Rada Bezpieczeństwa ONZ wezwała Izrael, by zaprzestał nielegalnego osadnictwa na palestyńskich ziemiach okupowanych. Premier Benjamin Netanyahu zareagował na to histerią. Jego polityka wpycha Izrael w coraz większe osamotnienie.

Konfliktu izraelsko-palestyńskiego i złożonej sytuacji w całym regionie nie da się omówić w krótkim tekście. Dość powiedzieć, że dwóch znawców tematu i jednocześnie renomowanych amerykańskich naukowców: prof. Alan Dershowitz i prof. Noam Chomsky, podczas debaty zorganizowanej na ten temat na Harvardzie, nie mogło się porozumieć co do podstawowych faktów. Kto ciekawy może wyszukać sobie w internecie wideo będące zapisem tej skądinąd bardzo pouczającej dyskusji.

Zostawmy więc na moment historię konfliktu i skupmy się na tym, co się stało 23 grudnia, kiedy Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła rezolucję potępiającą izraelskie osadnictwo.

Dokument jest ostry w tonie. Wyraźnie mówi o tym, że izraelskie działania są nielegalne i że prowadząc je kraj ten „w rażący sposób łamie prawo międzynarodowe”. Są w niej również wezwania do zaprzestania terroryzowania cywilnej ludności ziem okupowanych, zakończenia systematycznego niszczenia jej domostw, ograniczania dostępu do źródeł wody pitnej i wiele innych kwestii. Rezolucja nie odnosi się jednak wyłącznie do Izraela. Jest w niej również wezwanie skierowane do strony palestyńskiej, by powstrzymała się od przemocy, terroryzmu i prowokacyjnych akcji prowadzących do eskalacji konfliktu.

W sprawie rezolucji opatrzonej numerem 2334 członkowie Rady Bezpieczeństwa byli niemal całkowicie jednomyślni. Stany Zjednoczone jako jedyny członek tego grona rezolucji nie poparły. Samantha Power, ambasador USA przy ONZ, wstrzymała się od głosu. Dzięki temu dokument został przyjęty i niemal natychmiast wywołał furię premiera Izraela, a także części amerykańskiej sceny politycznej.
Benjamin Netanjahu oskarżył administrację prezydenta Baracka Obamy o „porzucenie” Izraela, były gubernator Arkansas i były pretendent do prezydentury z ramienia Partii Republikańskiej Mike Huckabee powiedział, że USA powinny „wrzucić ONZ do East River”, wielu innych polityków GOP, a także demokratów, jak choćby senator Charles Schumer, atakowało sekretarza stanu Johna Kerry’ego. W dyskusję włączył się również prezydent elekt Donald Trump, który – jak zwykle – w lakoniczny sposób zapowiedział na Twitterze, że po jego zaprzysiężeniu „wszystko będzie inaczej.”

Netanjahu ma polityczne powodym, by reagować w ten sposób. Jego koalicja rządowa, a tym samym utrzymanie się na stanowisku premiera, zależy od partii otwarcie wzywającej do osadnictwa na ziemiach okupowanych (The Jewish Home). Dlaczego jednak politycy amerykańscy wolą stawać po stronie premiera obcego kraju niż po stronie własnego prezydenta wyjaśnić już trudniej. Tym bardziej, że rezolucja przyjęta 23 grudnia nie jest pierwszą w tej sprawie.

John Kerry w swoim spektakularnym przemówieniu, wyjaśniającym powody wstrzymania się USA od głosu, przypomniał, że podobnych rezolucji przeszło w przeszłości już kilka, również za czasów Ronalda Reagana i obu prezydentów Bushów. Wtedy także stało się to dzięki wstrzymaniu się od głosu Stanów Zjednoczonych.

Polityka amerykańska jest bowiem w tej sprawie dość konsekwentna. Ameryka jest przeciwna osadnictwu, uważając je za jedną z podstawowych przeszkód w procesie pokojowym. Jednocześnie jednak USA w sposób bezprecedensowy wspierają Izrael, który co roku otrzymuje wartą wiele miliardów dolarów pomoc wojskową. Dzięki rządowi Obamy będzie ona największa w historii i sięgnie 38 mld dolarów. To więcej niż jakikolwiek kraj na świecie kiedykolwiek otrzymał od Ameryki.
Twierdzenie, że USA „porzuciły Izrael” trudno w związku z tym określić inaczej jak tylko histerią.

Warto zwrócić również uwagę na fakt, że rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ nie jest jakimś widzimisię bliżej nieokreślonego grona. Poparły ją zgodnie między innymi: Rosja, Wielka Brytania, Francja, Chiny i kilka innych krajów na całym świecie, mających często bardzo sprzeczne interesy. Rezolucja poparta jest zapisami konwencji genewskiej i wyrokami międzynarodowych instytucji sprawiedliwości jednoznacznie stwierdzającymi, że prowadzenie osadnictwa na ziemiach okupowanych jest nielegalne. Izrael istotnie jest więc w tej sprawie osamotniony, ale nie w wyniku postawy USA, tylko własnej polityki, która wyraźnie zmierza do tego, by uniemożliwić utworzenie państwa palestyńskiego.

Na ziemiach, na których od 40 lat trwa okupacja wojskowa jest w tej chwili 30 tysięcy izraelskich osad w różnej fazie realizacji. Ten skromny geograficznie teren jest więc nimi usiany bardziej niż szwajcarski ser dziurami. Osady są umiejscawiane tak, by ograniczyć możliwości Palestyńczyków w dostępie do wody czy innych naturalnych źródeł. Celowo blokują lub znacznie utrudniają one dostęp do miejsc kultu religijnego, a Palestyńczycy na własnej ziemi poddawani są poniżającym restrykcjom, nie mając nawet swobody poruszania się. Polityka ta nie tylko uniemożliwia podjęcie rozmów pokojowych, ale w jasny sposób zmierza do tego, by powstanie państwa palestyńskiego także w przyszłości było niemożliwe. Trudno bowiem wyobrazić sobie rozbiórkę domów osadników i całej infrastruktury i powrót osadników z 30 tysięcy osad na ziemie prawnie należące do Izraela. Trudno też wyobrazić sobie ich pozostanie i poddanie się prawu państwa arabskiego.

Jednym z podstawowych argumentów za osadnictwem jest twierdzenie, że prowadzone jest ono po to by wzmocnić bezpieczeństwo Izraela. To nieprawda. Jest dokładnie odwrotnie. Osady stanowią ogromne obciążenie dla wojsk izraelskich, które muszą ich chronić. Przede wszystkim jednak wzmacniają one ideologicznie grupy terrorystyczne na terenach palestyńskich, które walczą z Izraelem. Gwarantem bezpieczeństwa tego kraju nie są osadnicy, którzy nawiasem mówiąc zwolnieni są od służby w wojsku. Są nim Stany Zjednoczone, gigantyczna pomoc wojskowa, a także broń atomowa, którą posiada Izrael, ukrywając to przed światem, co również jest sprzeczne z prawem międzynarodowym.

Porzucenie koncepcji dwóch niezależnych państw, za czym zdaje się opowiadać również prezydent elekt Donald Trump, który nominował na ambasadora USA w Izraelu Davida Friedmana, zwolennika osadnictwa, będzie prowadzić do dalszej eskalacji konfliktu i tym samym wpędzać Izrael w ślepą uliczkę.

Powiedzmy sobie jasno Izrael jest państwem zagrożonym. Wszyscy doskonale to rozumieją. Jego sąsiedzi prowadzili przeciwko niemu wojny, wielu wciąż odmawia mu prawa do istnienia. Jest krajem w ogromnym stopniu narażonym na ataki terrorystyczne i przemoc każdego niemal dnia. Pytanie jednak co jest lepszą koncepcją rozwiązania tego konfliktu lub przynajmniej znacznego jego osłabienia. Współpraca ze społecznością międzynarodową, czy osamotnienie i walka na własną rękę, która łamie prawo?

Tomasz Bagnowski