Co roku o tej porze siadałem do pisania felietonu noworocznego. Jego formuła była zawsze taka sama: w punktach wyliczałem najważniejsze wydarzenia w świecie, Ameryce, Polsce i wśród Polonii. Pisma polonijne cierpią na wszystkoizm próbując pokryć wszystkie te pola tematyczne. Ja, jak mało kto rozmiłowany w Polonii nowojorskiej, w tym podsumowaniu poświęcałem jej najwięcej uwagi. Heroiczne boje polskiego mistrza desek… przepraszam, rękawic, Gołoty czy kolejny spór o władzę w organizacji polonijnej stawiałem na równi z olimpiadami i konfliktami światowymi. Pisałem w punktach, tekst był więc krótszy niż zwykle za te same pieniądze, ale i tak nikt nie zauważał, bo były duże odstępy między akapitami. Pisało się łatwiej i czytało łatwiej – wszyscy byli zadowoleni.

Nie będę jednak dłużej pisał wedle tego schematu, z kilku powodów. Po pierwsze, pisałem felietony, jak większość z Państwa wie, w „Nowym Dzienniku”, w jego dodatku „Weekend”. Tam wykształciłem swój swoisty, taką przynajmniej – mam nadzieję – styl, aż do powtarzalnych dowcipów, powiedzonek, konstrukcji językowych, gier ze słowami. Czy powinno to być objęte prawami autorskimi? Adwokaci mieli ważniejsze sprawy na głowie – sponsorowanie na zieloną kartę, wypadki na rusztowaniach – niż rozsądzanie, jaką część swojego jestestwa dziennikarz może zabrać z jednej gazety polonijnej do drugiej. Wiadomo, że nie można wynosić aparatu fotograficznego czy monitora, ale czy można wynosić swoje powiedzonka, tematy, styl?

Drugi powód, żeby nie wyliczać wydarzeń z tego roku, jest bardziej przyziemny: nie chcę nadstawiać karku czytelnikom i redaktorom. Polacy niezmiernie w ostatnich latach, nawet tygodniach, spoważnieli. Poglądy polityczne scalili w jedno z moralnością i patriotyzmem. Nie dopuszczają opcji dystansu, refleksji, nie mówiąc już o tak absurdalnej propozycji jak wysłuchanie opinii drugiej strony i przyznanie jej racji, choćby w drobnych sprawach. Nigdy powiedzenie „Prawda leży pośrodku” nie było tak nieaktualne. Zginęła też umiejętność śmiania się z samych siebie. Gdybym wbił szpileczki, dobrodusznie, jednej stronie trzy razy i drugiej stronie również trzy razy, co by się wydarzyło? Śmiano by się do rozpuku z żartów z politycznego przeciwnika, nawet żądano by większej dosadności, ale śmianie się z własnej frakcji? Uznano by za hańbiące i zwyzywano mnie korzystając z dostępnego w komentarzach internetowych szerokiego wachlarza bluzgów i przezwisk. Na co mi to?

Poczekam więc na lepsze czasy, ale nie jestem pewien czy tego dożyję.

Rezygnuję więc z wesołego podsumowania roku w polskiej polityce. Postanowiłem zamiast tego napisać po prostu o rzeczach, które mi się w Polsce podobają.

Jestem tu w końcu już ponad trzy miesiące. I choć nadal jestem obserwatorem nieuczestniczącym, siłą rzeczy to i owo musiałem zauważyć.

Co mi się na razie podoba w Polsce:

– Język polski. Nie mogę się nacieszyć niuansami współczesnego języka. W Internecie jest on zubożony, niegramatyczny, nieortograficzny i chamski. Ponoć też umiejętność pisania nie jest kultywowana w polskich gimnazjach d. liceach d. gimnazjach. Jednak, gdy rozmawiam z polskimi studentami, jestem zbudowany jak barwnym językiem mówią, jak doskonale władają jakże trudną polszczyzną. Podobają mi się też w Polsce, od lat, zabawne gry słowne w nazwach firm, szyldach, nazwach produktów i potraw.

– Nowe technologie. Polska opuściła pewne etapy cywilizacyjne, jak linie telefoniczne i płatności czekami, dlatego dziś powszechne jest płacenie kartą za wszystko, drobne nawet kwoty, tylko przykładając kartę do czytnika. Przez Internet i aplikacje telefoniczne kupuje się bilet do filharmonii i na autobus wiozący na lotnisko w Modlinie.

– Wszystko ma być najlepsze, na najwyższym poziomie. W Warszawie instaluje się piękne, oświetlone szklane wiaty na przystankach. Na przystankach tramwajowych – wyświetlacze podające trasy i godziny. W klimatyzowanych pojazdach nagranie z nazwami przystanków nagrał nie kto inny jak Tadeusz Sznuk. Wersję angielską – native speaker, Anglik.

– Poczucie estetyki. Nie ma tu knajpek z przypadkowym wystrojem (chyba że to miejsce z kebabami). Każdy stara się zaprojektować ładne wnętrze, dobrać zastawę, zawiesić estetyczne tablice. Nawet w sieciowych kawiarniach kawę podaje się w porcelanie a herbatę w imbryczkach.

– Cisza. Ludzię mówią tu ciszej. Nie słyszę prawie nigdy krzyku i podniesionego głosu. Śmiechu także nie, ale co zrobić – czasy nie do śmiechu! Zwłaszcza po mieszkaniu w Nowym Jorku cisza może deprymować, ale po jakimś czasie można się do niej przyzwyczaić, cisza to bowiem naturalne otoczenie człowieka.

– Polskie jedzenie. Kto tęsknił do niego w Ameryce, będzie miał tu do oporu. Niestety, handel żywnością zdominowały wielkie supermarkety ale ciągle na ulicach można kupić od chłopa twaróg, jabłka wielu odmian, soczyste gruszki, winne śliwki. Doskonałe są sery i wędliny, chleby i ciasta. Zarówno w sklepach jak i w jadłodajniach można kupić gotowe zupy, surówki i całe obiady.
– Przywiązanie do rodziny. Ludzie naprawdę utrzymują kontakt ze swoimi rodzicami, dziadkami, rodzeństwem. Czasem ponarzekają, ale jednak co jakiś czas, zwłaszcza w święta, jadą się im przypomnieć. Opiekowanie się starszymi członkami rodziny jest tu uznawane za coś wprawdzie trudnego, ale oczekiwanego.

– Piwo. Polskie piwa są mocne i smaczne. Także wódek jest dziś wielka rozmaitość i są tanie. Sklepy alkoholowe są wszędzie i zwłaszcza w trudnych czasach spełniają niebagatelną funkcję społeczną i terapeutyczną.

– Książki. Płyty już niemal zniknęły z rynku, niebawem spotka to i książki. Niemniej ciągle ukazuje się ich dużo – polska literatura piękna, biografie, niezmiernie popularne reportaże z egzotycznych miejsc, tłumaczenia zagranicznych bestsellerów.

– Podróże. Polacy, zwłaszcza młodzi, uwielbiają podróżować. Daje to nadzieję, że kraj nie pogrąży się w izolacjonizmie i jego obywatele będą lepiej rozumieli świat. Tylko na tym zyskamy.
Reszta rzeczy w Polsce raczej mi się nie podoba.