamtych ludziach, ówczesnych sporach i namiętnościach dawno już umknęła z ksiąg i umysłów. Przykład tej dyskusji Leibniza: polemizuje z opinią jednego z nich, którą ów myśliciel wyłożył na tysięcznej którejś stronie drugiego tomu (autentyk!) swego dzieła. Spór wydaje się obecnie nużący, całkowicie jałowy.

No cóż, dzisiaj „Teodyceę” czytają (i to z ociąganiem) specjaliści. Rozprawa jest nadzwyczaj erudycyjna, bo takim był sam Leibniz, jeden z największych myślicieli XVII wieku, jeden z największych filozofów w ogóle.

Czy istnieje zło?
„Teodycea” jest jego najwybitniejszym osiągnięciem. Zgoła straceńczym. Leibniz podejmuje się w niej „obrony Boga” przed krytykami, sceptykami, prześmiewcami. Jego obrona zasadniczo opiera się na próbie dowiedzenia, iż świat stworzony jest rzeczywistością rozumną. A dla Leibniza i jego współczesnych oznaczało to – rzeczywistość moralną. Każda rozumna istota nie postępuje przecież źle. A najrozumniejsza – oczywiście najlepiej. Wbrew temu, co wielu sądzi, iż świat ten świadczy o panowaniu zła, łajdactwa, głupoty, Leibniz dowodzi czegoś przeciwnego.

Jego argumentacja opiera się zasadniczo na dwóch stwierdzeniach – dowodach i pytaniu, na które odpowiada we wszystkich pracach. Pytanie to, jedno z najlepszych w dziejach filozofii, brzmi: „dlaczego istnieje raczej coś niż nic”. Jeśli świat istnieje przypadkiem, to równie dobrze mógłby nie istnieć. Jeśli natomiast istnieje, to jest po temu przyczyna. Powodem zaistnienia świata nie może być zło, ale przeciwnie – dobro.

Pierwszy zaś z argumentów na podstawie „harmonii przedustawnej”, można streścić: jeśli widzimy w tym świecie jedynie chaos, przypadek, i bałagan bez sensu, musimy pamiętać, że u początków stworzenia świata był on „zaprojektowany” jako rozumny, uporządkowany, precyzyjnie skonstruowany. Raz puszczony w ruch według niezłomnych praw, po milionach lat zdaje się nieładem, rozgardiaszem, całkowitym zamętem. To pozór, albowiem u podłoża rządzą wszystkim te same niewzruszone prawa. Rzeczywistość tylko nam się wydaje w takim wielkim zamęcie, rozgardiaszu, nieładzie.

Drugi argument głosi, że jest to najlepszy ze światów. Bóg stworzył go godnie ze swym najlepszym rozeznaniem. Gdyby mógł stworzyć go lepszym, to oczywiście, że to zrobiłby. Jeśli tego nie uczynił, widać lepszego być absolutnie nie może. Zło, które widzimy, którego doświadczamy, ma charakter pozorny, względny. W istocie swojej jest częścią wielkiego zamysłu, którego w swym ograniczonym umyśle nie jesteśmy w stanie pojąć. Trywialny przykład, akurat do zrozumienia dla nas: wściekli jesteśmy, gdy w sobotę, czy niedzielę pada deszcz. Dla nas jest to wielka krzywda, ale z punktu widzenia większej całości – dobrodziejstwo. Nieszczęścia, których doznajemy i w naszym ograniczonym rozumie dostrzegamy jako bezrozumne, skutkiem czego skarżymy się na okrutną naturę, łajdackich ludzi, w skali kosmicznej są elementem doskonałego planu boskiego. Tylko nasz słaby rozum nie jest w stanie wszystkiego ogarnąć.

„Kandyd”, czyli satyra
Stanowisko Leibniza, iż jest to najlepszy ze światów, wyszydził Wolter w nieodpowiedzialnej satyrze po tytułem „Kandyd”. Wielu zna tę zręcznie napisaną „filozoficzną opowiastkę”, mało kto – oryginalną „Teodyceę”.

W ujęciu Woltera faktycznie Leibniz wychodzi na skończonego bęcwała. Jak może człowiek rozumny twierdzić, że jest to najlepszy ze światów, przekonuje w „Kandydzie”, skoro w trzęsieniu ziemi w Lizbonie w 1755 r. zginęło przynajmniej 40 tysięcy ludzi? Niewinnych istot, zabitych bez zdania racji. Wydarzenie to wstrząsnęło ówczesną Europą i wielu zwątpiło w boską sprawiedliwość. Czy naprawdę świat nie może się obyć bez takich kataklizmów? Jeśli to ma być najlepszy ze światów, to łatwo można sobie wyobrazić inny, bez trzęsień ziemi, które są czystym złem: niczemu nie służą, a tylko ludzie cierpią.

Satyra Woltera jest monotematyczna. Nieszczęścia, które spotykają głównego bohatera, jego ukochaną i krąg przyjaciół, kontrastują z niezmąconym przekonaniem jednego z nich, iż żyjemy w najlepszym ze światów. A wokół bezsensowne wojny, grabieże, zbrodnie i kradzież, gwałty, inne przestępstwa i kataklizmy naturalne na dokładkę. Czytelnik nie ma wątpliwości: jest to rzeczywistość daleka od doskonałości, być może jest to nawet najgorszy ze światów.

„Kandyd” wydany w 1759 roku zapewne nie był pierwszą „dziennikarską” polemiką, ale należał do najdoskonalszych w tej kategorii. Mamy w nim wszystkie (nieuczciwe?) chwyty, do dziś powtarzane. Do najczęściej stosowanych należy „wyrywanie z kontekstu”. Pozwala to na dogodne dla siebie sprokurowanie wizerunku przeciwnika, łatwego w ten sposób obiektu ataku – do krytyki, do wyśmiania. Słowa adwersarza, jego postępowanie, zmanipulowane, pojawiają się w sensie dalekim od właściwego. Użytkownik przypisuje swemu oponentowi poglądy, słowa, które pojawią się w tak ustawionym świetle jako głupie, czyny – jako zdrożne.

Widzimy, jak jest
Wyrywanie z kontekstu wynika albo z niezrozumienia, albo ze złej woli. I w jednym, i w drugim przypadku działa skutecznie, tzn. dezinformuje. Dzisiaj koniecznie musimy dodać trzecią kategorię – postępowanie mimowolne. W monstrualnie rozrośniętym gąszczu mediów wszyscy się gubią.

Prasa – używam tego określenia jako wygodnego skrótu językowego dla wszystkich środków przekazu – stała się pośrednikiem między nami a rzeczywistością polityczną, społeczną, kulturalną. Wiadomości o świecie, oceny wydarzeń, czerpiemy z drugiej, trzeciej, piątej ręki. W coraz bardziej zagmatwanej rzeczywistości nie ma innego wyjścia. Polegać musimy na pośrednikach. Bardziej rzetelni (z założenia) autorzy książek muszą ustąpić pola sprawniejszym w tym dziele dziennikarzom. Nie mamy czasu na lekturę grubych dzieł, zadowalamy się artykułem, notatką prasową. Dziś nawet na tyle brak czasu. Krótki wpis na facebooku (i podobnych) wystarczają za całą wiedzę i sąd o tym, co wokół nas. Nawet nie myślimy o tym, że jako odbiorcy jesteśmy „ofiarami” przynajmniej dwóch gigantycznych przeinaczeń. Po pierwsze, każda informacja, wszelka wiadomość zostaje podana z jakiejś pozycji, reprezentuje więc czyjś specyficzny punkt widzenia. Czy jest możliwa „obiektywna” informacja? Nie.

Po drugie, znakomita większość informacji, komentarzy, analiz, czy czegokolwiek, opiera się na materiale wtórnym. To oznacza, że nim zaczynamy czytać, tekst, który nas interesuje, zdążył przejść długą (czasami bardzo) drogę kolejnych modyfikacji; nie powiem „przekręcania”, choć właściwie na jedno wychodzi. To, co bierzemy za oryginalny materiał, jest w istocie już daleko idącą, wielokrotnie spiętrzoną interpretacją wielu wcześniejszych jej użytkowników. Przeróbką podług czyjegoś interesu, uznania, punktu widzenia, etc.

Jak w powyższym przykładzie: Wolter usłyszał/przeczytał, że jakiś mądry rzekomo człowiek powiada, iż jest to najlepszy ze światów. Rozejrzał się wokół, a widząc „zło” natury i podłość ludzką machnął satyrę na tego rodzaju poglądy.

Leibniz rozumuje wywodząc myśl z definicji Boga; Wolter – z obserwacji rzeczywistości. Dwa sprzeczne obrazy świata. Czy rozum nas zwodzi, czy też to, co widzimy i czego doświadczamy, to pozór i zmyłka?

Autor „Kandyda” zastosował najprostszy, ale też rzekłbym – najprymitywniejszych chwyt: przeciwstawił rozumnemu namysłowi rzeczywistość widzianą. Zwycięstwo poznania naocznego – najprostszego, wywodzącego się z bezpośredniego doświadczenie, dostępnego wszystkim, zawsze cieszy. Bo nie wiąże się z żadnym wysiłkiem, jest wprost zrozumiałe, oczywiste. Poznanie rozumowe wymaga pewnego, a niekiedy znacznego wysiłku.

Patronem tych pierwszych jest Benedykt Chmielowski, autor „Nowych Aten”, który credo swych teraźniejszych i przyszłych zwolenników zawarł w znanym zdaniu: „Jaki jest koń, każdy widzi”. Niepomierna jest radość ze stwierdzenia, że przecież każdy z nas z osobna i wszyscy razem wiemy lepiej. Nie potrzeba książek, pouczeń, zastanowienia.

Czesław Karkowski