Ale kompromitacja! Nie dość, że przypaliłem i przesoliłem zupę z borowików, to jeszcze niebacznie chlusnąłem tyle białego wina do krewetek, że ugotowały się, zamiast usmażyć. Obciach! W dodatku dynia się rozciapciała a karczochy okazały się przemarynowane. Na szczęście sałata wyszła jako tako i nikt nie odkładał na bok ziarenek czerwonego pieprzu. Goście świąteczni byli na tyle mili, że nie marudzili i wszystko jedli. Nie obyło się jednak bez pytań, w kim się znowu zakochałem, skoro wsypałem tyle soli do zupy. Nie przyznałem się, że o tejże zupie zapomniałem buszując po Facebooku, tymczasem woda częściowo wyparowała, zaś sól weszła w grzyby. Śmietana uratowała sytuację. Jestem ostatnio tak rozkojarzony, że robię pięć rzeczy na raz.

*

Podczas świąt miałem możność poznać bliżej Katarzynę i Henryka Iwańców, doktorów matematyki po Uniwesytecie Warszawskim. Dzisiaj Henryk jest profesorem w Rutgers University i członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk oraz członkiem American Academy of Arts and Sciences (AMACAD), Kasia zaś porzuciła matematykę dla malarstwa i z powodzeniem prezentuje swoje prace na różnych wystawach. Oboje są moimi czytelnikami, zatem rozmawiamy, jakbyśmy się już dość dobrze znali. Henryk, podobnie jak jego bliźniaczy brat Tadeusz, cieszy się sławą znakomitego uczonego, odznaczonego najbardziej prestiżowymi nagrodami, ale w rozmowie chętnie wychodzi poza swe pole. Rozmawiamy m.in. o polskich i zagranicznych filmach, reżyserach, piosenkarzach, aktorach, książkach i historii Elbląga – rodzinnego miasta obu braci. Natomiast z Kasią wspominamy dawny Otwock i Świder oraz naszych nauczycieli, albowiem chodziliśmy do tego samego liceum. Przeglądamy albumy ze zdjęciami. Wspominamy również hotel asystencki na Jelonkach i wydarzenia uniwersyteckie. Henryk tak ciekawie opowiada później o zagadnieniach matematycznych, że chciałbym, żeby mówił jeszcze i jeszcze. Nie ja jeden, także inni moi goście – Malena Zawadzka i Ewa Zeller, znane i lubiane malarki oraz Jacek Szymula – wielce oryginalny fotografik. Pytanie rodzi pytanie, zatem nie sposób wyczerpać choćby jednego tylko zagadnienia. Zwłaszcza kiedy mowa o lwowskiej szkole matematycznej i dociekaniach samego Henryka. Byłem bardzo słaby z matmy, ale mimo to, nauka ta zawsze mnie fascynowała. Zawsze wydawało mi się, iż matematycy mają jakiś inny mózg. Pojemniejszy i bardziej elastyczny od mojego. Kiedy czytam o Henryku, iż jego prace charakteryzują się wnikliwością i niedoścignioną techniką i że włożył on znaczący wkład w rozwój analitycznej teorii liczb, głównie form modularnych, to wpadam w zachwyt nad potęgą jego umysłu. Mimo woli przypomina mi się „Tumor Mózgowicz” Witkacego wzorowany na Leonie Chwistku. Następnym razem musimy porozmawiać o matematycznych dokonaniach tego właśnie geniusza oraz pogłębić temat o relacjach matematyczno-filozoficznych i matematyczno-muzycznych. Kasię natomiast muszę zagadnąć o dojmujący smutek przebijający z jej obrazów, zwłaszcza portretów. Nie miałem dotychczas odwagi podjąć tego tematu, ale zrobię to, kiedy będzie malować widoki z moich okien.

*

Galileusz – „Matematyka jest alfabetem, przy pomocy którego Bóg opisał wszechświat”.

*

Świąteczne życzenia. Więcej otrzymuję niż wysyłam. Staram się o symetrię ze swej strony, ale nie udaje mi się. Przepraszam tych, do których nie napisałem lub nie zadzwoniłem osobiście. Nie daję rady po prostu. Pani Marii Witelskiej dziękuję za nadesłany prezent. Jest strzałem w dziesiątkę.

*

Świąteczne południe w Tomkins Square Park. Słońce przygrzewa, pięknie oświetlając choinkę. Z przenośnego głośnika płyną kolędy i bożonarodzeniowe piosenki. Bezdomni i biedni dostają gorący posiłek i słodyczowe prezenty w specjalnych pudełkach. Na sztachetach czeka na nich wiele ubrań. Pomiętych, ale czystych. Nie wyglądam na biednego, ale i do mnie podchodzi wolonatriusz, wręcza mi pudełko nalegając, żebym koniecznie wziął, składa mi życzenia i zaprasza na poczęstunek. Nie skusiłem sie jednak. Wszak nie jestem biedny ani głodny. Z kościoła św. Brygidy i św. Emeriusza dochodzą radosne pieśni, tedy zachodzę doń. A tam dyskoteka prawie. Hiszpańskojęzyczni parafianie tak cieszą się z narodzin Chrystusa, że niemal tańczą w rytm wesołej muzyki. Grają bębny, trąbki, organy, saksofony, instrumenty klawiszowe. Jest podniośle, radośnie i jasno. I jakoś tak nadziemsko. Zdawało mi się nawet, że figury swiętych także się kołyszą tanecznie. Nieśmiało, bo nieśmiało, dyskretnie, bo dyskretnie, ale jednak. Na zakończenie wierni jak jeden mąż ryknęli „Happy Birthday” wkładając w śpiew tyle energii, że i mnie ona ogarnęła i śpiewałem razem z nimi. A co tam, wolnomyśliciele też ludzie! Happy!

*

Zmarła Michele Morgan, aktorka filmowa. Była jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie widziałem na ekranie. Jej oczy opiewali znawcy filmu i pisarze. Ujęła mnie w „Ludziach za mgłą”, „Symfonii pastoralnej”, „Straconych złudzeniach”, „Obsesji”, „Ludziach w hotelu” „Minucie zwierzeń” i „Odrodzonych”, gdzie grała obok wielkiego Gerarda Philipe’a. Jako kobieta i jako aktorka miała klasę, której dziś już prawie się nie spotyka. Nadawała ją granym postaciom. Stworzyła typ kobiety wymykającej się mężczyznom. Mimo, że była wielką gwiazdą, pozostała skromnym człowiekiem, pięknie i celnie mówiącym o sukcesach koleżanek i kolegów z ekranu.

*

64 członków sławnego Chóru Aleksandrowa zginęło na dnie Morza Czarnego w wyniku katastrofy lotniczej. Okropna wiadomość. Chór ten był jednym z najlepszych na świecie. Miał wiele fenomenalnych głosów, świetne aranżacje i porywające pieśni. Czy będzie nadal istniał?

*

Silnie przemawiają do mnie rzeźby Igora Mitoraja. Dopełniają i dopiękniają rzeźby pozostałe po greckim antyku. Rozbudzają tęsknotę za pięknem idealnym i podziw dlań. Są ponadczasowe, przywodzą na myśl wieczność. Doszlachetniają, co bardzo mi odpowiada. Przypominają jednak, że to piękno jest kruche i podlegające erozjom. Że dzieli ono los ludzi z krwi i kości z ich upadkami. Cieszę się, że we Wloszech powstanie muzeum tego wielkiego artysty. Żałość mi ściska serce, że nie odwiedziłem go w Pietrasanta, dokąd mnie zapraszał na dłuższe pogadanie wśród jego prac. Nigdy nie bylo mi tam po drodze podczas peregrynacji po Włoszech. A tu od niego właśnie trzeba było zacząć! Nie przeczuwałem, że tak szybko odejdzie.

Andrzej Józef Dąbrowski