Dlaczego świętujemy przyjście Kogoś kto już jest? A dlaczego świętujemy urodziny naszych Przyjaciół? A dlaczego nie? Jeśli ich kochamy i są częścią naszego życia… Znają nas, wiedzą co nas rani i boli ale też wiedzą, co nas cieszy i dodaje otuchy.

Być może uparcie patrzymy na Boże Narodzenie jak na kolejny social event pędząc po zakupy, trąbiąc klaksonem naszego samochodu przypominamy innym, że się śpieszymy bo idą… święta. Tymczasem 25 grudnia urodziny ma Ktoś kto Ci powiedział, że wszystko będzie dobrze jeśli tylko uwierzysz.

Nie da się zracjonalizować wiary. Miłości też nie rozdaje się kilogramami tylko dobrem jakie czynimy na co dzień.

Przyjacielu usiądź na chwilę i pomyśl. Czy rzeczywiście świętujesz narodzenie Jezusa Chrystusa bo Jego obecność pozwala Ci nie zwariować w codzienności, którą misternie ale po omacku układasz od rana do wieczora. Czy rzeczywiście Chrystus, którego narodzenie obchodzimy zawsze 25 grudnia narodzi się też w Twojej szalonej głowie i w Twoim skołatanym sercu?

Jakie będzie to Twoje kolejne świętowanie? Czy będzie się różnić od Bożego Narodzenia z roku 2015 bądź z roku 1993? Gdzie wtedy byłeś/byłaś? Jak świętowałaś/świętowałeś? Co sobie postanowiłeś/postanowiłaś?

Umówmy się, że 25 grudnia przychodzi MIŁOŚĆ na świat. Każdego roku ta sama miłość przychodzi do nas w tajemnicy Bożego Narodzenia. Przychodzi i zostaje jakby czekając kto ją weźmie do domu, do serca…, do życia… Czy miłość może być bezdomna? Może, tylko po co? Czy ktoś chciałby tak naprawdę być bezdomnym? Wątpię. Bóg przychodzi do nas bo nie chce być Bogiem bezrobotnym. Nie chce być Bogiem, którego nikt już nie zaprasza. Bóg nie chce „wylądować” w $1 book section. Jego miłość, której narodzenie świętujemy każdego roku jest warta o wiele więcej niż jeden dolar.

Co w tym roku zrobimy z Chrystusem, który znowu przyjdzie do nas w noc grudniową? Usiądziemy w kościelnej ławce, posłuchamy kolęd, wzruszymy się świątecznymi dekoracjami, przy wigilijnym stole powypominamy sobie kto co komu zrobił, kto co komu powiedział niemiłego 15 lat temu. Przy wigilijnym stole popatrzymy karcąco na bliskich wokół, pokrzyczymy na dzieci bo jakoś się trzeba emocjonalnie wyładować.

A Chrystus? A Chrystus znowu będzie się zastanawiał jak długo jeszcze każdy z nas z tak zwanych „wierzących i praktykujących” będzie udawał „wierzącego i praktykującego”. W noc Jego narodzenia będzie się Ciebie pytał: a Ty tak długo jeszcze? Długo jeszcze będziesz udawał, ze mnie szukasz? Długo tak jeszcze będziesz „świętował” moje narodzenie na odległość?

Przyjacielu, Boże Narodzenie ma sens nawet jeśli Ciebie zabraknie bo tak zdecydowałeś/zdecydowałaś… Bóg się narodzi nawet jeśli Ty znowu w dni poprzedzające Jego narodzenie skupisz się „perfekcyjnie” na sprawach błahych i trzeciorzędnych. Narodzenie Chrystusa ma i będzie miało sens dla ludzi, którzy walczą o nadzieję, którzy walczą o kolejny dzień, żeby dobro choć na chwilę miało siłę budzenia naszych sumień. Chrystus przyjdzie znowu do tych co Go szukają, przyjdzie do tych co się duszą przeciętnością i rutyną. Przyjdzie do tych co przestali w końcu udawać, że wiedzą lepiej. Zostanie z tymi, którzy się boją o przyszłość ale się nie boją zaprosić do tego lęku Nowonarodzonego, żeby ten lęk usunął…już na zawsze

Nowonarodzony zostanie z tymi, którzy w końcu zamknęli drzwi przeszłości i nie tracą energii na jałowe dyskusje ale szukają nadziei niczym powietrza by znowu móc oddychać. Chrystus przyjdzie do każdego, który woła „nie mam już sił” …

I Ty Przyjacielu możesz być razem z nimi…Jak przeżyjesz tegoroczne Boże Narodzenie znowu zależy tylko od ciebie. Tak samo jak wszystko zależało od Ciebie 10, 15, 20 lat temu…

Z modlitwą za tych co kurczowo trzymają się przeciętności…bo boją się świeżego powietrza wiary…

Ojciec Paweł Bielecki