Niespodzianki nie było. W poniedziałek elektorzy z poszczególnych stanów potwierdzili swoimi głosami wybór na 45 prezydenta USA Donalda Trumpa. Nad zwycięzcą wiszą jednak dwie czarne chmury.

Głosowania elektorów nie obyły się bez protestów. Przeciwnicy Donalda Trumpa zorganizowali je między innymi w Wisconsin i w Teksasie. Wznoszono okrzyki przeciwko prezydentowi elektowi, przekonywano, że nie ma on kwalifikacji by zasiadać w Białym Domu, na transparentach dało się też zauważyć hasła przypominające, że Hillary Clinton zdobyła blisko 3 mln głosów więcej.

Wszystko to, a także fala listów do elektorów, w których wzywano by zagłosowali przeciwko Trumpowi, tak jak zresztą można było przypuszczać, nie dała żadnego efektu. Liczba głosów elektorskich, które padły na niego przekroczyła 270, czyli większość potrzebną do wygranej i Donald Trump czekać będzie już teraz tylko na zaprzysiężenie, zaplanowane na 20 stycznia.

Przy okazji poniedziałkowego głosowania warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze zwycięstwo nowojorskiego przedsiębiorcy, wbrew temu co mówi wielu jego zwolenników, nie było wielkie. Na Trumpa padło nie tylko mniej zwykłych głosów niż na jego rywalkę, ale również stosunkowo mało głosów elektorskich. Wygrał on przewagą jedynie 57 proc. elektorów. To 46 wynik w historii wyborów prezydenckich w USA.

Rozwiać trzeba jednak także mit powtarzany przez część zwolenników Clinton. Nie jest prawdą, że Trump nie ma mandatu do rządzenia gdyż przegrał ogólne głosowanie. Niewielka przewaga w głosach elektorskich również w niczym mu nie umniejsza. Jeszcze mniej elektorów mieli za sobą John. F. Kennedy, a także m.in. Thomas Jefferson i Woodrow Wilson, co jak wiemy nie przeszkodziło im pozytywnie zapisać się w historii.

Skromne zwycięstwo Donalda Trumpa wskazuje przede wszystkim na silny podział amerykańskiego społeczeństwa, który bez próby wyciągnięcia ręki do pokonanych może utrudnić mu skuteczne sprawowanie władzy.

Druga z chmur, które wiszą nad 45 prezydentem USA to Rosja.

Już w trakcie kampanii wyborczej pojawiało się wiele doniesień na temat związków ludzi pracujących na rzecz Donalda Trumpa z rosyjską nomenklaturą, lub prowadzących w przeszłości działania korzystne dla obecnych władz Rosji. Przykładem może być Paul Manafort, były szef sztabu wyborczego kandydata republikanów, którego firma lobbystyczna pomogła w wyborze na prezydenta Ukrainy prorosyjskiego Wiktora Janukowycza. Prezydent elekt na swojego sekretarza stanu wybrał zaś Rexa Tillersona, szefa naftowego giganta, Exxon Mobile, który nie tylko ma liczne interesy w Rosji, ale jest też zaprzyjaźniony z prezydentem Władimirem Putinem.

Jak wiemy Rosja swoimi działaniami hackerskimi próbowała wpływać na wynik wyborów w USA, co wskazują zgodnie raporty FBI i CIA.

Polityczni przeciwnicy Donalda Trumpa próbują wykorzystać te informacje przeciwko niemu i zasiać kolejną wątpliwość w związku z jego prezydenturą.

To co robili w USA rosyjscy hackerzy nie jest oczywiście w żadnej mierze winą zwycięzcy wyborów. Nie ma też przekonywujących danych o tym, że ich działania pomogły mu w wygranej. Sprawa jest jednak zbyt poważna by zbyć ją wzruszeniem ramion.

W liście do szefa republikańskiej większości w Senacie, Mitcha Mcconnella kilku senatorów, zarówno republikańskich jak i demokratycznych, domaga się powołania specjalnej komisji, która przeprowadziłaby śledztwo wobec hackerskich poczynań Rosji. Trump jest jej niechętny bo uważa, że opozycja będzie jej używać jako instrumentu podważającego jego prezydenturę. Sprzeciw wobec wyjaśnienia tej sprawy może mu jednak bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Republikanie w przeszłości skrupulatnie badali sprawę zamachu na amerykański konsulat w Benghazi. Śledztwo to politycznie szkodziło Clinton, argumentowano jednak wówczas, że trzeba je przeprowadzić dla czystości sprawy. Tak samo jest w przypadku hakerskich ataków Rosji. Trzeba wyjaśnić co konkretnie się stało i w jakiej mierze działania te były inspirowane przez rosyjski rząd. Komisja powinna również przedstawić rekomendacje dla władz w celu jak najlepszego zabezpieczenia się przed takimi atakami w przyszłości.

Republikanie opierając się powołaniu komisji szkodzą w ten sposób Trumpowi, bo sprawa ta przecież nie zniknie. Niewyjaśniona będzie powracać i rzucać cień na początek jego prezydentury.