Czwartek
Zdziczenie cieknie z Bliskiego Wschodu z każdym tygodniem. Trwające latami brutalność i zbrodnie prezydenta Syrii Assada, zrodziły brutalność i zbrodnie walczących z reżymem. Tam już nikt nie ma czystych rąk, z wyjątkiem cywilów mordowanych, ostrzeliwanych, zasypywanych pod gruzami.

Do wystylizowanych, hollywoodzkich, propagandowych filmów produkcji Państwa Islamskiego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, ale ostatnie zdjęcia z Syrii to kolejna dawka barbarii: spalenie żywcem dwóch wziętych do niewoli i spętanych łańcuchami żołnierzy tureckich na tle pięknych syryjskich pejzaży wyglądało plastycznie niczym dzieła niderlandzkich mistrzów w feerii barw i układzie postaci. No cóż, nawet mord już wizualnie znieczula. Jednak flaki wywróciły mi się w żołądku, patrząc na nagranie, na którym bojownik Al-Nusry (podporządkowanej al-Kaidzie organizacji w Syrii) z dumą wysyła na samobójczą śmierć swoje… dwie córeczki w wieku 8 i 9 lat. Dziewczynki na tle wojennej flagi dżihadystów, ubrane w czarne stroje, przyjmują czułości rodziców, nie wiedząc, że już niedługo, staną się mięsem armatnim.

Pieprzony nihilista, Syn Ciemności tłumaczy z dumą, że „nawet najmłodsi” powinni ginąć w imię Allaha. Sam się nie wysadził, ale – co też wyśledzili dziennikarze – jedna z córek już dopełniła swój żywot jako żywa bomba. Co prawda nihilistyczne gnoje z Boko Haram posyłali porwane nastolatki wypełnione materiałami wybuchowymi na targi, ale po pierwsze były to dzieci upośledzone, no i oni sami odpalali zapalniki. Jeśli dodać do tego obrazki dzieci wygrzebywanych z zasypanych domów syryjskich miast – Irak, Syria, ISIS… Piekło zdaje się być niezaspokojone w zapotrzebowaniu na kolejne zastępy nihilistów, gardzących życiem innych w imię swojego boga.

Sobota
Wigilia. Jak co roku, objawia nam się Nadzieja, że Światło rozświetli ciemności tej ziemi. Jak w tej pięknej kolędzie, z barłogu narodzi się Pokój. Zamienił złoty pałac na brudny barłóg, gdzie zwierzęta, brud, smród i ubóstwo. Jest więc nadzieja nawet dla najmniejszych, tak naprawdę dla nas wszystkich.
Ach ubogi żłobie,
Cóż ja widzę w tobie?
Droższy widok niż ma niebo,
W maleńkiej osobie,
Droższy widok niż ma niebo,
W maleńkiej osobie.

Zbawicielu drogi,
Takżeś to ubogi,
Opuściłeś śliczne niebo,
Obrałeś barłogi
Opuściłeś śliczne niebo,
Obrałeś barłogi

Czwartek
Czasami zdaje się, że we współczesnym postnowoczesnym świecie lewackich utopistów, Śmierć jest wykluczona. Nie, na szczęście nie mają tyle mocy, aby stać się nieśmiertelnymi (choć lewaccy miliarderzy pracują i nad ludzką nieśmiertelnością), ale starają się ją wykluczać z ogólnej świadomości. Życie ma być piękne, wypełnione ciągłą konsumpcją, popieraniem słusznych i modnych poglądów, piętnowaniem reacjonistów. Wielokulturowy raj, pełen różnorakich tożsamości (nie obiektywnych jak np. mężczyzna i kobieta, ale nadawanych samym sobie), poza Dobrem i Złem (już nawet sama próba oceny może być uznana za inwazję w prywatność i stanowić podstawę do… pozwu sądowego), gdzie każdy ma prawo starzeć się, ale tylko z godnością (jak stwierdzi, że już się znudził, lub za bardzo boli, powinien mieć prawo do strzykawki śmierci) i botoksem (najlepiej refundowanym przez państwo – czytaj: z pieniędzy podatników).

Śmierć jak się jakoś tam pojawia, to za sprawa odejścia w zaświaty mniejszych lub większych celebrytów. W ostatnich dniach było ich troje, niemal dzień po dniu. Najpierw piosenkarz pop 53-letni George Michael. Potem 60-letnia aktorka i gwiazda „Gwiezdnych Wojen” Carrie Fisher a dzień później jej matka – Debbie Reynolds, znana ze słynnego duetu z Fredem Astairem w filmie „Singin In The Rain”. Zapłakane twarze fanów, zapalane lampki, pluszowe misie, wszędzie smutek, ale i pewien żałobny lansik innych współcelebrytów. Co łączy tę trójkę poza śmiercią, która na co dzień raczej jest odrzucana, bo nijak pasuje do hedonistyczno-konsumpcyjnego raju na tej ziemi? Ano wszyscy zażyli prawdziwej, globalnej sławy.

George’a Michaela dzięki jego piosenkom znał cały świat, a gdy umierał zgromadził fortunę ocenianą na sto milionów funtów szterlingów. Ale mając „u stóp cały świat”, nie był z tego powodu zbyt szczęśliwy. Cały czas narzekał, że nie ma prywatnego życia, że wszędzie paparazzi i w ogóle, i w szczególe. Do tego cała lista substancji, które przyjmował, gdzie marihuana palona dwadzieścia razy dziennie, była jedną z lżejszych. Również Carrie Fisher, słynna księżniczka Leila z „Gwiezdnych Wojen”, nie wyglądała na najszczęśliwszą zmagając się z uzależnieniami oraz nie poskładanym życiem osobistym. Ostatnio sprzedawała swoje autobiograficzne książki, a w nich „sensacje” o swoim romansie – wówczas 19-latki – na planie filmowym z Harrisonem Fordem, lat 33. Matka Fisher zmarła przygotowując pogrzeb swojej córki, co spina te dwie śmierci klamrą człowieczeństwa.

Ktoś by się żachnął – cena sławy. Coś w tym jest, zwłaszcza że taki George Michael już w wieku siedmiu lat marzył o wielkiej karierze. Fisher stała się gwiazdą globalną mając lat dziewiętnaście, jej matka mając dwadzieścia. Podziwiani, otoczeni ludźmi, biorącymi ich sceniczny obraz za rzeczywistość. Być może sami biorący ułudę bycia wieczne młodym, sławnym i bogatym, za rzeczywitość. Filozoficznie można powiedzieć: jak człowiek czegoś bardzo chce, zawsze to dostaje na końcu. Być może w zbyt wielkich ilościach, być może są to rzeczy złe albo dobre, ale kochane złą miłością, ale dostaje je. Śmierć przychodzi często w niespodziewanym momencie i tej historii, jedynej z możliwych, bo własnego życia, nie da się już zmienić. Tak więc warto sobie powtarzać: memento mori, zwłaszcza w otoczeniu komercyjno-głupawej info-papki pozbawionej świadomości Końca. A na koniec coś, podpatrzonego w internecie: Chcesz doświadczyć czegoś ekstremalnego? Otrzeć się o śmierć? Nie musisz skakać ze spadochronem czy skakać na bungee, zostań choć na kilka dnia wolontariuszem w hospicjum…

Jeremi Zaborowski