Nie wiadomo, kiedy dokładnie powstały „Myśli”. W ogóle nie były to w założeniu myśli, w sensie „złotych myśli”. Uwagi, które złożyły się na późniejszy tom, były szkicami, spostrzeżeniami Błażeja Pascala na użytek przyszłej fundamentalnej książki, która nigdy nie powstała. Pascal planował napisanie wielkiej pochwały chrześcijaństwa.

Uwagi te znaleziono po jego śmierci w 1662 roku. Osobne kartki ułożono i spięto razem. Wydawcy nadali im porządek, według własnego wyobrażenia. Czy odzwierciedlał intencje Pascala? Nie wiadomo; stąd też różni wydawcy odmiennie te notatki porządkują. Nie ma więc „kanonicznego” tekstu pascalowskich myśli, a tylko rozmaite wersje. Po polsku „Myśli” dostępne są w przekładzie Boya Żeleńskiego. Do swego tłumaczenia wybrał jedną z redakcji oryginalnego tekstu. Nie sądzę zresztą, aby wybór układu jakoś radykalnie zmieniał istotę zapisków francuskiego myśliciela, tego, co dręczyło Pascala.

Pochwała Pascala
„Dręczyło” jest tu dobrym określeniem. Pascal, jeden z nielicznych geniuszy cywilizacji europejskiej, był człowiekiem skonfliktowanym wewnętrznie. Cierpiał na napady głębokiej melancholii, przedzielane okresami euforii. Dziś powiedzielibyśmy (z angielska): osobowość bi-polar. Żył krótko (39 lat), ciężko chory na ciele i duszy.

Genialny matematyk, fizyk, wynalazca, rewelacyjny pisarz, publicysta, głęboki myśliciel wreszcie, był przede wszystkim człowiekiem wielkiej wiary religijnej. Moglibyśmy dziś powiedzieć – należał do fundamentalistów katolickich. Nie był człowiekiem radosnym, zachwyconym potęgą swego umysłu, możliwościami rozumu, jego odkryciami. Przygnębiony, ciężko sfrustrowany, rozdarty między niepewnością nauki, a niepewnością wiary, szukał jakiegoś oparcia dla siebie w tym świecie. Nauka, którą z powodzeniem uprawiał, nie dostarcza pewności; wiara – też nie. A co jeśli ten świat został stworzony przez jakiegoś złośliwego ducha, który celowo zwodzi nas na manowce? Kwestię tę odrzucił z miejsca jego rodak, Kartezjusz.

Pascal nie znalazł podstaw do takiej pewności. Bo jeśli tak, to błądzimy w nim podwójnie: miotani złudzeniami co do natury rzeczywistości oraz zagubieni w gąszczu etycznych rozterek i znikąd wskazówki, jak postępować.

Czy warto czytać Pascala w naszym świecie, płaskiego racjonalizmu i płyciutkiej etyki oraz zadowolenia z pewności w rzekomo oczywistym świecie? Pytanie postawione w tym miejscu z góry rozstrzyga odpowiedź: oczywiście, że warto! Z dwóch przynajmniej względów. Pierwszy – świetna literatura, ciekawe, niekiedy zaskakujące spostrzeżenia Pascala, wnikliwe uwagi na temat rozmaitych dziedzin naszej egzystencji.
Drugi to oczywiście głębia jego myślenia. Nawet nie tego, co myśli Pascal (w końcu nie musimy się z nim zgadzać), ale tego – jak.

Tekst a obraz
Współcześnie trudno nam doprawdy zastanawiać się nad sobą, nad otaczającą nas rzeczywistością. Niesłychany zgiełk mediów (do czego zaliczam również tzw. media społecznościowe) sprawia, iż nie sposób zgoła przebić się przez te tysięczne warstwy poglądów na temat opinii, opinii na temat uwag, komentarzy na temat spostrzeżeń, analiz, kontr-analiz, itp. Już nie polifonia głosów, ale zgoła jazgot, harmider milionów wypowiedzi jednocześnie o tym samym, ale na odmienne nuty, tematy, nie pozwala się skoncentrować.

Poza tym błyskawicznie rosnąca kultura obrazkowa sprawia, że powoli zapominamy o sztuce abstrakcyjnego myślenia. Nie tylko wzmaga się liczba krążących wizerunków (zdjęć), które oddalają nas od rzeczywistości, fałszują ją przez daleko idące przetworzenie zdjęć, ale rośnie zastraszająca liczba „ikonek” mających zastępować napis, tekst. Co nie tak dawniej było słowem, dziś jest obrazem.

Rośnie, powstaje nowa mentalność. Na czym polega ta różnica? Obraz uchwytujemy jednym rzutem oka, myślenie (podążanie za tekstem) ma charakter linearny, rozwijający się w czasie. Oczywiście sytuacją graniczną jest film, czyli sekwencja obrazów następujących w czasie, ale inne cechy „umysłowości obrazkowej” neutralizują tę właściwość.

Obraz łudzi nas swą dosłownością: koń jest określonym koniem, drzewo – konkretnym gatunkiem drzewa, jednorożec – jednorożcem czyjejś (choć już zestandaryzowanej) wyobraźni. Tekst wymaga abstrakcyjnego myślenia, skoro posługuje się symbolami (znakami): słowo „koń” oznacza konia, itp. Muszę ów znak sam wypełnić treścią, w poprzednim przypadku zrobiono to już za mnie. Zdanie to już kolejny etap abstrakcji, a akapit, cała książka to piętra abstrakcji.

Tekst wymaga porządku, regularności pojmowania go. Oglądanie obrazu nie wymaga żadnych reguł: można nań spoglądać od lewej do prawej, z góry na dół, ukośnie, itp. Zakłóca to dyscyplinę myślową, wprowadza, bałagan, chaos w głowie.

Obraz działa na zmysł wzroku; dla tekstu spojrzenie jest tylko wąską ścieżką prowadzącą do myślenia. Obraz sprzyja więc biernemu odbiorowi rzeczywistości, słowo zmusza do aktywności. W kontakcie z obrazem zadowalamy się nim jako odpowiednikiem rzeczywistości; wobec słowa wiemy, że tę rzeczywistość musimy sobie dopiero wytworzyć.

Obraz zniewala nas swą konkretną dosłownością. Nie ma w nim właściwie miejsca na wahanie, niepewność, zastanowienie się. Tekst otwiera całe pole znaczeniowe do wypełnienia przez odbiorcę. Uruchamia pracę wyobraźni podczas gdy obraz ją więzi w konkretnym przedstawieniu.

Pozorne wizerunki rzeczywistości
To miałem na myśli mówiąc o piętrach zapośredniczenia. Obraz usłużnie podkłada się nam jako wizerunek tego, co nas otacza; słowo nie udaje, iż reprezentuje „prawdziwą” rzeczywistość, ale jedynie ciągnie nasz umysł w określoną stronę, nie znaczy, że koniecznie musimy na nią przystać. Ale z uwagi na wolny tryb rozwoju słowa, zdania, akapitu, kartki, itp. mamy czas, by kontrolować nasze myśli i ewentualnie oprzeć się autorowi. W przypadku obrazu taka szansa maleje, skoro ten narzuca się nam z bezpośrednią siłą: teraz i od razu i ze zmysłową dobitnością. Jeśli proces ten powtarza się nieustannie, wielokroć każdego dnia, tysięczny razy w tygodniu, łatwo się zgubić.

Ów proces przypomina mi jedną z bajek robotów Lema, w której tyranowi podstępnie wymyślono najlepszą kryjówkę, uwielbiał bowiem bawić się w chowanego – schowek w sen mechaniczny, który co rusz przypomina jawę. Po wielokrotnym przełączeniu w przekonaniu, że w maszynie coś się zacięło, tyran ów przestał już rozpoznawać, co jest jawą, a co snem. Zatracił się, przepadł… Już nie mógł wrócić do rzeczywistości błądząc po bezdrożach obrazów zaledwie ją przypominających. I nawet jeśli przypadkiem do niej wrócił, to i tak sądząc, że to kolejna ułuda, przełączył się dalej.

Nie ulega wątpliwości, że rodzi się nowa wrażliwość, nowa umysłowość. Opanowana przez obraz, podług charakterystyki powyżej zasugerowanej. Skłonni jesteśmy sądzić, że będzie uboższa od tej, dzięki której powstała cywilizacja zachodnia. To pochopne, jak na razie, stwierdzenie. Będzie po prostu inna. Miną pokolenia nim w pełni nastanie.

Nim jednak cywilizacja kompletnie przemiele człowieka na dodatek do smartfona (jego przyszłego odpowiednika), brońmy ludzkiej sztuki myślenia podług pascalowskiej metody – wytrącanie ludzi z błogiego stanu zadowolenia. W ogóle strzeżmy myślenia na ile jeszcze możemy, kierując się ogólną dyrektywą francuskiego myśliciela:

„264. Człowiek jest tylko trzciną, najwątlejszą w przyrodzie, ale trzciną myślącą. Nie potrzeba, by cały wszechświat uzbroił się, aby go zmiażdżyć: mgła, kropla wody wystarczą, aby go zabić. Ale gdyby nawet wszechświat go zmiażdżył, człowiek byłby i tak czymś szlachetniejszym niż to, co go zabija, ponieważ wie, że umiera, i zna przewagę, którą wszechświat ma nad nim. Wszechświat nic nie wie o tym.

Cała nasza godność spoczywa tedy w myśli. Z niej trzeba nam się wywodzić (…) Silmy się tedy dobrze myśleć: oto zasada moralna.”.

Czesław Karkowski